Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Nienarodzeni

Piotr Ferens

Kiedy moja dziewczyna Evelyn zaciągnęła mnie do wróżki, nie sądziłem nawet, że będzie do preludium do największej przygody mojego życia. Chociaż, z drugiej strony, nie jestem w stanie stwierdzić, czy w moim nudnym życiu, nie czeka mnie coś jeszcze bardziej spektakularnego. Modlę się o to, aby nie.
Była wczesna jesień. Drzewa zaczęły już szczodrze sypać liśćmi, mimo że było dość ciepło i słonecznie. Kilka chmur na niebieskim niebie, wyglądało jak przyklejone na niebieskiej kartce wycinanki z papier-mâché.
Weszliśmy właśnie do obdartej kamienicy i wspięliśmy się na wysokie drugie piętro, obskurnej klatki schodowej. Evelyn wcisnęła krzywy guzik dzwonka i nieomal prawie natychmiast odrapane drzwi uchyliły się. W końcu wróżka to w zasadzie jasnowidz, tylko o szerszych kompetencjach. Tak przynajmniej sądziłem. Ujrzeliśmy czeluść ciemnej sieni, praktycznie bez kolorów i kształtów. Mój wzrok powoli przyzwyczajał się do panującego mroku. Po chwili z trudem rozpoznałem zarys smukłej postaci stojącej tuż przy drzwiach.
– Witam i zapraszam — odezwała się postać miękkim kobiecym głosem. Odniosłem wrażenie, że aż nazbyt teatralnym. Skrzywiłem się z niesmakiem, co oczywiście bystre oko Evelyn natychmiast wychwyciło. Stuknęła mnie łokciem pod żebro.
– Zachowuj się — syknęła.
Prawie po omacku dotarliśmy do dużego salonu, który w głównej mierze składał się z mroku, cieni i kilku dyskretnych lampek rzucającym rozmazane pasma mdłego światła na ściany, bądź mahoniowe meble. Tak właśnie wyobrażałem sobie gabinet wróżki. Mimo wszystko, całe to otoczenie, śmieszyło mnie i czułem się jak dorosły facet w piaskownicy. Przesadna aura tajemniczości, wszechobecna mroczność i te wszystkie niesamowite gadżety na mnie osobiście robiły zgoła odwrotne wrażenie.
Wróżka wskazała nam dwa krzesła i usiadła na przeciw nas, z rozłożystym biurkiem, na który, a jakże! Stały dwie przeźroczyste kule. Poza tym dojrzałem kilka pudełek, zapewne z kartami oraz ze trzy talie ułożone na boku. Pomyślałem, że goście z Hollywood mogliby tu kręcić filmy o złych czarnoksiężnikach nie tracąc przygotowań na ułożenie odpowiedniej scenerii. Zajęliśmy wskazane miejsca. Dzięki jarzącej się lampce na stole mogłem w końcu dojrzeć twarz wieszczki. Z pewnością miała już dobrze po pięćdziesiątce. Zbyt ostry makijaż i natapirowane włosy tworzyły dość oryginalny wizerunek. Na sobie miała wzorzystą długą suknię w kolorze nocy, ze srebrnymi gwiazdkami różnej wielkości.
Po krótkiej wstępnej rozmowie i wymianie stonowanych uprzejmości, wróżka spojrzała na mnie badawczo i powiedziała:
– Musi pan uważać na swojego brata.
– Ale, ja nie mam brata – zaprzeczyłem.
Jej wzrok stał się bardziej przenikliwy i przez kilkanaście długich sekund jej nie odrywała ode mnie swoich świdrujących oczu.
– Jest coraz bliżej. Więcej nie mogę panu powiedzieć.
– Jak to jest coraz bliżej? A skąd jedzie, jeżeli już. Zresztą. — Machnąłem ręką. —Jak mówiłem nie mam brata.
– Zaręczam panu, że go nie wymyśliłam.
– Nie? Więc skąd się w takim razie wziął?
– Sam musi pan to ustalić i radzę to zrobić. Pański brat jest coraz bardziej zły.
– Aha. — Uśmiechnąłem się głupkowato. – Czyli nie dość, że właśnie dowiedziałem się o tym, że mam brata, którego nie mam, to jeszcze jest na mnie zły. – W tym momencie poczułem mocnego kuksańca w udo. To była Evelyn, która próbowała mnie przywołać do porządku. Spojrzałem na nią i ponownie zwróciłem się do wróżki: —Ciekawe za co?
– Rozumiem pański sceptycyzm – odparła. — Ale, proszę mi wierzyć, to w niczym panu nie pomoże. Nie tacy jak pan już mnie wyśmiewali, a potem wracali do mnie z przeprosinami.
– Z pewnością — burknąłem. — Pozwoli pani, że zaczekam na zewnątrz.
Wstałem głośno odsuwając krzesło.

Wyszedłem na ulicę i stanąłem pod murem kamienicy. Wyciągnąłem przedostatniego papierosa z paczki i zapaliłem. Ręce mi drżały i płomień z zapalniczki chybotał się jakby za wszelką cenę chciał uniknął podpalenia. Nie potrzebnie się tak denerwuję. Zaciągnąłem się mocno i powoli wypuściłem dym z płuc.
Po niespełna dwudziestu minutach, skrzypnęły drzwi i pojawiła się Evelyn.
– I co ci przepowiedziała? — Zapytałem wrzucając niedopałek do kratki kanalizacyjnej przy krawężniku.
– Chciałbyś wiedzieć, co? — Uśmiechnęła się filuternie.
– No nie wiem. – Zrobiłem przerażoną minę rodem z horrorów trzeciej klasy. – Jeżeli to coś strasznego, to może lepiej nie?
– Przestań. — Roześmiała się. — Ze mną wszystko okay. Mama szansę zostać sławną pisarką.
– No to musisz zacząć więcej pisać niż czytać.
– Wiem.
– To dobrze, że chociaż ty załapałaś się na dobrą wróżbę. Moja nieszczególnie przypadła mi do gustu.
– Mike, kochanie. – Objęła mnie w pasie i przytuliła się. Nie możesz tak traktować ludzi.
– To ona zaczęła.
— Wykonywała swoją pracę.
– Ta, jasne, stuknięty babsztyl — mruknąłem.
– Daj spokój. Skąd wiesz. Może w tym co ci powiedziała coś jest?
– Niby co? Wiedźma w gwiaździstej sukni przestrzega mnie przed bratem, którego nigdy nie miałem?
– Może chodziło jej bardziej o duchowego brata. Wiesz kogoś bliskiego twojemu sercu?
Nic na to nie odpowiedziałem. Nie znałem nikogo, kto mógłby być moim duchowym bratem. Muszę przyznać, że gdybym wiedział co ma się wydarzyć, właśnie teraz zacząłbym się bać.

* * *

Dwa dni później wczesnym rankiem, spakowaliśmy się i zajęliśmy miejsca w moim nieco wysłużonym fordzie sierra. Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Rozrusznik z charakterystycznym grzechotem rozpoczął swój mechaniczny taniec rzężąc i chrobocząc.
– Mógłbyś coś zrobić z tym samochodem — powiedziała Evelyn ziewając.
– Na przykład co konkretnie?
– Nie wiem. Może, wymienić?
– Spełnia moje oczekiwania, a ja jego. I ten duet się sprawdza.
W tym momencie silnik warknął i wszedł na obroty.
– Widzisz? Jest czuły na komplementy, więc bądź uprzejma nie poruszać przy nim kwestii wymiany go na inny model, okay?
– Okay, okay. Chyba oboje jesteście dosyć czuli na komplementy.
– Wyjątkowo się z tobą zgadzam.
Ruszyliśmy w drogę.

* * *

Kilka godzin później dotarliśmy na miejsce. Zostawiliśmy samochód na parkingu i z bagażami ruszyliśmy w kierunku nabrzeża. Zbliżał się wieczór, ale wisząca nad horyzontem wielka pomarańczowa kula słońca, pokrywała lustro lekko pomarszczonej wody, złotymi refleksami. Nasze podeszwy stukały o deski pomostu, woda chlupotała o podtrzymujące pale, a z północy dało się wyczuć delikatną bryzę nasączoną zapachem oceanu.
Pełnomorski jacht żaglowy o wdzięcznej nazwie Plateau stał zacumowany przy kei. Niestety nie należał do mnie, tylko do mojego przyjaciela Jerrego, do którego w życiu pieniądze wprost lgnęły. Na mnie rzadko kiedy choćby spoglądały. A jeżeli nawet to krótko i niechętnie.
Weszliśmy na pokład.
– Dziś przenocujemy tutaj, w porcie, a jutro z samego rana, po śniadaniu, wypływamy.
– Wspaniale.
– Ja myślę. — Uśmiechnąłem się i pocałowałem Evelyn.
– Myślałam, że będzie większy.
– Większy? O przepraszam, że śmiałem rozczarować księżniczkę wymiarami. Ten jacht ma ponad dwanaście metrów długości i prawie cztery szerokości. Jego masa to przeszło osiem i pół tony. Moc silnika to ponad pięćdziesiąt pięć koni mechanicznych. Jeden maszt, dwa żagle. Fok o powierzchni przeszło dwudziestu siedmiu metrów kwadratowych oraz grot, który ma więcej niż trzydzieści sześć metrów kwadratowych. Cztery kabiny, pełna elektronika...
– Dobrze, dobrze. – Podniosła ręce w geście poddania. — Zrozumiałam. Jest genialny. Źle popatrzyłam, pod słońce, wiesz?
— Chyba że tak. Pod słońce wszystko jest mniejsze.
Oboje roześmialiśmy się podekscytowani wizją kilku wspólnych dni odpoczynku na wodzie.
Szybko rozlokowaliśmy się w nowym miejscu. Zanim poszliśmy spać, sprawdziłem jeszcze prognozy pogody na następny dzień. Wszystko wskazywało na to, że aura była ustosunkowana do nas życzliwie.

* * *

Wstałem skoro świt. Evelyn jęknęła przez sen coś na kształt:
— Chyba zgłupiałeś... — I przewróciwszy się na drugi bok, spała dalej
w najlepsze.
Poranek powitał mnie pięknym słońcem i niezmąconą ciszą. Jedynie parka mew latała w pobliżu i przekrzykiwała się skrzekliwymi głosami to oddalając się to znów powracając. Wyglądało to tak jakby sprzeczali się o coś ważnego? Wiatr nieco zmienił kierunek oraz siłę i powiewał teraz trochę mocniej z kierunku północnego-wschodu. Ponownie sprawdziłem prognozy i ponownie dane potwierdziły, że wszystko jest i będzie w jak najlepszym porządku.
Uruchomiłem silnik i przy akompaniamencie jego cichego powarkiwania oraz nadal kłócących się mew, powolutku wypłynąłem z niedużego portu. Patrzyłem prosto przed siebie podziwiając niekończącą się przestrzeń i z radością wciągając w płuca morskie powietrze. Boże, jak ja to kocham! Rzuciłem okiem przez ramię; nieliczne zabudowania wybrzeża, stawały się coraz mniejsze jakby ktoś spuszczał z nich powietrze.
– Oddaj... — Usłyszałem, gdzieś tuż koło ucha, ale przecież nikogo poza mną na pokładzie już nie było. Pewnie to wiatr. Wielu ludzi nie ma nawet pojęcia jak zadziwiające dźwięki może wytworzyć strumień powietrza, jeżeli tylko pada pod odpowiednim kątem i na odpowiednią przeszkodę. A tym bardziej na pokładzie jachtu, na którym jest sporo metalowych linek podtrzymujących żagle i różnego rodzaju innych kształtów, jak choćby relingi. W swojej karierze wilka morskiego słyszałem już wyrzeźbiony przez pęd wiatru płacz dziecka, nieokreślone pomrukiwania, odgłos szurania, a nawet zgrzytanie zębów. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze cichsze lub głośniejsze dźwięki pracujących materiałów, z którego zbudowana została jednostka wodna, chlupot wody. Cała ta dźwiękowa menażeria jest niczym oceaniczna opera.
Po niespełna godzinie, pojawiła się Evelyn.
– Jaki mamy plan? – Zapytała dając mi całusa na przywitanie.
– Poza horyzonty morza, hen ku gwiazdom co błyskają, płyńmy, płyńmy bez ustanku, by przemierzyć bezmiar wód... – Zanuciłem jedną ze znanych mi szant.
– A gdy przyjdzie nam ochota w port zawińmy naszą łajbą, by po chwili znów wyruszyć w morskich przygód ciem ą toń.
– Znasz szanty? – Zdziwiłem się. — Nigdy się nie chwaliłaś.
– Powiedzmy, że się przygotowałam. — Powiedziała i cmoknęła mnie w policzek. — Jadłeś coś?
Zaprzeczyłem.
– To idę zrobić jakieś śniadanko.
– Świetna myśl.
Na samo wspomnienie o jedzeniu poczułem wręcz wilczy apetyt. Żołądek natychmiast zaburczał głośno jakby chciał zaznaczyć, że słyszał co się szykuje. Przełknąłem ślinę.
Z Evelyn znaliśmy się niespełna pół roku, ale miałem wrażenie jakby minęło już kilka lat. Świetnie się dogadywaliśmy, choć bywa, że i sprzeczaliśmy. Była ode mnie młodsza o pięć lat. Mi już stuknęła trzydziestka. Niedawno skończyła studia bibliotekoznawstwa i pracowała w niewielkiej księgarence. Poza tym, cóż, proza życia; miała boski tyłek i wspaniałe małe piersi. Bo nie wiem czy wiecie, ale to mit, że faceci szaleją tylko za wielkimi biustami. Nie przeczę, są i amatorzy wielkości ponadwymiarowych, ale jeżeli chodzi o mnie, a także paru moich kumpli, preferujemy, że tak powiem rozmiar na dłoń. Czyli co się w dłoni mieści to się fajnie pieści.
Wyłączyłem silnik i postawiłem żagle.

* * *

Cały dzień upłynął nam na leniwym żeglowaniu. Opalaliśmy się na pokładzie, gadaliśmy o głupotach i zajadaliśmy zmrożonymi owocami. Wybrzeże przybrało kształt cienkiej linii oddzielającej wodę od nieba. Wiatr raz cichł do prawie niewyczuwalnych podmuchów, to znów wzmagał się nieco, jakby właśnie ktoś go obudził. Przez te wszystkie godziny minęliśmy tylko jedną łódkę o podobnych gabarytach i jakąś malutką łupinę, którą określiłem mianem chechłaka. Słońce dawno temu minęło już swój zenit i teraz opadało niespiesznie ku wodzie, tworząc na jej powierzchni złocisty szlak rozmigotanych iskier. Blady, eteryczny księżyc nieśmiało kreślił rogalowaty kształt na zbyt jasnym niebie i sprawiał wrażenie jakby zabłądził na nasz nieboskłon z zupełnie innej planety.

Po wspaniałej kolacji pod gwiazdami zakrapianej dwoma rodzajami wina, wylądowaliśmy w obszernym łóżku, gdzie Evelyn pokazała mi nową sztuczkę z przedziału tak zwanej gimnastyki erekcyjnej. Sama wymyśliła to określenie i musiałem przyznać, że była wybitnie trafna. Na samo wspomnienie łapią mnie dreszcze. Wiecie, te przyjemne.

W nocy obudził mnie jakiś hałas. Nie byłem pewien co do jego rodzaju, ani tym bardziej źródła. Wsparłem się na łokciach i usiłowałem dojrzeć coś w mroku. Jachtem kołysało delikatnie, woda chlupotała o burty jakby do drzwi dobijał się zmęczony wędrowiec, a wiatr zamilkł jak gdyby sam poszedł spać zmęczony całodniowym naganianiem fal.
Evelyn leżała po mojej prawej stronie, na boku i oddychała miarowo. Wdech, wydech. Wdech, wydech.
Po chwili znowu to usłyszałem: szszrrr, szszrrr, szszrrr,
Zmarszczyłem brwi. Miałem wrażenie, że dźwięk dochodził z najciemniejszego kąta. Odrzuciłem lekkie nakrycie i wstałem. Sięgnąłem po niewielką latarkę leżącą na stoliku obok. Pstryknąłem we włącznik i omiotłem wąskim bladym promieniem całą kajutę. Nic. Ani żywego ducha. Sprawdziłem pozostałe pomieszczenia, ale niczego nie znalazłem. Wyszedłem więc na pokład. Chłodna bryza z kierunku zachodniego objęła moją twarz, przyjemnym dotykiem wietrznych dłoni. Światła burtowe i masztowe wyglądały jak skrzące się wielkie rubiny. Było cicho i spokojnie. Gdzieś w dali dostrzegłem światła jakiegoś innego statku. Z pewnością o wiele większego od naszego wypasionego jachtu. Z tej odległości jego punkty świetle zbiegały się w pojedynczą migotliwą linię.
Powoli ruszyłem w stronę dziobu. Nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś na nim stoi. Zmartwiałem zatrzymując się w pół kroku. Kształt był smukły, wysoki i widać było przez niego punkty gwiazd.
Rozejrzałem się w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć mi do ataku lub obrony. Wszystko zależało od intencji tego czegoś. Stwierdziłem, że w razie czego użyję latarki. Miała dosyć twardą obudowę.
– Kim jesteś? – Rzuciłem głośniejszym półszeptem.
Postać ani drgnęła.
– Mów, kim do cholery jesteś i jak się tutaj znalazłeś!?
Powoli zbliżałem się, coraz mocniej ściskając w dłoni latarkę. Kiedy byłem około dwóch metrów przed nim, postać nagle się rozwiała. Zatrzymałem się zdumiony i zamrugałem oczami.
– Na ognie świętego Elma – powiedziałem nie za bardzo wiedząc co tym sądzić.
Gdzieś, tuż za mną, powiał wiatr. Zdawało mi się, że słyszę coś na kształt słów wplecionych w jego szum, ale nie byłem w stanie ich rozpoznać.
Dla własnego spokoju ducha, sprawdziłem cały pokład. Nie znalazłem już jednak żadnych podejrzanych cieni. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Spokojny ocean kołysał nas miarowo i delikatnie.
Stwierdziłem, że nic tu po mnie i wróciłem do łóżka.

* * *

Minęło właśnie południe. Słońce prażyło jakby chciało wytopić z nas cały tłuszcze. Postanowiłem pójść pod pokład po jakąś książkę i przy okazji przynieść coś chłodnego do picia. Kiedy zszedłem po kilkustopniowych schodkach dojrzałem cień sylwetki, która na moment jakby się zawahała, a potem zaraz czmychnęła na lewo, w kierunku kuchni. Zmarszczyłem brwi i już chciałem rzucić pytanie: Evelyn? Ale przecież Evelyn leżała z przodu, na pokładzie. Cofnąłem się, tak że jedynie moja głowa wystawała ponad powierzchnię pokładu. Evelyn przysnęła.
– Co jest do cholery? — Mruknąłem do siebie, bardziej poirytowany niż zdenerwowany. – Może to ten sam gość, którego widziałem w nocy na dziobie? Ale to przecież niemożliwie, żeby na dwunastometrowym jachcie, ktoś zdołał się niepostrzeżenie ukrywać.
Wszedłem hałaśliwie do środka, mając nadzieję przestraszyć i wypłoszyć ewentualnego pasażera na gapę. Nic się jednak nie stało. Nie dojrzałem żadnego podejrzanego ruchu, nie usłyszałem żadnego podejrzanego dźwięku. Nic. Dla własnego spokoju, przeglądnąłem dokładnie wszystkie pozostałe pomieszczenie, zaglądając w każdy kąt, a nawet otwierając szafki w kuchni, gdzie zmieścić się mogło co najwyżej jakieś dziecko albo karzeł. Nic. Pusto.
– Kimkolwiek jesteś wyłaź. Inaczej
– Oddaj! — Tym razem szept był wyraźniejszy i mocniejszy. Może to tylko moja wyobraźnia, ale miałem wrażenie, że poczułem na skórze szyi ciepły podmuch czyjegoś oddechu. Odwróciłem się gwałtownie. Oczywiście, nikogo nie było.
Poczułem jak gęsia skórka obiega moje ciało, a wzdłuż kręgosłupa niemrawo pełznie zimny strach. Przełknąłem głośno ślinę i odchrząknąłem.
– Weź się w garść Mike! – Szepnąłem do siebie. — Nie możesz być taką trzęsidupą. Nie ty wilku morski. Poradzisz sobie, cokolwiek by to nie było.
– Jest moje! — Powiedział ktoś. Głos z całą pewnością dochodził z najciemniejszego kąta. Tam gdzie stała szafa na ubrania.
Nie namyślając się wiele, doskoczyłem do włącznika światła i uderzyłem w niego dłonią. Światło zdusiło mroki i cienie. Wszystko stało się bardziej przyjazne. Niesamowite wyobrażenia kształtów uciekły. Zlustrowałem wszystko wzrokiem, ale nie znalazłem niczego odbiegającego od normy. Nawet koszula, którą rano rzuciłem na poduszkę, nadal tam leżała.
– Chyba nerwy ci puszczają — powiedziałem sam do siebie. — Nikogo tutaj nie ma.
Podszedłem do szafki przy łóżku i schyliłem się by wyjąć z niej książkę. Wtedy poczułem niespodziewane mocne pchnięcie w plecy. Zachwiałem się i straciłem równowagę. Poleciałem na szafkę. Cudem udało mi się w ostatnim momencie szarpnąć głową, dzięki czemu uderzyłem kością policzkową w obłą część krawędzi szafki. Nie wiele brakowało, a mógłbym stracić oko. Dźwignąłem się na nogi i rozejrzałem po kabinie. Nikogo. Pusto.
Przyrządziłem lekkie drinki i wziąłem ze sobą jakiś szwedzki kryminał o znamiennym tytule Krwawy mróz. Skoro żar leje się z nieba, niech przynajmniej ze stron książki bije chłód – pomyślałem i uśmiechnąłem się do siebie.
– Co ci się stało? – Evelyn patrzyłam
– Przywitałem się z szafką. To było niemal jak pocałunek.
– Myślałam, że ktoś kto przepłynął tyle mil potrafi ustać na kołyszącym się pokładzie.
– Potrafi, ale nigdy nie wiesz, kiedy cię to zaskoczy.

* * *

Po południu wiatr zmienił gwałtownie kierunek i stał się bardzie porywisty. Evelyn zeszła na dół wziąć prysznic. Ja stanąłem za sterem i uważnie przyglądałem się chmurom raz falom. Nie wyglądało to dobrze. Mimo, że prognozy niczego takiego nie zapowiadało, wszystko wskazywało na to, że zrobi się bardzo nieprzyjemnie. Zablokowałem koło sterowe i czym prędzej ruszyłem, aby zrefować żagle. Ledwo ściągnąłem fok, kiedy niebo pociemniało raptownie za przyczyną wielkich chmur, które zmaterializowały się w jednej chwili. Wiatr szarpnął rozwiniętym grotem. Wiedziałem, że pozostały mi tylko sekundy. Uwijałem się jak najszybciej mogłem. Zdołałem zrefować grot, kiedy wiatr uderzył w nas ze zdwojoną siłą. W ułamku sekundy jacht przechylił się o dobre ponad trzydzieści stopni. Straciłem równowagę i gdyby nie końcówka liny, którą zdołałem złapać w dosłownie ostatniej chwili, chyba nie byłoby mnie już na pokładzie.
– Dureń! – Warknąłem sam na siebie.
Powinien był się przypiąć.
Ocean zmienił barwę na granat nocy i pomrukiwał teraz ze złością rodzącą się w coraz większych falach. Pojawiły się pierwsze spienione grzbiety i huk ton wody uderzającej o jego powierzchnię.
Jakoś udało mi się dotrzeć do steru. Chwyciłem go mocno i odblokowałem. Błyskawicznie zacząłem manewrować w taki sposób aby ustawiać łódź dziobem do piętrzących się fal. W pewnej chwili, potężne szarpnięcie wyrwało mi ster z rąk i jego koło zaczęło z niewiarygodnym pędem obracać w przeciwnym kierunku. Szybko pojąłem, że jeżeli nic nie zrobię, to ten manewr ustawi nasz jacht bokiem do wali, a to bez wątpienia była najgorsza z możliwych pozycji.
– Mike! — Krzyknęła Evelyn. — Co się dzieje!?
– Jak to co!? — Odkrzyknąłem starając się nadać swojemu głosowi dziarsko-obojętny ton. — Walka z żywiołem!
– Mam nadzieję, że wygramy tę potyczkę! — W jej głosie pobrzmiewał strach i trudno się jej dziwić. Na pokładzie takiej łodzi była po raz pierwszy. Wcześniej miała do czynienia tylko z kajakami, i to z całą pewnością w trakcie o ładnej pogody, a nie tego co zaczynało się dziać. Niebo pociemniało praktycznie z sekundy na sekundę. Ciemnogranatowe zwały chmur przewalały się nam nad głowami pędząc na złamanie kłębiastych karków.
– Evelyn! — Starałem się przekrzyczeć świst powietrza.
Spojrzała na mnie.
– Idź pod pokład, załóż kamizelkę i przypnij się pasami do łóżka.
Pobladła w jednej chwili.
– Tylko na wszelki wypadek. — Uśmiechnąłem się sztucznie.
Nic nie mówiąc zniknęła w wejściu prowadzącym do kabin.
Jacht obrócił się już o jakieś siedemdziesiąt stopni. Na szczęście pędząca na nas fala zaczynała się załamywać. Nigdy nie byłem specjalnie religijny, ale teraz zacząłem się żarliwie modlić. Do wszelkich znanych mi bóstw, tak na wszelki wypadek. Wiara w tego czy innego Boga, to czysta loteria. No chyba, że wszystkie mity i legendy są prawdziwe i nad nami zasiada ich cały panteon. W innym wypadku trafić na tego prawdziwego, a wszyscy są za takich uważani przez swoją grupę wiernych, to więcej niż czysty przypadek. Fala ugięła się dokładnie w środku długości naszej łodzi i rozdzieliła jak ustępujące przed Mojżeszem Morze Czerwone. Koło sterowo zwolniło swój szaleńczy pęd i w końcu udało mi się je złapać, bez ryzyka połamania palców. Szybko machnąłem nim w odwrotnym kierunku.
– Rozpieprzę was! — Doszedł mnie całkiem wyraźny głos z prawej strony. Był zły, wręcz wściekły. Czuło się w nim tyle negatywnych emocji, że aż zaparło mi dech w piersiach. Rzuciłem okiem w prawo, ale niczego nie dojrzałem.
– Wal się! — Warknąłem pełen złości.
Nie wiem co to było, ale zaczynało działać mi na nerwy. Przez głowę przebiegła mi myśl, czy czasem ta cała Sandarina nie przyczepiła do mnie jakiegoś pomniejszego złośliwego demonika. Jak one się nazywają? Poltegreist?
– Mam się walić? — Zdziwienie w tonie tego czegoś nawet mnie rozbawiło. Ostatnia sylaba zabrzmiała nieomalże wysokim C.
– Tak! – Rzuciłem przez zaciśnięte zęby. — Masz się walić! I to jak najdalej stąd!
Przez chwilę słychać było tylko wycie wiatru, szum wzburzonego oceanu i dźwięki pracującego kadłubu. Zdążyłem jeszcze pomyśleć, że jeżeli rozwalę ten jacht, to chyba rzeczywiście wolałbym nie przeżyć. Przecież nie spłacę go przez następnych kilka swoich istnień. Ale nie - uspokoiłem sam siebie. Na pewno Jerry go ubezpieczył i to na niebagatelną sumkę. Wtedy ponownie posłyszałem ten głos.
– Nic z tego, braciszku.
Zmartwiałem.
– Cc, co? Co ty powiedziałeś? — Zapytałem.
– Jestem coraz bliżej. Nim uda wam się przepłynąć kolejnych dwadzieścia mil, dopadnę ciebie i tę twoją sukę! — Ostatnie słowa: (...)Dopadnę cię i tę twoją sukę, wypowiedziane zostały mocnym chrapliwym głosem, zakończonym mlaśnięciem, jakby to coś miało zamiar rozerwać nasze ciała na kawałki i pożreć na surowo.
Poczułem, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Chciałem zawołać Evelyn, ale przypomniałem sobie, że schroniła się na moje polecenie pod pokładem.
Zebrałem się w sobie i z całych sił ścisnąłem ster. Żaden pieprzony duch nie będzie mnie zastraszał! Nawet jeżeli jest moim cholernym bratem! Na tej łajbie to ja jestem kapitanem i to ja wydaję polecenia.
Poczułem się nieco lepiej.
Wiatr jakby się uspokoił, a chmury nieco przerzedziły. Wypiętrzone fale nagle opadły, jakby zabrakło im sił albo stwierdziły, że nie jesteśmy warci aż takiego zachodu.
Zaiskrzyło słońce.
Na schodach prowadzących pod pokład, pojawiła się głowa Evelyn.
– Już po? — Rzuciła niepewnie.
– Po.
– Co to było?
– Biały szkwał.
– Czytałam o tym, ale to przecież ponoć dosyć rzadkie zjawisko, prawda?
– Nawet bardzo. Osobiście mam z nim do czynienia po raz drugi w życiu.
– Nic go ni zapowiadało.
– Jak zawsze. Szkwał zawsze przychodzi z jasnego nieba. Dlatego właśnie jest taki niebezpieczny.
– Boże, — jęknęła. — Naprawdę myślałam, że już po nas.
– No, ja też.
Jej oczy zwęziły się w małe szparki.
– Jak to też!? Powiedziałeś, że mam iść pod pokład, ubrać kamizelkę i przypiąć się do łóżka, tylko na wszelki wypadek. To zabrzmiało, jakbyś spokojnie nad wszystkim panował
– Mniej więcej tak było. — Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. – Na szczęście teraz możesz już zdjąć to pomarańczowe wdzianko. - Wskazałem na kamizelkę.
Przez krótką chwilę rozważałem czy nie powiedzieć jej o tym, co mi się właśnie przytrafiło, ale obawiałem się, że zaraz zacznie wspominać naszą wizytę u wróżki. Postanowiłem to przemilczeć. Usilnie wmawiałem sobie, że to wszystko wynika ze stresu, który właśnie powoli odpuszcza, a te przywidzenia i przesłyszenia, to taki efekt uboczny. Ludzka psychika często w niekonwencjonalny dla naszej logiki sposób, stara sobie poradzić, z emocjonalnymi ładunkami, które niesie ze sobą życie.

* * *

– Dokąd idziesz? – Zapytała Evelyn podnosząc wzrok znad książki
– Zaraz wracam. Idę na dół. Muszę sprawdzić prognozy i zerknąć na nawigację.

Kiedy znalazłem się w kajucie zobaczyłem go. Siedział na łóżku i coś do siebie mruczał. Kiedy wszedłem podniósł głowę. Nie miał twarzy, a jedynie skłębione smoliste wnętrze jakby kłębiło się tam pełno czarnych oślizgłych czerwi.
– Jesteś mi winny życie — wysyczał.
– Jakie życie!? O czym ty chrzanisz!? Kim w ogóle do cholery jesteś i jak się tutaj dostałeś? – Starałem się nie krzyczeć, żeby nie zaalarmować Evelyn.
– O tym, że zabiłeś mnie w łonie naszej matki. O tym, że przez ciebie pozostałem nienarodzonym.
Przez głowę przemknęła mi elektryzująca myśl, że ta cholerna wróżbiarska baba, miała rację. Czy to naprawdę możliwe aby to był mój nienarodzony brat? Ale czym on był? Duchem? Zjawą? Nawet nie wiedziałem czy to aby nie to samo.
– Wybacz braciszku, – ale nic nie pamiętam. Nawet jeżeli podejmowałem jakieś działania, to były one tylko i wyłącznie wynikiem mechanizmu zwanego instynktem, bez udziału mojej woli czy świadomości, więc trudno żebyś mnie o to oskarżał.
– Nie interesują mnie twoje tłumaczenia! Przyglądałem ci się od dłuższego czasu.
– I co? Doszedłeś do wniosku, że masz prawo ingerować w moje życie?
– Tak! Wystarczająco już z niego skorzystałeś. Teraz moja kolej!
– To idź i znajdź sobie jakieś wolne ciało, dobra? A od mojego się najzwyczajniej odpieprz!
– Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Dopnę swego. Zabiorę twoje ciało.
– A dokąd?
– Co? – Widać w końcu udało mi się go zbić z pantałyku.
– Pytam dokąd chcesz zabrać moje ciało.
– Zabiorę je dla siebie! — Krzyknął. Jego głos przypominał teraz huczące pomiędzy skałami wiatr. – Czas oddać je młodszemu bratu!
– Nie sądzę.
– Przy okazji obiecuję, że zaduszę tę twoją sukę.
– Co ty powiedziałeś? – Moje dłonie zacisnęły się w pięści.
– Słyszałeś i wiesz, że mogę to zrobić.
Spoglądałem na niego i zastanawiałem się, że jeżeli nie oszalałem i to co widzę, dzieje się nie tylko w mojej głowie, ale naprawdę, to jaką powinienem przyjąć strategię? Nie miałem doświadczenia w walce z duchami. Ale oczywiście zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że rzucanie się na taką istotę z pięściami, jest z góry skazane na niepowodzenie.
– Posłuchaj – zacząłem. – Nic do ciebie nie mam i nie wiem dlaczego tak się mnie uczepiłeś. Przecież nie miałem wpływu na nasze narodziny. Jeżeli uraziłem cię w jakiś sposób, to przepraszam. Nie jestem złym człowiekiem i nie sądzę abyś ty nim był.
– Nie dałeś mi szans bym stał się człowiekiem. Gdyby ciebie tam nie było, urodziłbym się.
– Powtarzam ci, że nie miałem na to wpływu, tak? Nawet tego nie pamiętam – dodałem zrezygnowany.
Przyglądał mi się, a przynajmniej takie odnosiłem wrażenie, bo przecież nie miał oczu. Kłębiący się w jego wnętrzu mrok, zdawała się intensyfikować.
— Mike? – Usłyszałem głos Evelyn. – Co tak długo?
Odwróciłem się i dojrzałem jedynie jej nogi.
– Już idę skarbie – wykrztusiłem.
Spojrzałem ponownie na mojego brata, ale na miejscu, na którym przed chwilą jeszcze siedział, nie było już nikogo. Rozejrzałem się po kabinie. Ani śladu.
– Mike? Stało się coś? – Zeszła do mnie i przyglądnęła mi się.
– Co? Nie. Nie – zaprzeczyłem gwałtownie kręcąc głową.
– Dziwnie wyglądasz. Jesteś blady jakbyś zobaczył ducha.
– Ducha? – Wykrzywiłem usta w kiepskiej imitacji uśmiechu. – To raczej domena tej twojej wróżbiarki, prawda? Nie moja. Ja nie widzę duchów.
– Powinieneś się ciszyć. Ponoć to nic przyjemnego.
– Na pewno – mruknąłem do siebie.

* * *

W nocy obudził mnie jakiś ruch. Tak jakby ktoś, lekko musnął mój policzek. Otworzyłem oczy i kątem oka dostrzegłem coś co zdjęło mnie strachem. Powoli obróciłem głowę w prawo, na stronę po której spała Evelyn. Leżała na wznak i oddychała ciężko i chrapliwie. Nad nią wisiała ta sama postać, z którą rozmawiałem w kajucie. Kiedy tak tkwiłem niezdolny do ruchu wpatrzony w czarną, dymną sylwetkę, to coś przekręciło głowę i spojrzało wprost na mnie. Teraz, mimo iż nadal w miejscu twarzy kłębiły się mroczne cienie. Można już było dostrzec ledwo zaznaczone, pływające rysy twarzy. Odniosłem niepokojące wrażenie, że teraz jest jakby podobny do mnie. Przesunąłem wzrok, wzdłuż czarnych wysuniętych ramion, której czarne dłonie ułożone jedna na drugiej, uciskały splot słoneczny Evelyn. Zupełnie tak, jakby w tej irracjonalnej sytuacji, duch miał zamiar zrobić jej sztuczne oddychanie. Duch patrząc na mnie uśmiechnął się zwycięsko i bardzo złośliwie.
Przypomniały mi się jego słowa: Przy okazji obiecuję, że zaduszę tę twoją sukę.
Evelyn otworzył oczy i spojrzała na mnie rozespanym wzrokiem.
Zerwałem się i rzuciłem na niego. Jednak tylko przeleciałem na drugą stroną i rąbnąłem ciężko o podłogę. Zerwałem się natychmiast, gotów do następnego ataku, ale mój brat już się ulotnił.
– Mike co się stało!?
– Spadłem z łóżka – wypaliłem na poczekaniu.
– Z tej strony?
– Dziwne, nie? Śniło mi się, że skaczę.
– Właź do łóżka głuptasie i niech ci się przyśni hamak.
Zrobiłem jak radziła, ale nie byłem już w stanie zasnąć. Zrozumiałem, że od teraz zacząłem się naprawdę bać. I to nie tyle o siebie, co o moją Evelyn. Naszła mnie straszna myśl, jak wyglądałoby moje życie gdybym ją stracił. Zacisnąłem zęby i pomyślałem, że nie mogę do tego dopuścić. Nie wiedziałem jednak co mam robić. Jak pokonać niespodziewanego rywala. Po raz pierwszy w życiu zacząłem żałować, że po pierwsze nie posłuchałem słów wróżki, po drugie, że nie ma przy mnie kogoś, kto mógłby mi pomóc.
Postanowiłem, że rano powiem Evelyn o wszystkim.

* * *

Siedzieliśmy na pokładzie i właśnie zabieraliśmy się za śniadanie. Przez chwilę walczyłem sam ze sobą. W końcu, opowiedzenie wszystkiego Evelyn stawiało mnie w pozycji kogoś, kto musi przyznać się do błędu. Trudno. Muszę swoje własne ego odsunąć na bok. Dlatego zgodnie z tym co postanowiłem w nocy, opowiedziałem Evelyn o wszystkich dziwnych wydarzeniach. No, prawie. Pominąłem ostatnią noc, kiedy mój nienarodzony brat pod postacią ducha zamierzał ją udusić przygniatając jej klatkę piersiową. Teraz w słonecznym poranku, pod niebieskim niebem, to wspomnienie wydawało mi się jedynie kiepskim koszmarem.
Evelyn wysłuchała mnie w spokoju, podgryzając kromkę chleba z dżemem truskawkowym. Kiedy skończyłem, popiła wodą
– Sanderina to przewidziała.
– Jak to, przewidziała?
– Normalnie. W końcu to jej profesja.
– No tak – uśmiechnąłem się. – W sumie, nie powinno mnie to dziwić, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń.
Evelyn pokiwała głową.
– Czy powiedziała ci coś poza tym, że to przewidziała?
Evelyn bez słowa wstała od stołu i zeszła na dół. Po chwili wróciła trzymając w ręku jakiś niewielki przedmiot. Usiadła i położyła przedmiot na stole. Był to kwadratowy kawałek drewna, o wymiarach nieprzekraczających dziesięć na dziesięć centymetrów z wyrzeźbioną twarzą przypominającą na pierwszy rzut oka jakiegoś druida. Wziąłem go do ręki i przyglądnąłem mu się z bliska. Miał spokojny, niemal medytacyjny wyraz twarzy. W miejscu oczu zaś, widniały wykrojone otwory, co nadawało mu pewnej dozy niesamowitość graniczącej wręcz z demonicznością. Jakkolwiek byłem pod wrażeniem talentu i kunsztu wykonania, nie za bardzo wiedziałem co mam z tym zrobić. Drewno miało ciemny kolor a jego powierzchnia była gładka niczym relikwii, której dotykają setki tysięcy dłoni wiernych.
– To wizerunek druida. Starożytnego kapłana celtyckiego — wyjaśniła.
– Skarbie. Może i jestem ignorantem, ale naprawdę wiem kim byli druidzi.
Evelyn wzruszyła tylko ramionami.
– To pewnie też wiesz, że ten ma na imię Raghnall, co oznacza Mądrą Siłę. Pochodził ze Szkocji i posiada moc przekonywania i powstrzymywania złej woli.
— Złej woli? – Powtórzyłem.
Skinęła głową.
– Chodzi o wszelkie działania charakteryzujące się negatywną energią. Takie które w zamiarze mają uczynić komuś szkodę.
– Tego nie wiedziałem — przyznałem. — Jak to działa?
– Sanderina mówiła, że musisz zmusić złego ducha by spojrzał w oczy Raghnalla.
– Hmmm, nie wiem czy da się go do tego łatwo przekonać.
– Najlepiej podstępem — zaproponowała.
– Nigdy nie oszukiwałem żadnego ducha. Nie wiem czy są sprytne, czy nie. A może właśnie teraz nas podsłuchuje i już śmieje się z naszych knowań?
– Sanderina mówi, że duchy są jak żywi ludzie.
– Och, doprawdy? — Uniosłem brwi. — Chyba kiedyś z jakimś skoczę do pubu na piwo i pogadamy o jego życiu i czy mu wygodnie w trumnie.
– Chodzi o to. — Ton jej głosu wskazywał na to, że zaczyna tracić cierpliwość.
– Że... — Zachęciłem ją.
– Że, wbrew naszym wyobrażeniom, trapią ich podobne problemy i rozterki.
– Poważnie? Też nie mogę znaleźć pracy, spłacić rat, trapią ich choroby, mają bolesne miesiączki i problemy ze wzwodem?
Evelyn mnie zignorowała.
– Jest wśród nich sporo nieszczęśliwców, którym nie powiodło się w zaświatach i na przykład są bezdomni.
Uśmiechnąłem się
– Żartujesz, prawda? Wybacz, ale określenie bezdomny duch, brzmi tak jakby tylko chwilowo nie nawiedzał on żadnego domu. Jak duch może być w ogóle bezdomny? Powinien siedzieć w niebie, piekle czyśćcu czy... gdziekolwiek tam, gdzie siedzą duchy. Nie wiem jakimi apartamentami dysponują w zaświatach, ale miejsca powinno wystarczyć dla wszystkich.
Pomyślałem sobie: Dupku! Odpuść sobie ten idiotyczny sarkazm. Ona próbuje ci pomóc, a przy okazji jej też grozi realne niebezpieczeństwo!
— Mike, jak też nie jestem ekspertką od duchów, tak? Temat mnie interesuje i od czasu do czasu nieco go zgłębiam. To wszystko. Możesz sobie pokpiwać, ale to nie zmienia faktu, że jakaś siła pałęta się po pokładzie tego pięknego jachtu i z pewnością nie są to szczury.
– No nie — przyznałem.
– Właśnie. A skoro nie one, innych pasażerów na gapę nie stwierdziliśmy a charakter tych wszystkich dziwnych wydarzeń, sam musisz to przyznać, delikatnie mówiąc, wykracza poza standartowe pojmowanie.
– Wykracza — potwierdziłem i westchnąłem ciężko. – Przepraszam cię Evelyn, ale po raz pierwszy w życiu spotyka mnie coś takiego
– Wiem kochanie. – Dotknęła mojej dłoni.

* * *

Teraz jego twarz wyglądało dokładnie tak jak moje. Byliśmy niczym bracia bliźniacy.
– Dlaczego akurat teraz!? Nie mogłeś dopaść mnie wcześniej!? — Powiedziałem z wyrzutem.
– Najpierw musiałem cię odnaleźć, a potem do ciebie dotrzeć. Świat duchów nie ma wiele wspólnego z materialnymi bytami, takimi jak twoje.
– Zawsze mi się wydawało, że będąc duchem wystarczy tylko pomyśleć o jakimś miejscu, aby błyskawicznie się tam znaleźć.
Duch uśmiechnął się.
– Bawi cię to?
– Trochę. Te wasze ludzkie wyobrażenia o świecie duchowym. Nawet nie wiesz jakie to bywa zabawne.
– Skoro tak świetnie się bawisz, to może pozostaniesz w swoim, eterycznym stanie? Po cholerę masz się pchać do mojego materialnego świata.
– Bo chcę go doświadczyć! – Huknął na mnie. – Bo chcę poczuć, radość ciała, przyjemność.
– Panienek ci się zachciało?
Spojrzał na mnie z wyższością.
– Spłycasz wszyscy i naśmiewasz się z każdego mojego słowa.
– To nie tak – usiłowałem oponować.
– WŁAŚNIE, ŻE TAK! – Wrzasnął niespodziewanie, jednocześnie przybliżając się do mnie raptownie.
Teraz jego twarz znajdowała się ode
TERAZ! – Pomyślałem wsuwając niespostrzeżenie dłoń do kieszeni. Poczułem kształt drewna, które było zadziwiająco chłodne w dotyku.
– Spójrz mi w oczy i powiedz, że chcesz mnie zabić – powiedziałem starając się nadać swojemu głosowi mocny i pewny ton, choć ostatnie trzy słowa wypadły zbyt drżąco.
– No proszę, starszy braciszek zdobył się na odwagę. Mimo swojej miałkości, udało ci się mi nieco zaimponować.
– Chociaż tyle. – Wsunąłem
Odsunął się lekko i oblizał szare wargi, ciemnym językiem.
– Naprawdę tego chcesz? – Zapytał, a ja odniosłem wrażenie, że cała ta sytuacja go bawi.
– Skoro i tak zamierzasz ze mną skończyć.
Zbliżył się powoli. Widziałem jego szare tęczówki, przydymioną biel gałki ocznej i jasnopopielate zęby.
– Chcę zabić twoją duszę! – Powiedział powoli.
– To będziesz musiał się postarać! – Syknąłem i błyskawicznym ruchem wyszarpnąłem wizerunek Raghnalla z kieszeni. Uniosłem go w górę, jednocześnie nieco się odsuwając. Ustawiłem tabliczkę tak, że przez otwory oczne druida, widziałem oczy mojego brata, a on widział moje. W jego szarym spojrzeniu, dojrzałem zdumienie. Potem jego twarz zaczęła się rozciągać w kierunku trzymanej przeze mnie tabliczki. Ja też poczułem jak jakaś nieznana siła zaczyna ciągnąć mnie w kierunku wizerunku Raghnalla. Wrażenie intensyfikowało się z każdą sekundą. Zanim straciłem przytomność, w ostatniej klatce wspólnego spojrzenia, dojrzałem jego uśmiech.

* * *

Łódź straży przybrzeżnej zawróciła nagle i ruszyła ostro w kierunku zauważonej łodzi, którą jeden z funkcjonariuszy wypatrzył przez lornetkę. Próba kontaktu przez radio, póki co nie przynosiła żadnych rezultatów. Słychać było jedynie jakieś szumy i trzaski.
Płynęli na pełnych obrotach. Dwa potężne silniki powarkiwały jednostajnym, nieco chrobotliwym dźwiękiem. Mała kreska jachtu powoli zaczynała rosnąć.
– Co to za ludzie Mike?
Evelyn spoglądała na szybko zbliżającą się łódź.
– Wygląda na łódź patrolową — odparłem.
– Coś nam grozi?
– Jeżeli nie przewozisz kokainy w torebce, to raczej nie. Mamy wszystkie papiery, a sprzęt jest z odpowiednim wyposażeniem. – Wzruszyłem ramionami. – To pewnie zwykła kontrola, jak na drodze.
Łódź podpłynęła i skręciła ostro, by stanąć burta w burtę. Kilku umundurowanych mężczyzn weszło bez słowa na podkład.
Evelyn przyglądał im się z irytację.
– Dzień dobry panom – powiedziałem przyjaznym tonem.
Jeden z nich zerknął na mnie, ale nic nie powiedział. Minął mnie i bezceremonialnie wpakował się do środka, pod pokład. Pozostali rozeszli się po całej łodzi zaglądając w każdy jej zakamarek.
– Mike, oni chyba nie mają prawa. – Próbowała oponować Evelyn.
– Niestety, mają.
Podeszła do mnie i objęła mnie w pasie.
– Hej! Mam tu kogoś! – Spod pokładu dał się słyszeć mocny głos jednego z funkcjonariuszy.
Spojrzeliśmy po sobie z Evelyn i bez słowa ruszyliśmy zobaczyć o co chodzi.
Strażnik klęczał przy jakimś mężczyźnie leżącym na podłodze.
– Proszę pana! Proszę się obudzić. Halo! Proszę pana!
– Taak?
– Wszystko w porządku? Jak pan się czuje?
Postać powoli usiadła trzymając się za głowę. Nie widzieliśmy kto to był, bo siedział tyłem do nas tyłem. Kogoś mi jednak przypominał. Kogoś niepokojąco znajomego.
– Wszystko w porządku? – Funkcjonariusz położył rękę na jego barku i przyglądał mu się uważnie
– Tak, dobrze — powiedział powoli.
– Co się stało?
– Szarpnęło łodzią. Nie wiem, fala, czy nagły podmuch. Akurat schodziłem. Straciłem równowagę i zleciałem ze schodów. Musiałem w coś uderzyć. Kręci mi się w głowie.
– Ma pan paskudną ranę na głowie. Opatrzymy pana.
– Dobrze.
– Proszę mi powiedzieć, czy jest ktoś jeszcze na pokładzie?
– Nie, nikogo.
– Jest pan tutaj sam? – Upewniał się strażnik.
– Tak. Lubię samotność.
Przechylił się i podniósł nieco chwiejnie na nogi. Strażnik podtrzymywał go asekuracyjnie. Miał schylona głowę.
– Niech pan usiądzie.
Podprowadził go do łóżka. Kiedy usiadł podniósł głowę i uśmiechnął się lekko patrząc dokładnie w moją stronę. Zamarłem. Poczułem jak paznokcie Evelyn wbijają się w moje ramię. Przed nami, na łóżku siedziałem ja sam.
– Jak ma pan na imię? – Zapytał funkcjonariusz.
– Erick. – chrząknął głośno. – Nie, przepraszam Mike.
– To jak w końcu Erick czy Mike?
– Z całą pewnością Mike. Mike Haunder.
Patrzyłem na niego jak zahipnotyzowany. Właściwie nie tyle na niego, co na siebie samego. Zrozumiałem, że widzę swoje ciało, ale rozporządza nim inny duch. Duch mojego nienarodzonego brata Ericka.
– Mike... – pytanie Evelyn zawisło na jej wargach jak niedokończona fraza piosenki.
Wiedziałem o co chciała zapytać i cholernie bałem się odpowiedzi. Mimo to usłyszałem swój głos jak mówi:
– Tak Evelyn?
– Czy my jesteśmy martwi?
Nie znałem odpowiedzi, choć doskonale czułem jaka powinna być.
– Na to wygląda.
– To gdzie w takim razie jest moje ciało?
Spojrzałem na nią ze smutkiem.
– Nie wiem. Przykro mi Evelyn. Naprawdę mi przykro.
W tym momencie usłyszeliśmy jęk i zza łóżka, ku naszemu bezbrzeżnemu zaskoczeniu, podniosła się... Evelyn, a raczej jej ciało.
Poczułem mętlik w głowie.
Tymczasem, tamta Evelyn podeszła do tamtego Mike.
– A pani? – zapytał ją strażnik. – Jak się pani nazywa?
– Evelyn Ranel.

* * *

Kiedy strażnicy zeszli z pokładu i odpłynęli dokładnie sprawdziwszy dokumenty oraz dając im kilka rad w kwestii bezpieczeństwa, nowy Mike i nowa Evelyn odetchnęli z ulgą.
– Nie mogę wyjść z podziwu, że to wszystko się nam udało – powiedział Mike.
– Było pewne ryzyko, ale..., – Evelyn wzruszyła ramionami.
– A co się stało z tą Sanderiną, o której wspominałaś?
– Nie zrobiłam jej krzywdy, jeżeli o to ci chodzi. Zresztą po wysiłku, jaki kosztowało mnie jej nawiedzenie i tak już nie miałam na to ochoty. Wiesz, wróżki są dość podatne na nawiedzenia właśnie dzięki temu, czym się zajmują. Są dość blisko naszego świata, więc łatwo do nich przeniknąć.
– Jak myślisz czy oni tu są? – Zapytał nowy Mike nieco zmieniając temat.
– Pewnie tak – odparła. – W końcu mogą jeszcze nie wiedzieć, co się tak naprawdę stało.
– Myślisz, że mogą nam zagrozić?
Evelyn milczała przez chwilę.
– Kiedyś. Jak nabiorą sił i umiejętności. Ale wiesz co?
Mike spojrzał na nią uważnie.
– Nie ma sensu się tym przejmować. Mamy siebie, jacht i fizyczną formę. – Uśmiechnęła się. – Czego chcieć więcej?
– Spokoju i ani żywego ducha.
Roześmiali się oboje zwykłym serdecznym śmiechem w pełni żywych ludzi.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -