Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Dwa w jednym

Maciej Rogoziński

Młody mężczyzna, miłośnik podróży i odkrywania tego, co pozostać winno w ukryciu, wskazywał palcem słowa Wielki powrót Madame Selene widniejące na ogromnym plakacie przypiętym do ściany jakiegoś budynku. Ów plakat z kolei pokazywał młodszej kobiecie, o względy której od dłuższego czasu zabiegał.
- Hm - dama przyglądała się ogłoszeniu, i czytała pozostałe informacje - zapraszamy dnia pierwszego marca do Wielkiego Teatru Żelaznej Woli. To jakieś przedstawienie?
- Och, moja miła! - zaśmiał się młodzian - nie słyszałaś nigdy o Madame Selene?
- A powinnam? - młoda dama wydała się być urażona.
- Wybacz, zachowałem się bardzo nietaktownie - odchrząknął miłośnik eksploracji, po czym próbował przymilającym głosem uratować sytuacje: - znane są ci moje zainteresowania, prawda?
- Owszem. Podróże i zagadki. Bardzo są one mi w smak.
Młodzieniec uśmiechnął się, i nieco zarumienił.
- Otóż to. Co prawda zgłębiam teraz wiedzę o dalekich krajach na Najwyższym Uniwersytecie, ale najbardziej wartościowych rzeczy, i to naprawdę będących z pogranicza wiedzy zakazanej, można dowiedzieć się podczas występów Madame Selene. Ach, najmilsza, nie patrz na mnie takim wzrokiem. Madame Selene to podróżniczka, która w ciągu roku bierze udział w czterech, może pięciu przedstawieniach, po czym na kilka lat znika gdzieś daleko w odmętach świata. Za każdym razem, gdy ma się odbyć spotkanie z nią, kręgi naukowców drżą, a miłośnicy wręcz płoną na to wydarzenie. Jest to naprawdę, naprawdę niebywała okazja. Zwłaszcza, że ma miejsce w naszym mieście.
Dama prychnęła, jednak nie w sposób wyrażający pogardę. Raczej kokieteryjnie.
- Użyłeś słów występ, oraz przedstawienie. Czy ta...pani, w istocie tak bardzo zabawia swych widzów?
Młodzieniec doskonale zrozumiał zamysł swej wybranki, i zanim odpowiedział, szczerze się uśmiechnął:
- Madame Selene jest już starą, zmęczoną kobietą. Spotkania z nią przypominają wykłady i, faktycznie, pewną formę cyrkowego przedstawienia, bowiem zawsze pokazuje zwierzęta, które ze sobą przywiozła.
- Zwierzęta? - to młódkę zainteresowało.
- Tak - ucieszył się panicz widząc to - podczas swych podróży, zabiera ze sobą jakieś charakterystyczne dla danego regionu zwierzę. Potem najpewniej tresuje go, i podczas przedstawień, mówiąc o nim, zabawia gawiedź różnymi sztuczkami w jego wykonaniu. Pewnie dlatego tak rzadko odbywają się takie spotkania. Musi minąć sporo czasu, zanim dzikie zwierzę zostanie oswojone.
- Zatem stara, zmęczona kobieta ma bardzo dobre podejście do młodych zwierzątek. Czyżby było takie samo w stosunku do młodych mężczyzn?
- Nawet jeśli tak, mój wzrok skierowany jest w zupełnie kogoś innego.
Szczere spojrzenie wzmocniło rodzące się między młodymi uczucie. Mężczyzna z uśmiechem odwrócił się w kierunku plakatu.
- Zatem, czy zechcesz mi towarzyszyć w tym niezwykłym wydarzeniu?
- Tak - odpowiedziała wesoło dziewczyna, chwytając chłopaka za rękę - zechcę.

***

W mieszkaniu panował chłód. Nie jednak zimno z powodu otwarcia okna, a chłód, mający swe źródło w czymś nienaturalnym, czymś, co niegdyś w tym miejscu się znajdowało, a teraz pozostawiło po sobie przeszywający, mroźny cień. Detektyw Mass, wraz z komisarzem Hodorowskim i kilkoma innymi przedstawicielami lokalnej władzy, stał w niewielkiej sypialni, i wpatrywał się w ogromne, bogato zdobione łóżko. A właściwie w to, co się na nim znajdowało.
- Tak go znaleźliśmy - rzekł komisarz - nikt niczego nie ruszał, ani nie zmieniał. Ma pan przed oczami obraz, który mieliśmy my.
Mass westchnął. Choć nagie ciało mężczyzny w średnim wieku nie posiadało jakichś szczególnych oznak deformacji, ani znęcania się - poza niespecjalnie szokującym sińcem będącym pozostałością po uduszeniu - podczas patrzenia na nie, detektyw wyczuwał pewien szczególny rodzaj niepokoju. Obawiał się tajemnicy, którą skrywało.
- Co już wiecie? - spytał spokojnie wąsacz, narzekając w myślach na wykonywany zawód.
- Nazywał się Misza Namajew, i od dwudziestu lat udzielał się sportowo w lokalnym klubie.
- Czyli dokładnie co takiego robił?
- Świadkowie zgodnie uznali, że Misza był doskonały w każdej dyscyplinie, i był kimś w rodzaju zastępcy, w razie gdyby któryś z zawodowych sportowców niedomagał. Takim uniwersalnym pomocnikiem.
- Nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałem.
- Ja też, ale widzisz, detektywie, co kraj to obyczaj. A nasz jest na tyle duży, że obyczajów jest w nim bardzo wiele.
Detektyw o czymś myślał. Z pewną obawą zadał kolejne pytanie:
- Coś jeszcze?
- Tak. Nie pił, nie palił, nie ćpał. Miał problemy z seksem, to znaczy za bardzo go lubił, ale z jego przyrodzeniem to chyba zrozumiałe.
Komisarz chciał zwrócić uwagę Massa na ogromnego penisa, który zachował swe proporcje nawet po śmierci, jednak wąsacz kompletnie to zignorował. Opamiętawszy się, Hodorowski odchrząknął tylko i kontynuował:
- Podobno nie miał żadnych wrogów, ani problemów z prawem. Przykładny, zdrowo się prowadzący facet. Tym więc ciekawsze jest to, co się stało.
- Rozumiem, że uduszenie?
- Na to wygląda. Dokładnie to jednak zbadamy, bo jak sam pan zapewne wie, różnie to bywa.
Detektyw rozglądnął się po pokoju.
- Jakieś poszlaki? Sugestie?
- Z rzeczy najoczywistszych warto wspomnieć o otwartym oknie w łazience. Pozostałych szukamy.
- A co z tym oknem?
- Sam pan zobaczy.
Mężczyźni poszli do niewielkiej, niesamowicie schludnej łazienki. Mass wyglądnął na chwilę przez otwartą okiennice, a komisarz Hodorowski rzekł:
- Wspaniała droga ucieczki, ewentualnie włamania. Rosnący na ścianie bluszcz, i okolica szczelnie otoczona przez budynki. Jak zresztą pan widzi.
- Tak - mruknął wąsacz - widzę nawet ślady na parapecie.
- Technicy już się tym zajęli. W zasadzie nie pozostało nic, jak tylko szukać sprawcy i motywu. Ma pan jakieś pomysły, detektywie, od czego można by zacząć?
- Jeszcze nie. Powęszę tu i tam, a jak się czegoś dowiem, oczywiście dam o tym znać. A jak wy coś znajdziecie, liczę na to samo.
- Jasna sprawa. W takim razie do zobaczenia, detektywie, proszę na siebie uważać.
Mass kiwnął tylko głową, i bez słowa wyszedł z mieszkania.
Próbował przypomnieć sobie morderstwo sprzed kilku lat, w którym ofiarą również był sportowiec.


***

Teatralna sala skąpana była w mroku tak gęstym, iż z trudnością widziało się cokolwiek, poza obfitymi strumieniami światła padającymi na scenę. Światło zdawało nie zagłębiać się dalej, skupione zostało wyłącznie na jednym punkcie. Czyli drewnianym, starym krześle, i sporej wielkości prostokątnym przedmiocie zakrytym czerwoną tkaniną.
Młody mężczyzna drżał. Czekał na uczestnictwo w występie Madame Selene od momentu, w którym usłyszał, że coś takiego się odbywa. Nerwowo zaciskał pięści, i przebierał nogami niczym cierpiący na nadpobudliwość. Oto spełniały się jego marzenia.
Młoda dama za to trochę się denerwowała. Choć wiedziała, iż wydarzenie to jest na poły występem teatralnym, a na poły wykładem akademickim, czuła niepokój. Jakaś część jej, jakiś pierwotny, tkwiący w niej od zawsze instynkt szeptał, iż cokolwiek się tu wydarzy, nosić będzie piętno mroku - czegoś, co nie powinno mieć miejsca.
- Czy Madame Selene wchodzi w jakąś interakcje z widzami?
Dziewczyna poczuła wewnętrzny chłód, gdy dopuściła do siebie myśl, iż pieczę nad całym przedsięwzięciem sprawuje szeroko rozumiane Zło. Ostatnią rzeczą jakiej pragnęła, było aktywne w tym uczestnictwo.
- O ile mi wiadomo, w ciągu kilkudziesięciu lat swojej kariery, nie poprosiła nikogo na scenę, jeśli o to pytasz, moja miła. Pewnie zadaje jakieś pytania, ale mają one raczej charakter retoryczny. Czy czegoś się obawiasz?
- Tak - dziewczyna niemal szeptała, a gdy spostrzegła, iż młodzieniec tego nie usłyszał, głośno się poprawiła - nie, po prostu czuję skrępowanie przed występami. Nigdy nie lubiłam takiej formy artyzmu.
- Rozumiem. Organizatorzy też to rozumieją, bo gdybyś weszła na scenę, reszta wieczoru należałaby do ciebie.
Miły komplement poprawił młódce humor. Nie jednak na tyle, by całkowicie odegnać myśli o panującym w tym miejscu Złu.
Nagle, na scenie pojawił się pulchnawy mężczyzna w smokingu i niesamowicie wysokim kapeluszu.
- Panie i panowie! - krzyknął, a jego głos był donośny niczym dzwon - w imieniu Wielkiego Teatru Żelaznej Woli pragnę was serdecznie powitać, i jeszcze serdeczniej podziękować za tak liczne przybycie. To, czego będziecie państwo za chwilę świadkami, jest spektaklem niecodziennym, czymś, co zazwyczaj się nie zdarza. Przeżyjecie państwo absolutnie wyjątkowe chwile ciekawości, mistyki, tajemnicy, ale i strachu.
Na te słowa dziewczyna przełknęła nerwowo ślinę. Grubasek na scenie mówił dalej:
- Poznacie sekrety naszej Ziemi, i na własne oczy ujrzycie jej najdziwniejsze dzieci. W tej oto zakrytej klatce znajduje się bowiem coś, czego nie widział żaden człowiek. Żaden, poza jedną osobą. Osobą wyjątkową, i niebywale odważną. Osobą światłą i niezwykłą w każdym calu. Osobą, która tego stwora złapała, wytresowała, i zdecydowała pokazać właśnie państwu! Dziękuje raz jeszcze za docenienie wagi tego wieczoru, bowiem wydarzenie jak to, zdarza się raz, na kilka lat. Tyle bowiem zajmuje naszemu gościowi podróż do najodleglejszych zakątków naszej planety, i przygotowanie całego spektaklu. By nie przedłużać, i nie nadwyrężać państwa cierpliwości: oto Madame Selene, i jej osobliwe zwierzę z najdalszych krain Ziemi!
Konferansjer podniósł ręce, i w harmidrze oklasków zszedł ze sceny. Publiczność szalała. Im bliżej było pojawienia się gwiazdy wieczoru, tym hałas stawał się coraz większy. Gwizdy i aplauzy nie miały końca. Krzyki entuzjazmu, i odgłosy euforii rozbrzmiewały z każdego kąta sali. Wszyscy przy głośnych dźwiękach radości czekali na przedstawienie.
Gdy Madame Selene chwiejnym krokiem wyszła z zaplecza, nastąpiła cisza.
Grobowa, przybijająca, głucha cisza.
- Chyba...chyba muszę na chwilę wyjść - szepnęła młoda dziewczyna do chłopaka niemal przy tym płacząc.
- Dla...dlaczego? Co się stało?
Młódka raz jeszcze spojrzała na scenę. Spojrzała na chorobliwie chudą sylwetkę starszej kobiety, która niemal rozpływała się w silnych strumieniach białego światła.
- Muszę...
Dziewczyna wstała, lecz mimo to nikt z widowni zdawał się tego nie zauważyć. Wszyscy wpatrzeni byli w Madame Selene, w jej wykrzywione palce, głębokie zmarszczki, i
Oczy.
Chłopak obejrzał się tylko za swą wybranką, po czym skierował wzrok na scenę. W myślach pożałował swej decyzji, jednak wiedział, że gdyby również opuścił salę, żałowałby bardziej.
Dziewczyna pospiesznie, niemal truchtem, zbliżała się do wyjścia. Zanim złapała klamkę, i zanim opuściła to straszne według niej miejsce, kątem oka zobaczyła pewnego człowieka. Człowiek ów, posiadający duże rude wąsy i druciane okulary, również był wpatrzony w Madame Selene niczym w najpiękniejszy obraz. W ciągu jednak tej krótkiej chwili, dziewczyna odczytała w jego spojrzeniu coś innego. Patrzył na nią zgoła inaczej, niż pozostali ludzie.
Patrzył na nią tak, jak detektyw patrzy na podejrzaną.

***

- I co według pana sprawia, że te sprawy są ze sobą powiązane? - spytał lekceważącym głosem komisarz Hodorowski.
- To - odparł cynicznie Mass - że są ze sobą powiązane.
Cwaniactwo denerwowało funkcjonariusza policji. Zwłaszcza te słowne. Powstrzymał się jednak przed wyrażaniem swej opinii na ten temat, i postanowił wysłuchać dowodów detektywa.
- Pan wybaczy, ale chyba przegapiłem część, w której nastąpiła puenta.
- Z przyjemnością objaśnię to raz jeszcze - rzekł detektyw, chociaż jeszcze tego nie zrobił - trzy lata temu znaleziono Malcolma Harrego w jego mieszkaniu, wie pan, tego biegacza.
- Tak, tak, pamiętam.
- Naturalnie Harry był martwy, i wszystko wskazywało na to, iż było to morderstwo. Sześć lat temu, zaginął Jan Borowski, dietetyk i specjalista żywieniowy, a jak się później okazało, został on zamordowany w odludnej chatce gdzieś głęboko w Karpackich lasach. Z kolei osiem lat temu, zamordowano Dantona Sally, znanego tu i tam propagatora zdrowego trybu życia, i organizatora maratonów. W żadnym przypadku nie ustalono sprawcy.
- Mhm - mruknął komisarz - problem jednak w tym, że przypadki te nastąpiły w odległych krańcach Ziemi.
- Tak. Morderca zatem, bo sądzę, iż oczywistością jest, że szukamy kogoś konkretnego, jest albo zbiorowy, to znaczy albo jest to jakaś międzynarodowa organizacja, która z niewiadomych przyczyn za punkt honoru obrała sobie mordowania zdrowo prowadzących się ludzi, albo ktoś, kto dużo podróżuje.
- I w tym ogromnie możliwości dotarł pan do czegoś?
- W istocie - odparł triumfalnie Mass, lecz głosem nieco znudzonym - dowiedziałem się, iż we wszystkich tych przypadkach, w kraju zamordowanego gościła nijaka Helena Seligne, znana jako Madame Selene.
Komisarz otworzył oczy nieco szerzej.
- Madame Selene? Czyż nie jest ona teraz w naszym mieście?
- Tak. Tym samym, w którym zamordowano Misze Namajewa.
Nastąpiła konsternacja.
- Wie pan - przerwał ciszę Hodorowski - z całym szacunkiem, ale poszczególne morderstwa dzieli kilka lat, i setki kilometrów. Ze wszystkich możliwości, które mogły w takich warunkach nastąpić, sądzi pan, że ma z tym związek jakaś objazdowa wariatka?
- Przyznaję, komisarzu, że założenie to, ze względu na wspomniany ogrom różnic, jest dobre jak każde inne, jednak dowody mówią same za siebie. Wszyscy ci mężczyźni, krócej lub dłużej, znali Helenę Seligne. Wszyscy oni się z nią spotykali.
- Spotykali?
- Namajew był nagi, prawda? Z rozmów telefonicznych z poszczególnymi komisariatami dowiedziałem się, iż pozostali również.
- Ale ona ma...właściwie ile ona ma lat?
- Sześćdziesiąt dwa. Choć w istocie, wygląda na coś koło osiemdziesiątki.
Komisarz podrapał się po głowie.
- A więc ta schorowana, starsza kobieta...
- Cóż - przerwał detektyw - tutaj, nie ukrywam, mam pewne wątpliwości. Wszyscy denaci zostali zabici w ten sam sposób, co w przypadku tej kobiety byłoby raczej trudne.
- A właśnie - przypomniał sobie o czymś Hodorowski - przyszły wyniki z kostnicy. Co ciekawe, Namajew miał...
- Skręcony kark, tak - dokończył Sigismund Mass, co sprawiło, że komisarz musiał z wrażenia zapalić papierosa.
- Więc albo ta stuknięta baba jest bardzo niepozorna, albo ma jakiegoś pomocnika.
- Który na przykład zakradał się do mieszkania, podczas gdy ona zajęta była z ofiarą uprawianiem seksu.
Porozumienie między mężczyznami wywołało na ich twarzach mikry uśmieszek.
- Rozumiem, że scenariusz tamtych spraw był podobny?
- Tak. W każdym domu znajdowało się okno, które było mało widoczne, ewentualnie cała okolica należała do mało uczęszczanych . No, a w przypadku Borowskiego i leśnej chatki nie trzeba nic wyjaśniać.
Komisarz mocno się zaciągnął. Chwilę o czymś pomyślał, po czym rzekł:
- Dobrze, w takim razie trzeba jakoś przesłuchać tą całą Madame Selene. Problem jednak w tym, że co dziwniejsza część naszego społeczeństwa jest nią zafascynowana jak jakąś wyrocznią i dziełem sztuki. Wiadomość o nakazie zgłoszenia się na policje może wywołać nieprzyjemną falę niezadowolenia.
- Też tak sądzę, a poza tym jest to w dalszym ciągu hipoteza, wszak dowiedziałem się tego wszystkiego przez telefon. Potrzebujemy dowodów.
-W takim razie ja skoordynuje siły, i rozpocznę porównywanie śladów. Wyślę swoich ludzi w świat, i poproszę o współpracę lokalne władze.
- A ja udam się na występ Heleny. Zagadam ją, i delikatnie wybadam sprawę. W najgorszym przypadku po prostu ją przesłucham jako detektyw działający z ramienia osoby prywatnej.
- A więc do dzieła!
Komisarz zgasił szybko papierosa, i natychmiast chwycił za słuchawkę telefonu. Zanim wąsacz opuścił jego gabinet, Hodorowski na pożegnanie rzekł:
- Dobra robota, Mass.

***

Nieznośnie zalegająca cisza została przerwana jednym słowem. Słowem wypowiedzianym w taki sposób, że wszystkim obecnym na widowni zabrakło na moment tchu. Chrapliwy głos Madame Selene - zgarbionej, ciężko oddychającej, zniszczonej kobiety - wwiercał się w umysły publiczności, i zamieniał słuchaczy w wydrążone, posłuszne lalki, które tępym wzrokiem wpatrywały się w rozpływającą się sylwetkę artystki.
- Witam - rzekła Helena, a wszyscy zebrani w ciągu sekundy zostali przeistoczeni.
Detektyw Mass ze zgrozą patrzył, jak Madame Selene, okrutnie się chwiejąc, spaceruje po scenie, opowiadając przy tym o dalekich, egzotycznych krajach, które, jak twierdziła, swą dziwacznością mogłyby zniszczyć moralny porządek wartości cywilizowanych ludzi, gdyby wiedza o nich była powszechna. Z niedowierzaniem wysłuchiwał opowieści o lewitujących, drewnianych domach, i rzekach, które kilka razy w roku zamieniają się w krew, aby mieszkające nad nimi ludy mogły ją spożywać, i uprawiać mroczną sztukę nekromancji. Z lekceważącą obojętnością dowiedział się o pewnym szamanie, który raz w tygodniu dla swojego bóstwa oddaje jakąś część swego ciała, a on w zamian za to obdarza go długowiecznością. Będąc bardzo już znudzonym wysłuchał tyrady o niszczącym wpływie szkolnej edukacji, lecz ożywił się, gdy artystka nagle, bez żadnej zapowiedzi energicznym ruchem ściągnęła czerwoną tkaninę z prostokątnego przedmiotu, sprawiając, że oczom publiczności ukazał się koszmar w najczystszej postaci.
Helena Seligne powiedziała wtedy, że zwierzę to nazywa się czarnodiabeł, i że mieszka dalej, niż ktokolwiek mógłby to pojąć.
Wśród publiczności rozległ się jęk. Niektórzy nie wytrzymali widoku tego stwora, i w pośpiechu wyszli, mając nadzieje, iż czarnodiabeł, jak i cały ten występ, to jedynie zły, łatwy do zapomnienia sen.
Detektyw Mass nabrał powietrza. Widział w życiu wiele, mniej, lub bardziej pokręconych postaci, jednak w tym zwierzęciu było coś, co przytłoczyło go bardziej, niż cokolwiek, co dane mu było oglądać. Niby martwy, a jednak żywy, niby sztuczny, lecz prawdziwy...
Odgoniwszy od siebie rymujące się myśli, postanowił zachować zimną krew, i po prostu obserwować dalszą część spektaklu. Nie ważne jednak jak się starał, nie ważne jak bardzo chciał się kontrolować, nie mógł opanować fali obrzydzenia, która zalała jego serce względem tego, co działo się na scenie.
Madame Selene bezdusznym, skrajnie obojętnym wzrokiem spojrzała na czarnodiabła, po czym schyliła się, i pomacała go po głowie.
Zwierzę w tym momencie podniosło łeb, i delikatnie wyciągnęło w kierunku kobiety łapkę, a ona, kompletnie na to nie zareagowawszy, po prostu zaczęła mówić.
Powiedziała, że istota ta rozwija się w ciałach martwych koni, daleko na krańcowych częściach stepów, po czym po osiągnięciu odpowiedniego wieku, zjada truchło, i zakopuje się pod ziemię, gdzie spędza dwa, trzy kolejne lata. Będąc pod ziemią, odżywia się korzeniami roślin, i drobnymi ssakami, które również w mrocznych korytarzach urządziły sobie legowiska. Gdy minie odpowiednia ilość czasu, czarnodiabeł wychodzi na powierzchnie, i w cieniach nocy poluję na śpiące zwierzęta. Czasami zakrada się do ludzkich osad, gdzie żeruje na stadach owiec, oraz oczywiście koni. Nie gardzi również bydłem, niekiedy zapoluje na kury, a nawet na ludzi - konkretniej na małe, zagubione dzieci.
Detektyw nie był w stanie wysłuchiwać tych bredni. W opowieści artystki absurd gonił absurd, jednak jakaś część jego podświadomości, prawdopodobnie ta odpowiedzialna za irracjonalne lęki i fobie, nakazywała mu słuchać. A przede wszystkim patrzeć, i zapamiętywać każdy szczegół zwierzęcia; jego koślawe łapy, mokrą, klejącą się sierść, jego przekrwione, błądzące gdzieś oczy...
Czarnodiabeł zdawał się darzyć Madame Selene jakimś specjalnym uczuciem, prawdopodobnie bardzo lubił jej obecność, i czuł się przy niej bezpiecznie. Kobieta jednak, a było to bardzo wyraźnie wyczuwalne, emanowała niesamowicie gęstym chłodem; chłodem tak wielkim, że co ckliwsi i uważniejsi widzowie poczuli w sercach nieprzyjemne ściśnięcie, gdy obserwowali, jak zwierzę bezskutecznie domagało się pogłaskania.
I tak przez prawie godzinę.
Gdy występ dobiegał końca, Mass psychicznie nastawiał się na konfrontację z tą dziwną kobietą. Choć nie miał pewności, czy na pewno uda mu się ją przesłuchać, wiedział, że gdy już ta chwila nadejdzie, będzie to istny pojedynek charakterów. Choć wyglądała ona niepozornie, moc jej umysłu bez wątpienia była ogromna. I tego detektyw się obawiał.
Po ostatnim ukłonie, i schowaniu czarnodiabła w klatce, publiczność wstała, i w kompletnej ciszy poczęła opuszczać salę. Odczucia po występie były raczej mieszane - podkreślano później, że Madame Selene niestety się starzeję, i że nie posiada już tak wielkiego magnetyzmu, jaki posiadała jeszcze pięć lat temu. Czyli podczas poprzedniego spektaklu.
Mass szybko wyszedł na korytarz, w którym znajdowali się członkowie ekipy technicznej, oraz ochraniarze. Wiedział, że garderoba artystki znajdowała się gdzieś daleko za ich plecami, zatem nie zwlekając, postanowił szybko się tam dostać. W ostatniej jednak chwili, jego uwaga skupiona została na czymś innym. Oto przez szklane drzwi teatru zobaczył młodą dziewczynę - najpewniej tą samą, która jako pierwsza opuściła występ - drżącą, i zalaną łzami. Wpatrywała się ona w coś, co znajdowało się na ścianie budynku. Jej postawa wyrażała wszystko, poza tym, że wszystko z nią w porządku.
Pomimo, że detektyw udał się na występ w bardzo konkretnym celu, pomimo, że planował rozegranie nadchodzącej akcji przez ostatnią godzinę, w ciągu jednej sekundy ze wszystkiego zrezygnował. Wystarczyło na moment porzucić trzeźwą, racjonalną część umysłu mówiącą stanowczym, sterylnym głosem rozsądku, i usłyszeć pół słowa emocjonalnego szeptu serca, by dać się ponieść intuicji. Odchodząc od obserwującego go ochroniarza, oddalając się od korytarza prowadzącego do garderoby podejrzanej, Mass nie żałował; miał niezwykle silne przeczucie, że ta dziewczyna odegra w śledztwie niebywale istotną rolę.
- Dobry wieczór - rzekł uprzejmie wąsacz, gdy zbliżył się do młodej damy - czy byłoby nieuprzejmym, gdybym spytał szanownej pani czy wszystko z nią w porządku?
Kobieta, nie odrywając wzroku od obserwowanego obiektu, odparła:
- Ależ nie, niech pan pyta.
Zaśmiała się. A potem jej policzki zalane zostały łzami. Dłonie dziewczyny drżały, a jej ciało pod względem temperatury z pewnością zbliżone było do czegoś, co od dawien dawna nie żyje.
- A zatem, czy wszystko w porządku? Muszę przyznać, iż nie wygląda pani najlepiej.
Dziewczyna wykrzywiła usta, jednak nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Oderwała na chwilę wzrok, i w wychodzącym z teatru tłumie zdawała się wypatrywać kogoś znajomego. Potem powróciła do uporczywego, maniakalnego gapienia się na plakat, na którym widniał wyblakły wizerunek Heleny Seligne.
- Cóż, drogi panie. Ta kobieta...widzi pan?
Mass kiwnął tylko głową. Pozwolił dziewczynie na spokojnie zebranie myśli.
- Więc ta kobieta...ta kobieta to moja matka.
Grom przeciął ciemne, zachmurzone niebo. Ściana deszczu lunęła na Wielki Teatr Żelaznej Woli, a ludzie w pośpiechu rozpierzchli się do domów.

***

- Sam nie wiem, Mass, co mam o tym myśleć - rzekł wyraźnie zdenerwowany komisarz Hodorowki - pański pomysł był bardzo...no, sam nie wiem. Nie wiem.
Był skandaliczny i nie do przyjęcia, krzyczał w myślach mundurowy, był ostatnią rzeczą, jaką należało uczynić.
- Być może nie powinienem tego mówić, jako detektyw wykorzystujący w pracy nade wszystko racjonalizm i logiczne myślenie - odpowiedział mu Mass, co wywołało w komisarzu jeszcze większą złość - jednak czasem należy posłuchać tego urywanego szeptu zwanego intuicją. I mówię to jako człowiek.
- Niech pan nie żartuje - burknął Hodorowski - i się nie zgrywa. Helena Seligne za dwa dni opuszcza miasto, a potem zaszyje się w jakimś rynsztoku na kilkanaście lat, i tyle będziemy ją widzieć. Przepuścił pan jedyną okazje na przesłuchanie jej! Zresztą, po co ja w ogóle z panem rozmawiam!? W tym momencie wyśle nakaz jej aresztowania, i sam doprowadzę sprawę do końca! Po cóż słuchałem pana, aby działać dyskretnie? Zbrodniarz musi być napiętnowany! Niech wszyscy wiedzą, że ta stuknięta raszpla jest zdegenerowaną morderczynią! Ot co!
- Przepraszam, czy mogę przerwać tę zaciętą dyskusje?
Furia komisarza zawieszona została niczym pięść, mająca za kilka chwil oddać destrukcyjne uderzenie.
- Pragnę tylko powiedzieć, że panna Annabel, jak się dowiedziałem, czuje się już lepiej. Doprawdy, kubek gorącej herbaty, i łagodne leki uspokajające czynią cuda. Zgodzi się pan ze mną?
Słowa Marcela Rosenbacha, znajomego Sigismunda Massa, do którego ten bezzwłocznie się udał z półprzytomną młodą kobietą, skierowane zostały do komisarza Hodorowskiego. Dodać jeszcze należy, iż Marcel Rosenbach był znakomitym psychiatrą.
- Jeszcze raz dziękuje - odparł serdecznie Mass - że mimo późnej pory zgodziłeś się pomóc. Naprawdę, doceniam to.
- Ach, nie ma problemu. Zresztą uważam, iż to ja winien jestem podziękować, gdyż przypadek panny Annabel wydaje się być nad wyraz interesujący.
- To znaczy? - burknął Hodorowki, chcąc zapalić papierosa, jednak z szybko z tego pomysłu rezygnując.
- To znaczy, że powinniśmy usiądź, i porozmawiać na spokojnie. Może brandy? Wiem, że jest trzecia w nocy, jednak na kieliszek dobrego trunku nigdy za późno, czy tak?
Mężczyźni zaproszeni zostali do ogromnego salonu, w którym najbardziej rzucającymi się w oczy elementami była skóra niedźwiedzia przykrywająca podłogę, oraz ogromne trofeum w postaci głowy jelenia, znajdujące się nad kominkiem. Gdy zasiedli za drewnianym, eleganckim stołem, a w ich dłoniach znalazły się kryształowe kieliszki wypełnione brązowym płynem, Marcel Rosenbach rozpoczął dyskusję:
- Po pierwsze, gratuluje ci, Sigismund, trafnej oceny sytuacji. Tak jak przewidziałeś, dziwne zachowanie panny Annabel, w istocie miało podłoże psychiczne. Dobrze zatem, że zdecydowałeś udać się z tym do mnie.
Niezadowolenie malujące się na twarzy Hodorowskiego coraz wyraźniejszymi kolorami, jasno dało do zrozumienia, że psychiatra powinien przejść do konkretów.
- Co zaś tyczy się wyjaśnienia tego zachowania, mamy tu klasyczny przykład mechanizmu wyparcia. To znaczy: na dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Nie przeprowadziłem dokładnego badania, ale względnie tak to właśnie wygląda.
- Względnie! - uniósł się komisarz - nam potrzeba konkretów! Prawdopodobnie nie zdaje pan sobie sprawy z tego, jak istotne są fakty!
- Jestem lekarzem, więc owszem, zdaje sobie z tego sprawę doskonale, komisarzu - rzekł spokojnie Rosenbach - rozumiem także pańską frustrację. Proszę jednak nie winić Sigismunda za podjęcie błędnej decyzji. Nad czymkolwiek pan pracuje, z tego co słyszałem panna Annabel może okazać się bardzo pomocna.
- Może! W istocie, może okazać się bardzo pomocna!
- Jej pomoc będzie nieoceniona, jak pan woli.
Detektyw postanowił załagodzić nieco rodzącą się kłótnie:
- Wróćmy do rzeczy. O co dokładnie chodzi z panną Annabel?
Marcel przechylił kieliszek, i odpowiedział:
- Jak mówiłem, ta młoda dama stała się ilustracją działania mechanizmu wyparcia, albo raczej obrazem konstrukcji ludzkiej psychiki. Mechanizm wyparcia następuje wówczas, gdy człowiek doświadcza czegoś traumatycznego, ewentualnie, gdy odczuwanie przyjemności i zaspokajanie popędu związane jest w efekcie z cierpieniem i przykrością. Panna Annabel we wczesnym dzieciństwie musiała przeżyć koszmar, który ze względu na zadany ból zepchnięty został w sferę nieświadomości. To jednak, co wyparte zostaje ze świadomości w nieświadomość, nie znika. Doświadczenie to wciąż istnieje, a przywrócone może zostać pod wpływem, na przykład, różnego rodzaju używek, bądź bardzo silnego bodźca, mającego z daną sytuacją bezpośrednie połączenie. W przypadku tej biednej dziewczyny, bodźcem tym okazał się portret Madame Selene. Czyli namacalne wspomnienie matki.
Komisarz ponurym wzrokiem łypnął na Massa, który w jego w opinii zdradził swemu znajomemu zbyt dużo szczegółów. Jakiekolwiek dokładniejsze informacje, winny być jego zdaniem dla dobra śledztwa zatajane. Detektyw, doskonale sobie zdając sprawę z niezadowolenia Hodorowskiego, postanowił obrócić sytuacje na swą korzyść:
- A czy możliwie jest wydobywanie treści wypartych w sposób kontrolowany?
- Oczywiście - odparł, popijając brandy Rosenbach - opracowano co najmniej kilka metod pozwalając na oswajanie pacjenta ze swą traumą, jak i jego leczenie. Moim skromnym zdaniem, najciekawszym z nim jest hipnoza.
- Rozumiem, że jest to proces długotrwały? - drążył rozmowę detektyw.
- Tak, choć wiele zależy od pacjenta. Terapia może trwać od kilku dni, do kilkunastu lat.
- Wspaniale! - wrzasnął Hodorowski - tego właśnie nam było trzeba! Kilkunastoletniej terapii prostującą skrzywioną psychikę jakiejś małolaty. Mass, na wszystkie świętości, czemuś zrezygnował z przesłuchania?
- Spokojnie - uśmiechnął się psychiatra - niech pan zastanowi się nie nad tym, co mogłoby się wydarzyć, a na tym, co właśnie się wydarza. Jeśli pani Seligne rzeczywiście jest matką Annabel, i jeśli Annabel rzeczywiście przeżyła w dzieciństwie traumę, która najpewniej związana była właśnie z matką, dostarczyć ona może informacji stanowiących niezbite dowody przemawiające na niekorzyść Madame Selene. Policja będzie miała solidne podstawy do wszczęcia śledztwa.
- Z całym szacunkiem, doktorze, ale proszę mi nie mówić, co policja będzie miała, a czego nie.
- Och, nie zamierzałem podważać pańskich kompetencji, komisarzu. Chodzi mi po prostu o to, że przypadek panny Annabel przyniesie podwójną korzyść. Wie pan, z jednej strony informacje pomocne w nakreśleniu sylwetki potencjalnego złoczyńcy, a z drugiej pomoc skrzywdzonej psychicznie osobie. Dwa w jednym.
Hodorowski był wściekły. Oto bowiem lekarz tłumaczył mu jak zebrać obciążające podejrzanego dowody. Osoba kompletnie niezaangażowana w dochodzenie, o dochodzeniu wiedziała. Wiedziała, że Helena Seligne zrobiła coś złego, i że jest ona, jak ujął to Rosenbach, potencjalnym złoczyńcą.
- To jest śmieszne - rzekł komisarz, niemal płonąc - śmieszne i żałosne.
- Czy w ciągu pierwszej sesji można od pacjenta usłyszeć meritum sprawy? - wtrącił Sigismund Mass - to znaczy podczas terapii hipnotycznej?
- Można. Muszę jednak przyznać, iż z punktu widzenia leczenia mającego przynieść pozytywne skutki, jest to nierozsądne. A nawet niebezpieczne.
- Więc to tyle, jeśli chodzi o pomoc panny Annabel w śledztwie - odparł komisarz, wstając, i szykując się do opuszczenia posiadłości. Zatrzymały go jednak słowa psychiatry:
- Zapomniałem dodać, że wprawny hipnotyzer jest w stanie wywołać coś, co nazwać można hipnotyczną iluzją. Ewentualnie hipnozą w trakcie hipnozy. Polega to na tym, iż pacjent wędruje do najgłębszych zakamarków swej psychiki, wyjawia wszystko, co...lekarz chce usłyszeć, a potem o wszystkim zapomina. Metoda ta nie jest co prawda pochwalana przez osoby biegłe w medycynie. Za to agenci różnego rodzaju wywiadów, mają na jej temat nieco inne zdanie.
Szalejący za oknem wiatr porywał ostatnie krople deszczu, i ciskał nimi we wszystkim kierunkach. Mass, wraz z komisarzem Hodorowskim milczał. Obaj analizowali usłyszane przed sekundą zdanie.
Marcel Rosenbach serdecznie się uśmiechnął, i z dominującym wdziękiem przechylił kieliszek.
- Cóż - rzucił po chwili - jest to książkowy przykład sytuacji wymagając ze strony jej inicjatora dodatkowych wyjaśnień. Otóż żaden lekarz nie podejmie się tego, gdyż z medycznego punktu widzenia jest to bezsensu. Po cóż bowiem wydobywać z nieświadomości szkodliwe dla pacjenta wspomnienia, a potem z powrotem je zakopywać? Za to emerytowany lekarz, mógłby to zrobić chociażby z własnej ciekawości.
Choć detektyw znał Rosenbacha dosyć dobrze, nie można było powiedzieć, iż są przyjaciółmi. Z tego też powodu nie wiedział, że jest on nieczynny zawodowo.
Nie wiedział także, że jego kariera lekarska została skreślona po tym, jak stosować zaczął kontrowersyjne metody, co poskutkowało popełnieniem przez większość jego pacjentów samobójstwa.

***

Antycznie wyglądający zegar leniwie odmierzał kolejne minuty. A stare, bogato zdobione drzwi skutecznie zatrzymywały zmysł wzroku, i maskowały to, co za sobą skrywały.
Sigismund Mass, i komisarz Hodorowski poproszeni zostali, aby na czas trwania hipnozy opuścili pokój zabiegowy. Jak wyjaśnił im psychiatra, mogło to zaszkodzić powodzeniu zabiegu. A raczej eksperymentu.
- Mass, czy naprawdę sądzisz - spytał nerwowo komisarz, który słowa Rosenbacha miał za bezwstydne kłamstwo - że zahipnotyzowana osoba duchem wkracza na inny poziom istnienia, i wyczuwa wibracje wszystkiego, co wokół niej się znajduje? I że wibracje żywych organizmów są na tyle duże, że zdominować mogą pozostałe, sprawiając...
- Wykreowanie sztucznych treści w umyśle takowej osoby, przez co prawda może na zawsze zostać skryta w nieświadomości - dokończył nie mniej zdenerwowany detektyw - nie wiem, komisarzu. Wiem jednak, iż doświadczyłem w życiu mnóstwa absurdów, które później okazały się być faktycznością.
- Mhm. Na przykład sytuacja, w której umierająca baba uzależniona od seksu, łamie karki swym świeżym, młodziutkim kochankom?
Mass westchnął. Opanowując wypowiedzenie nieuprzejmej riposty.
- Tego akurat, mam nadzieje się niedługo dowiedzieć.
Po dwóch godzinach wzajemnych docinek, nerwowych wypaleń mnóstwa papierosów, i nasłuchiwania głuchej ciszy wydobywającej się zza inkrustowanych drzwi, nastąpił przełom. Marcel Rosenbach opuścił pokój zabiegowy, i spieszył z wyjaśnieniem sytuacji.
Pierwszym, co uderzyło funkcjonariuszy, była niezwykła bladość emerytowanego lekarza.
- Panowie - rozpoczął drżącym nieco głosem Rosenbach - pragnę poinformować, iż proces wywołania hipnotycznej iluzji zakończył się sukcesem. Nie denerwujcie się, że trwało to tak długo. Choć, jeśli mam być drobiazgowy, dwie godziny na co coś takiego, jest raczej tempem ekspresowym.
- Jasne - skrzywił się Hodorowski - bardziej jednak interesuje nas efekty. Dowiedział się pan czegoś?
Uśmiech na twarzy psychiatry wyrażał wiele. Zdecydowanie zbyt wiele.
- Cóż, panna Annabel oddzielona została od matki w wieku wczesnej maleńkości. Nie przeszkodziło to jednak, aby zapomniała pewien ciekawy proceder, który jej rodzicielka uprawiała. Albo też uprawia nadal.
Powietrze nasączone zostało czymś dziwnym. Mężczyźni popatrzeli po sobie, a lekarz kontynuował:
- Oczywiście, nic nie zostało powiedziane wprost. Co również jest ciekawe, bowiem umysł dziecka w taki właśnie sposób działa. Tym nie mniej, malownicze metafory i makabryczne raczej opisy powinny dać jasny ogląd na sprawę. Proszę. Nie odważę się cytować panny Annabel, bo też niemiałoby to sensu. Miast tego, wszystko spisałem na tej oto kartce.
Pomięta, gęsto zapisana karta wylądowała w ręce detektywa Massa. Komisarz zerknął nań z zaciekawieniem, ale też z udawaną obojętnością.
- Wie pan - rzekł Hodorowski do szczerzącego się psychiatry - że mimowolnie zaangażowany został w tę sprawę. W związku tym, proszę pana o absolutną dyskrecję. Nic, co pan usłyszał...
- Drogi panie - przerwał Rosenbach z absolutnym brakiem szacunku - nie dość, że przysięga lekarska obowiązuje do końca życia, to też wierny pozostaje mej znajomości w Sigismundem. Nie chciałbym, i nie zamierzam przyczynić się do fiaska śledztwa poprzez gadulstwo. Zresztą, kogóż interesują kliniczne przypadki? Ach, byłbym zapomniał. W razie gdyby ktoś miał zastrzeżenia co do wiarygodności owych zapisków, tutaj w rogu jest moja pieczątka. W przypadku powołania mnie na świadka, czy po prostu potwierdzenia owego dokumentu, jestem do dyspozycji. I orzeknę wszystko to, co prawdziwe.
- To chyba nie będzie konieczne, wyznanie panny Annabel wydaje się być wystarczająco przekonywujące - Mass starannie złożył pożółkłą kartkę - a jeśli już o niej mowa...
- Naturalnie - wyszczerzył się jeszcze bardziej Marcel Rosenbach - proponuję, aby nasza nieszczęśnica pozostała do rana w mej posiadłości. Świtać będzie raptem za trzy godziny, jednak tyle czasu wystarczy, aby odzyskała siły. Obiecuję powiadomić jej opiekunów, jeśli takowi są, i co rychlej odwieść ją do szpitala. Nie musicie się martwić, mam doświadczenie w takich przypadkach. Choć obudzi się w kompletnie obcym dla siebie miejscu, uspokoję ją, i pokrótce objaśnię całą sytuację. Gdy dowiem się czegoś ciekawego, niezwłocznie się skontaktuję. Kto wie, może trzeźwa część świadomości Annabel również skrywa jakiś tajemniczy sekret?
Hodorowski ze zgodnością kiwnął głową.
- Niech tak będzie. Tymczasem my musimy działać bardzo szybko. Wracamy na posterunek, Mass, po drodze porozmawiamy o szczegółach. Cóż zatem - zwrócił się ku Rosenbachowi - mam nadzieję, że spędzony tu czas, nie był czasem straconym. I że ta...
- Hipnotyczna iluzja, komisarzu.
- Tak, hipnotyczna iluzja, się na coś przyda. Naprawdę, mam szczerą nadzieje.
Ostatnie słowa skierowane zostały w stronę detektywa. Ten wiedział, że jeśli Helena Seligne umknie i pozostanie na wolności, będzie to wyłącznie jego wina.
- Dziękuje, Marcelu, za pomoc - odparł ponuro Mass - jak zwykle okazałeś się niezawodny.
- To ja ci dziękuje. Naprawdę.
Gdy mężczyźni w pośpiechu opuścili rezydencje Rosenbacha, detektywa nawiedziło bardzo nieprzyjemne uczucie. Pierwszy raz pożałował, że jednak zaniechał próby przesłuchania, że zdecydował się opuścić hol teatru, i zagadać do tamtej zapłakanej, acz całkiem mu nieznanej dziewczyny.
Uczucie to pojawiło się w momencie, gdy Marcel delikatnie oblizał wargi, kiedy zarzekał się, że to jednak on naprawdę dziękuje Massowi.

***

Gazety zwariowały.
Pomimo wszelkich starań i niesamowitej dyskrecji, wieść o aresztowaniu Madame Selene rozniosła się z prędkością najgorętszych plotek ze świata show i biznesu. Tym bardziej więc było to ciekawe, bowiem Helena Seligne, jakkolwiek znana i szanowana przez ogół, najżywszą ciekawością cieszyła wśród wąskiej raczej elity. Elity uczonych, pasjonatów tajemnic, i dziwaków z zaburzeniami osobowości.
Organ władzy jednak nic nie mógł na to poradzić. Stało się. Madame Selene - kontrowersyjna, fascynująca i na swój sposób przerażająca artystka - została aresztowana.
Dziennikarzom nie udzielano żadnych informacji; w zasadzie, niewiadomym dla nich było za co właściwie została zatrzymana. To z kolei rozbudziło wyobraźnie fanów kobiety, którzy zgodnie stwierdzili, że najprawdopodobniej odkryła ona coś, co rząd starał się ukryć. Nawet za cenę wolności.
Posterunek, w którym miała być przesłuchiwana, stał się celem pielgrzymek setek wielbicieli artystki. Zbierali się, czekali, rozbijali obozy - byle tylko być bliżej ukochanej gwiazdy. Byle tylko ją wesprzeć.
Komisarz Hodorowski wiedział, że o sprawie nie może wypowiadać się publicznie. Śledztwo trwało w dalszym ciągu, a Helena Seligne zatrzymana została jako podejrzana, a nie oskarżona. Ze względu jednak na charakter przesłuchiwanej, postanowił wyjść do ludzi, i udzielić szczątkowych informacji. Zrobił to w taki sposób, że fani kobiety poczęli zbierać się pod posterunkiem jeszcze liczniej.
Po kilku godzinach wyczerpującego czekania, po kilku godzinach domysłów i nerwów, komisarz wyszedł wreszcie przed oblicze gawiedzi. Jego mina wskazywała na to, że usłyszał coś, czego usłyszeć się nie spodziewał.
- Skończyliśmy przesłuchiwać panią Seligne, i będziemy kontynuować śledztwo - odparł beznamiętnie, wyjątkowo drżącym głosem.
- Czy to znaczy, że jest niewinna? - zagaił dziennikarz o najdonioślejszym głosie.
- Dla dobra sprawy, nie mogę powiedzieć nic ponad to, co już powiedziałem.
- Czyli jest winna? - spytał ktoś inny.
- Jak już mówiłem, nie mogę...
- Psy! - wrzasnął któryś z fanów artystki - zatrzymujecie porządnych obywateli, których jedynym przewinieniem jest to, że odnieśli sukces! Dajcie jej spokój, chamy, i pozwólcie na wzbogacanie ludzkiego życia! Czyli czegoś, czego wy nie potraficie! Ona nie wyrządziła nikomu krzywdy!
- Na rany Chrystusa! - krzyknął komisarz, bowiem nie wytrzymał tłumienia napięcia, które wezbrało się w nim po usłyszeniu zeznań - gdybyś tylko wiedział, chłopcze! Gdybyś tylko wiedział!

***

Dom Heleny Seligne stał na uboczu, w wyjątkowo spokojnej okolicy kraju. Jej najbliższymi sąsiadami było stare małżeństwo, oraz mieszkający wraz z dwójką dzieci emerytowany żołnierz. Ze względu na to, że Madame Selene rzadko przebywała w rodzinnych stronach - bo ów dom do takowych się zaliczał - nie wiedzieli oni o swojej sąsiadce zbyt wiele. Słyszeli, że występuje ona na całym świecie, jednak nie do końca rozumieli, czym takim się zajmuje. Zresztą niewiedza ta i tak nie przeszkadzała im w cieszeniu się z faktu, że przyszło im żyć obok kogoś sławnego. I że nie jest to jakiś pozbawiony głosu niby-piosenkarz, wylansowany przez rozwijającą się ostatnio technologie. Takich osób na świecie przybywało. I towarzystwo takich osób, działałoby wszystkim na nerwy.
Tym nie mniej, wizyty policji w domu Heleny się nie spodziewano. Z czegokolwiek słynęła, nie mogło to być nic gorszącego, wszak kobieta miała już swoje lata, a nie wyglądała na taką, która prowadzi rozwiązły tryb życia podobny do gwiazd rocka. Policja robiła naloty na domostwa, jeśli względem ich właścicieli istniało podejrzenie handlowania narkotykami. Helena Seligne nie mogła jednak uczestniczyć w tym procederze - to starsza, widać, że zmęczona kobieta - nie mogła zatem zniżyć się do poziomu zwykłych ćpunów. Choć nikt tak naprawdę jej nie znał, wiedziano, że nie mogła zrobić niczego złego.
Jaki zatem był powód nalotu policji? I dlaczego, oprócz zwykłych radiowozów, przyjechały tam czarne vany, i półciężarówki z zamaskowanymi funkcjonariuszami?
Gdyby pani Ferenc, żona we wspomnianym starszym małżeństwie, wiedziała, jaki jest cel tego wszystkiego, z pewnością nie zaprzątałaby sobie głowy swoją sąsiadką. Mało tego - szukałaby wraz z mężem innego miejsca, innego domu. Byle tylko z dala od niej. Z dala od...tego.
Pan Covlac - żołnierz - cieszył się z kolei, że tego dnia w domu był tylko on. Cieszył się, że dzieci poszły do szkoły, i że nie muszą patrzeć, jak organy władzy przeszukują dom strasznej pani, jak ją nazywały. I że przede wszystkim, nie widzą, jak znajdują to, po co przyszli.
Akcja trwała jakieś cztery godziny. W tym czasie, mundurowi coś zapisywali, do kogoś dzwonili, a przede wszystkim patrolowali teren w poszukiwaniu dziennikarzy. Tak przynajmniej twierdził pan Covlac w rozmowie z reporterami największych gazet.
Dom Heleny został starannie owinięty taśmą, a ona sama nigdy do niego nie wróciła. Podobnie jak jej ochroniarz, który zatrzymany został wraz z nią, i który - jak się później okazało - odpowiedzialny był za dokonanie wszystkich morderstw. Skręcanie karków w jego przypadku nie stanowiło jakiegoś specjalnego wyczynu. Choć naturalnie był człowiekiem, z wyglądu bliżej mu było do goryla. W dodatku wyjątkowo szkaradnego - blizna po źle wykonanym zabiegu przecięcia włókien łączących płaty mózgu z międzymózgowiem nie zrosła się należycie. Posiadał w dodatku wyjątkowo nieproporcjonalną do reszty ciała głowę.
Długo wstrzymywano się przed podaniem do opinii publicznej informacji o praktykach Heleny Seligne. Długo nie zakłócano społecznego spokoju, i długo utrzymywano wszystko w ścisłej tajemnicy. W końcu jednak, ten dzień musiał nadejść - wiadomość o poczynaniach Madame Selene musiała zostać przekazana.
Pierwszą gazetą, której przekazano niepokojące wieści, było jakieś lokalne pisemko czytane przez mniej niż tysiąc osób. Zabieg ten podjęto z pełną świadomością - władze chciały przewrotne wybrnąć z sytuacji, która i tak później stała się faktycznością. Strach, panikę, i niepokój chciały zaszczepić w społeczeństwie powoli, kawałek po kawałeczku.
Członkowie tej lokalnej społeczności byli co najmniej wstrząśnięci. Na nieszczęście, znakomita ich większość słyszała o Helenie Seligne, i z ochotą wędrowała za nią po całym świecie. Kilkoro ludzi przeżyło załamanie nerwowe, inni trafili do szpitala z ciężkimi dusznościami i zawrotami głowy. Dwie osoby popełniły samobójstwo.
Makabra rozpełzła się, niczym stado przenoszącego choroby robactwa.
Ci, którzy dowiedzieli się o sprawie z telewizji, na kilka dni przestali oglądać wiadomości. Ci, którzy przeczytali o tym przy śniadaniu, do końca dnia niczego już nie zjedli. Znana była sytuacja, kiedy to mąż powrócił do opuszczonej rodziny, i zarzekał się, że już nigdy ich nie zostawi. Gdzieś indziej, matka przez kilkanaście godzin nie wypuszczała dzieci ze swych ramion.
Wszystko przez to, że Madame Selene była bardzo, bardzo złą kobietą.

***

- No i co, Mass? Co pan o tym sądzi?
Komisarz Hodorowski palił papierosa. A przed sobą miał kufel zimnego piwa.
- Sądzę - odparł posiadający rude wąsy okularnik - że dobrze, że to już koniec.
- Ta - rzekł komisarz ze zrozumieniem - dobrze. I ten...chciałem pana przeprosić za pochopne oskarżenie o brak kompetencji. Zeznania panny Annabel faktycznie okazały się pomocne. W zasadzie, dzięki temu całe śledztwo skończyło się, zanim na dobre się zaczęło.
Detektyw już miał zamiar się uśmiechać, i tłumaczyć, że nic się nie stało. Hodorowski jednak mówił dalej:
- Ale co jak co, musi pan przyznać, że posunięcie to było dość ryzykowne. Nie miał pan absolutnie żadnej pewności co do powodzenia, poza jakimś tam przeczuciem. Przyznaje pan, prawda?
- Tak - rzekł zgodnie z prawdą śledczy - przyznaje. Przeczucie to jednak było na tyle silne, że postanowiłem mu zawierzyć. Ale - podniósł do ręki zamówiony trunek - nie ma sensu dłużej o tym rozprawiać. Napijmy się za powodzenie.
- O tak, racja, napijmy się.
Mężczyźni stuknęli się kuflami, i triumfalnie wychylili spore łyki. Hodorowski, po wypaleniu papierosa, natychmiast sięgnął po następnego.
- Kontaktował się pan może z tym...jak mu?
- Marcel Rosenbach - burknął Mass.
- A właśnie, Rosenbachem. Panna Annabel już zdrowa?
Detektyw westchnął.
- Z tego co mi powiedział, zrobił tak, jak miał zrobić. Sądzę, że jest ona jeszcze w szpitalu, jednak kwestią dnia, może dwóch jest to, kiedy wyjdzie.
- A zatem wszystko się jakoś ułożyło. Chociaż jak pomyśle o tym wszystkim...hm...
O tym, że Helena Seligne uwodziła zdrowych, dobrze się prowadzących mężczyzn, myślał Mass, aby mieć pewność, że urodzi zdrowe potomstwo, o tym, że zlecała polowania na młode wilki i takież niedźwiedzie, i o tym, że potem obdzierała te zwierzęta ze skóry, w których następnie zaszywała swoje dzieci, aby te mogły się z nimi zrosnąć, i zapewnić mamusi sławę podróżniczki odkrywającej nieodkryte dotąd gatunki zwierząt. Tak, myślał dalej, mnie też trafia szlag.
- Tak czy inaczej - rzekł komisarz stwierdziwszy, że dość się naprzeklinał - dobrze, że przynajmniej pannie Annabel się udało. To znaczy szczęście w nieszczęściu, że miała takiego ojca.
- Mhm - przytaknął z niesmakiem detektyw - pewnie dlatego Madame Selene zleciła dla niego wykonanie lobotomii.
Komisarz się wzdrygnął.
- Cholera - nie wytrzymał z postanowieniem - dlaczego ten facet nie uciekł? Dlaczego przy niej został? I jeszcze jako prywatny ochroniarz? Do jasnej cholery, dlaczego porzucił dziecko, i do niej wrócił?
- Ludzka natura, komisarzu, jest bardzo skomplikowana. Człowiekiem rządzą emocje, które wzajemnie się wykluczają, i które dążą do tego, aby być jednością. Gdy któraś z nich wytrąci się z równowagi, i przejmie kontrole...cóż...robi się rzeczy nieroztropne.
- Ale aż tak? Aż...tak?
- W rzeczy samej. Tak to jest, gdy dwa, znajduje się w jednym.

***

Zaraz po występie, udał się za kulisy.
Nie zważał na to, że jego wybranka wyszła zaraz po rozpoczęciu. Nie obchodziło go, że nie wstając, i nie biegnąc za nią, najprawdopodobniej bezpowrotnie ją utracił. To nie było ważne. Ona już się dla niego nie liczyła. Hipnotyczna moc Madame Selene - najdoskonalszej, najpełniejszej, najprawdziwszej artystki - obezwładniła go do tego stopnia, że z chwilą ujrzenia jej szkaradnie wychudzonej sylwetki wiedział, iż urodził się, aby ją czcić. W ten czy inny sposób - nie ważne.
Ku jego zdumieniu, ochroniarze wpuścili go bez żadnych problemów. Nikt go nie zatrzymywał, nikt o nic nie pytał. Wszedł, jak na spotkanie kogoś, z kim znał się bardzo długo.
Z samą Madame Selene widział się dosłownie przez kilka chwil. Gdy tylko go zobaczyła, natychmiast stwierdziła, że czekała na to spotkanie bardzo długo. Powiedziała później, że wielu fanów pragnie się z nią spotkać, ale że tylko nieliczni mają ten zaszczyt. A on, nie dość, że może z nią porozmawiać, będzie w dodatku fanem świadomym - artystka zapewniła go, że zdradzi mu swój największy sekret.
Zeszli do piwnic, głęboko pod powierzchnie teatru, gdzie plątanina opuszczonych korytarzy przerażała ogromem możliwości zabłądzenia. Zdawało się, że dyrekcja o nich nie wiedziała, bowiem wejście do nich było starannie ukryte, a same korytarze nie wyglądały na uczęszczane. Najprawdopodobniej, współpracownicy Madame w tajemnicy przed wszystkimi urządzili sobie tu bazę, jak w wielu innych zakątkach świata. Bazę, w której pracowano nad jakimś pilnie strzeżonym sekretem.
Nie spodziewał się, że ten wielki, potężny człowiek przypominający goryla, cały czas idący za nim, w pewnym momencie obezwładni go, i pozbawi przytomności. Nie mógł wiedzieć, że w podziemiach znajdowało się całkiem sporo ludzi, którzy zdawali się na niego czekać. Nie przewidział, że ludzie ci naszprycują go jakimiś chemikaliami, rozłupią czaszkę, i dłubiąc w jego mózgu zmienią go w śliniącego się, kompletnie nie myślącego manekina. Nie miał pojęcia, że w stanie nieprzytomności znajdował się kilkadziesiąt minut. Nade wszystko, nie miał prawa wiedzieć, że sytuacja Madame Selene nieco się skomplikuje, i że z niewyjaśnionych przyczyn zostanie w teatralnych lochach kompletnie sam, nie wiedząc gdzie jest wyjście, jak i droga prowadząca dalej.
Gdyby jego świadomość nie zostałaby przez tajemniczych oprawców bezpowrotnie zabrana, podchodząc do niedbale zawieszonego plakatu zobaczyłby coś więcej, niż tylko kolorowe bazgroły. Zobaczyłby coś, nad czym Madame Selene zastanawiała się od dawna. Zobaczyłby samego siebie.
Mężczyznę zaszytego w niedźwiedziej skórze.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -