Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Jeleń

Magdalena Gad

„Dzicy odtańcowują bez końca święto nocy.”
A. Rimbaud, „Iluminacje”

Prolog

Powietrze przesycone było, jak zawsze, zapachem eteru, spirytusu i lawendowego płynu do płukania tkanin. Przywykłem do tych woni tak bardzo, że stały się nieodłączną częścią mojej egzystencji tutaj.
Niska, drobna dziewczyna o włosach upiętych na czubku głowy podeszła do mojego łóżka, przysunęła sobie krzesełko i usiadła, odruchowo prostując spódnicę na kolanach. Uparcie wbijałem wzrok w szarą ścianę pozbawioną ozdób, poprzecinaną tylko odrapanymi arteriami rur, jakby tworzyły najciekawszą konstelację we wszechświecie.
Poprawiła się niepewnie na niewygodnym meblu, a ja przeniosłem na nią spojrzenie.
- Przyszła pani po to, żebym opowiedział swoją historię – zacząłem cicho. Mój starczy głos drżał, słyszałem niepokojące grzechotanie w gardle. Ludzkie ciało to najmarniejsza na świecie maszyna, najbardziej kruchy sprzęt, najżałośniejsza ochrona. Zrozumiałem to już dawno, ale teraz widmo cierpienia było coraz bliżej; za każdym razem, gdy spuszczałem wzrok, widziałem cienkie jak pergamin płaty skóry na pociętych fioletowymi żyłami przegubach. Dłonie straciłem już dawno temu, odmroziłem je, podobnie jak lewą stopę; nauka życia bez nich była naprawdę trudna. Czym jednak jest taka walka wobec powolnego umierania?
- Tak – potwierdziła. – Jestem ciekawa.
- Więc zacznijmy. Ile pani tutaj pracuje?
- Dlaczego to pana ciekawi?
- Chcę wiedzieć, czy ma pani wgląd w akta. Mają go osoby pracujące w zakładzie od trzech miesięcy.
- Mija pół roku, odkąd zostałam wolontariuszką.
- Więc może pani przeglądać kartoteki. Widziała pani moją? Wie pani, dlaczego tutaj trafiłem, Melisso?
- Nie. Poinformowano mnie tylko, że ma pan silne napady lękowe…
- Zabawna diagnoza – skomentowałem. – Szkoda, że nietrafna. Nie miewam histerii. Wierzysz mi?
- Tak, panie Crandall – odparła posłusznie.
- Spróbuj mówić mi Russel. Doskonale, możesz się więc dowiedzieć, co tu robię – zignorowałem jej wahanie. – Znalazłem się w Red Creek Asylum, bo patrol policji odnalazł mnie dziewiątego stycznia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku błąkającego się samotnie po lesie. Ubranie miałem w strzępach, nie czułem stóp ani dłoni, ledwo widziałem na oczy… To jest ta część, którą najmniej pamiętam. Wiem, że później próbowałem im wyjaśnić, co się właściwie stało, jak trafiłem do lasu… nikt mnie nie wysłuchał. Oczywiście, kiedy wpakowywali mnie do samochodu, zacząłem się wyrywać…
- Dlaczego? – wtrąciła.
- Widzisz, w głębi lasu była wciąż moja rodzina, tak mi się przynajmniej wydawało. Tak czy inaczej, zacząłem uciekać, chcąc, by za mną pobiegli i znaleźli Leilę i Lenę, ale dopadli mnie tylko i zabrali. Po wielu przesłuchaniach i żmudnych dochodzeniach dotarło do mnie, że nie ma odwrotu… uznają mnie za niebezpiecznego psychopatę. To wszystko, co mówiłem, musiało brzmieć jak straszne, niewyobrażalne brednie… ale nie oponowałem, kiedy zabrali mnie tutaj, do zakładu psychiatrycznego. To może się wydawać makabryczne, ale za kratami, murami, pod dwoma piętrami innych psychicznie chorych, czuję się zupełnie bezpieczny. Tylko tego mi trzeba.
Melissa nie odezwała się.
- Wiem, że tu umrę – powiedziałem, i byłem tego absolutnie pewien. – Jestem już starcem. Bezradnym starcem. Żałuję tylko jednego: że nie wróciłem do tego lasu i nie znalazłem mojej rodziny. Kto wie, może wciąż są tam ich ciała, które wtedy zamarzły pod śniegiem? A może nie znalazłbym już dzisiaj tamtej drogi? Wie pani, Melisso, starzy ludzie miewają dziwne myśli. Czasami wydaje mi się, że jestem bardzo młody i to wszystko, co przeżyłem, to zaledwie sen, błahostka.. A czasami, że jestem bardzo, bardzo stary, jak sam świat, że przeżyłem już wszystko i pragnę tylko umrzeć. Ostatnio coraz więcej myślę o śmierci.
- Co się wtedy wydarzyło, panie Crandall? – wyszeptała Melissa, autentycznie zaciekawiona. Przecież ten człowiek nie jest chory, myślała na pewno. Nie jest wariatem, takim jak ci, którzy na trzecim poziomie rzucają się w obitych materacami izolatkach ani takim jak ci, którzy apatycznie spędzają całe dnie na rysowaniu albo bujaniu się w przód i w tył. Jasne, kochanie, ale jestem kimś więcej. Jestem obłąkany, widziałem coś, czego nikt nie powinien był zobaczyć… ty postradałabyś zmysły. Uśmiechnąłem się krzywo.
- Zanim ci to opowiem, obiecaj mi coś – powiedziałem.
- Co mam obiecać?
- Nigdy nie opuszczę już tego szpitala i wkrótce umrę. Ale ty możesz jeszcze wiele dla mnie zrobić. Proszę, dowiedz się, czy moja rodzina przeżyła.
- Spróbuję – wymamrotała, trochę przytłoczona. – Jak ich znajdę?
- Szukaj w starych dokumentach, wycinkach prasowych… gdyby znaleźli ciała, na pewno by o tym wspomnieli. Leila, Lena i William. Kochałem Leilę, to prawda, ale tej miłości nie można porównać z uczuciem do córki. Gdy Lena poznała Billa, myślałem, że go zastrzelę. Wiesz, odruch ojca. Ale okazał się być miłym chłopcem i myślę, że na nią zasługiwał. Stracił rodzinę… był emocjonalnie okaleczony… ale był dobry. Spróbuj poszukać jakichś wzmianek, czegokolwiek. Jeżeli ci się uda, zadbaj o pochówek…
- Postaram się, panie Crandall – wyszeptała cicho, spuszczając wzrok. Nie uwierzyłem jej, ale było mi wszystko jedno. Zabrnąłem już za daleko, żeby przerywać; niech wspomnienie o mojej rodzinie przeżyje chociaż w tej młodej, zagubionej dziewczynie, gdy odejdę.
- Pani Melisso, przejdę do rzeczy. Ta historia jest straszna, ale na swój sposób jednak dość nierealna i pewnie pani w nią nie uwierzy. Proszę jednak mnie wysłuchać.
Kiwnęła głową. A ja, po raz pierwszy od wielu lat, zacząłem mówić.

Lis

- Tam dalej droga się kończy i nie przejedziemy – oznajmiła nagle Leila. – Stój!
Russel wyhamował w miejscu, gdzie marna ścieżka zaczynała się zwężać, a zaspy spiętrzać w niemożliwe do przebycia zwały. Drzewa rosły gęsto po obu stronach, strzelając w siniejące niebo szkieletowymi, skrzypiącymi konstrukcjami; na ich szczytach zebrały się śnieżne czapy, okalające drogę niepokojącą kopułą.
Siedzieli chwilę, zadumani, wpatrując się w niknący w oddali tunel. Leila wyciągnęła z małej torebki na łańcuszku rękawiczki ze skóry i nasunęła je na długie palce, zakończone czerwonymi i spiłowanymi na ostro paznokciami. Mieniły się od pierścionków. Żona Russela zawsze odstawała od rzeczywistości, co czyniło z niej jeszcze ciekawszą osobowość.
- Tutaj nawet nie zawrócę – oznajmił wreszcie Russel bezradnie. – Muszę pójść dalej na nogach i sprawdzić, czy jest tam przejezdna droga.
- Nie, tato, ja pójdę – odezwała się Lena. – Boże, muszę wstać, bo zaraz szlag mnie trafi. Ale Bill idzie ze mną.
Trzaśnięcie drzwiczek odbiło się echem i spłoszyło kilka ptaków, które wystrzeliły w górę z ogłuszającym skrzekiem. Poza cichnącym szelestem ich skrzydeł las wydawał się być martwy, ale Lena doskonale wiedziała, że to tylko złudzenie. Oddychał urywanie porywami wiatru, więc żył, podobnie jak ona. Szeptał do niej, sączył do jej uszu lodowato zimną truciznę: wyczuwała odległe widmo niebezpieczeństwa, podobnie jak wtedy, kiedy się stoi pod drzewem na gałęzi którego ktoś się kiedyś powiesił, albo w salonie domu, gdzie popełniono samobójstwo. Wilgotny, pełzający strach irracjonalnie wślizgiwał się do jej głowy. Zadrżała lekko; mimo wczesnej pory zapadał już zmrok, półcienie tańczyły w płatkach śniegu. Cienki płaszcz dziewczyny nie zapewniał upragnionego ciepła.
Bill ruszył przodem, stąpając w kokonie drgającego światła reflektorów, które rozgradzało gęstniejący mrok od bezpiecznej jasności. Lena czuła, i wierzyła, że jeżeli nagle samochodowy akumulator padnie i światła zgasną, Bill i ona padną trupem natychmiast. Mrok wyleje się oślizgłymi mackami spośród sosen, majaczących szpalerami po obu stronach, i owinie się wokół ich ciał, wysysając bladość… to właśnie biel ich skóry była wrogiem w tym lesie, ostra na tle granatowego śniegu i szarzejącego nieba… otrząsnęła się z trudem z lęku, wcisnęła dłoń w dłoń Williama i podążyła za nim powoli, uparcie brnąc przez śnieg.
- Lena, nie jest ci zimno?
- Co za głupie pytanie, oczywiście, że jest. Nie kłopocz się tym, kochanie, jeżeli nie znajdziemy drogi do Luisville, to i tak zamarzniemy na śmierć – słowa dziewczyny nie zabrzmiały żartobliwie, jak powinny, raczej złowrogo, ale Bill odpowiedział wymuszonym uśmiechem. Na jego zaróżowionych policzkach osiadały płatki śniegu, drobne, suche, lśniące jak okruchy szkła. Wyobraziła sobie, jak tną tysiącami ostrzy to nabrzmiałe oblicze, i wzdrygnęła się. Niemal widziała jak po jego szyi spływają wężyki marznącej krwi.
W pewnej chwili Lena zdała sobie sprawę ze strasznej rzeczy. Śnieg już nie zapadał się pod ich stopami, nie brodzili w nim po kolana, a zaledwie po kostki. W jakiejś nieokreślonej chwili wydostali się na ubitą, ściętą lodem powierzchnię, nierówną, poznaczoną śladami, ale przykrytą jedynie cienką warstewką świeżego puchu.
- Bill – wyszeptała gorączkowo Lena. – Bill, idziemy wydeptaną drogą. Ktoś niedawno tędy przechodził. – W jej ustach zrobiło się kompletnie sucho, miała problem z przełknięciem śliny i podrażniła gardło. Łzy stanęły jej w oczach. – Wracajmy do samochodu, mam złe przeczucia, proszę cię…
- Nie tchórz – zaoponował chłopak. – Mamy czas. Wracaj do samochodu, jak się boisz, dalej pójdę sam.
- Tchórzę, tak? – syknęła, przywierając do jego boku. Był zimny jak lodowa statua. Pomyślała o tych wszystkich momentach, w których było podobnie – niby był, a tak naprawdę aż raziła jego nieobecność. Znudziła mu się i pod maską życzliwej sympatii wyczuwała zgniliznę obojętności. Nie zależało jej jednak; po prostu go potrzebowała, kochającego czy nie.
Postąpili wspólnie, ale jakby osobno, jeszcze kilka kroków. Granica światła wyznaczała poszarpaną linię, za którą kończyła się normalność. Wkroczenie poza nią oznaczało utratę zdrowych zmysłów, których miejsce zająłby ślepy, zwierzęcy, atawistyczny lęk. Lena czuła jego zalążek w umyśle, histeryczna panika wzburzyła krew w żyłach i napompowała je adrenaliną.
- Kotku, tutaj zupełnie nic nie ma. Twój tata musi zawrócić – rzekł ze smutkiem Bill.
We wnętrzu samochodu wcale nie było cieplej niż na zewnątrz. Lena potarła o siebie siniejące dłonie.
- Tam dalej jest za ciasno, tato. Jedź choćby tyłem, byle wydostać się stąd jak najszybciej – poprosiła.
- Postaram się, ale nic tutaj nie widać i nie zajadę daleko. Wciąż pada śnieg i zasypuje drogę, zakopiemy się – ostrzegł ją Russel. Leila zadrżała wyraźnie.
- No to co zrobimy? – zapytał swym uspokajającym, ciepłym barytonem William. Jego narzeczona nie poczuła się wcale lepiej, wręcz przeciwnie. Była już poważnie wystraszona.
- Cofniemy, ile się tylko da, a potem najwyżej będziemy pchać wóz – ocenił Russel i wrzucił wsteczny.
Miał rację w swych przewidywaniach. Po kilkunastu metrach samochód utknął w ogromnej zaspie, najwyraźniej na dobre, a na domiar złego rozległ się głośny trzask, który nie zapowiadał niczego dobrego. Russel, mocno już wściekły, wysiadł i trzasnął drzwiczkami, a później obszedł samochód i chwilę majstrował przy tylnych kołach.
- Złapaliśmy kapcia – oznajmił z niedowierzaniem, kiedy wrócił do środka. – Przez pułapkę na zające, która wbiła się w oponę... Nie mam zapasowego koła. Musimy zostać tu całą noc albo iść na nogach do Luisville.
- Chyba coś z tobą nie w porządku – zaoponowała Leila panicznie.
- Nic nie jest w porządku – warknął jej mąż i zgasił silnik. Światła wciąż przecinały mrok wąskimi liniami, kładąc się na śniegu.
- Nie gaś ich – poprosiła Lena nieswoim, ochrypłym głosem.
- Nie zgaszę. Musimy tutaj przenocować, rano coś wymyślimy – stwierdził oczywistość Russel.
- Nie zostanę tutaj – Lena niemal wpadła w szał. Zaciskała dłonie tak mocno, że wbite w skórę paznokcie odcisnęły podłużne ślady. – Nie ma w ogóle mowy! Ten las mnie przeraża!
- To faktycznie nie jest najlepsze miejsce na nocleg – dorzucił William. – Tam, na drodze z przodu… widzieliśmy ślady. To może być niebezpieczne.
- Czyje ślady? – zainteresował się Russel. – Mam latarkę, możemy je obejrzeć.
- Z chęcią. Lena i pani Crandall zostaną tutaj, prawda?
- Tak – wyszeptała Leila w imieniu obu kobiet, drżąc. – Tylko szybko wróćcie.
Russel wygrzebał z trudem ze schowka niewielką latarkę i włączył ją. Długi pasek białego blasku wciął się w mrok jak gorący nóż w masło, rozpraszając na samym końcu w drobinkach śniegu na miliony ruchliwych lśnień. William poprowadził towarzysza aż do wydeptanej ścieżki i wskazał dziwne, nieregularne ślady.
Pojawiały się właściwie znikąd, jakby właściciel zeskoczył z któregoś drzewa. W jednym miejscu śnieg układał się w nietknięte, zbite fale, głębokie do kolan, a zaraz później wygładzał w wąską ścieżkę, wydeptaną w podłużnym wąskim leju. Spiętrzony puch po bokach wyglądał jak zbocza olbrzymich gór. Ślady, które układały ten niepewny trakt, prowadziły gdzieś w niezbadany mrok. Bliźniacze, ostre zagłębienia wyżłobione jakby płozami sań były głębokie, już pokryte warstwą lodu; wyglądały zupełnie jak oczyszczone rany, a wokół nich kłębiły się odciski kopyt. Na pewno były to tropy zwierzęcia, okrągłe, duże, nierównomierne.
- Wygląda to tak, jakby jakiś łoś ciągnął sanie – oznajmił Russel. – Ale tu nie ma przecież łosi. Najwyżej przerośnięty jeleń. Cóż, Bill, idę do końca tej ścieżki. Zostajesz ze mną czy wracasz do nich?
- Chyba się przejdę.
- Trzymaj latarkę i broń tyłów – zażartował lekko Russel.
Tymczasem Leila mocno powachlowała się biletem do teatru w Luisville, gdzie zmierzali, i przymknęła powieki. Sztuczne rzęsy rzucały wyrazisty cień na chudą, bladą twarz.
- Mamo? Czy dobrze się czujesz?
- Ten las jest mocno nie w porządku, Leno – odrzekła tamta słabo. Jej twarz zmieniła kolor, teraz stała się żółtobiała, niezdrowa. – Bardzo źle się tutaj czuję. Mam bardzo… niedobre przeczucia.
- Spokojnie, mamo, zaraz znajdą drogę do miasta – uspokoiła ją Lena, ale wcale nie czuła się znacznie lepiej.
- Lena, ja chyba zamarznę.
- Ja też, mamo.
- Wysiądźmy, choć na chwilę, muszę rozruszać kości.
Lena od razu poczuła szczypiące zimno na twarzy, pomogła jednak opuścić forda matce i dopiero wtedy przetarła policzki palcami skrytymi w rękawiczkach.
Hrh. Hrh. Hrh. Dziewczyna rozejrzała się uważnie, zaalarmowana.
- Co się stało? – rzuciła matka czujnie.
- Nic, nic – uspokoiła ją towarzyszka, ale w głębi duszy była pewna: usłyszała szelest śniegu. Niby niewyraźny, wywołany wiatrem, ale upiorny w ciemności. Nienaturalny. – Coś usłyszałam.
Zdenerwowana, postawiła dwa kroki w mrok, jej wysokie botki zaskrzypiały na śniegu i zapadła się do kostek. Cienka skórka obuwia przemokła i wilgoć dostała się do palców u stóp, które zaczęły sztywnieć. Nie martwiąc się tym, Lena postąpiła jeszcze parę kroków. Czuła się całkowicie bezwolna, zbyt ciekawa, by się zatrzymać i spłoszyć niepewnością to, co było tam, przed nią.
- Gdzie ty idziesz? – wykrzyknęła histerycznie Leila, która została w kuli światła, odległa i mała jak zabawka. Głos kobiety, uderzający w piskliwe nuty, poniósł się wśród drzew, płosząc to, co czaiło się w ciemności.
- Zaraz… wrócę – odparła przez ramię dziewczyna i wbiła wzrok w ciemność. Sama nie wiedziała, czego poszukuje, rozejrzała się niepewnie, ale wtedy znowu to usłyszała. Chrapliwy, cichy dźwięk, brzmiący trochę jak kaszel umierającego, a trochę jak popiskiwanie szczurów. Hrh, hrh.
Momentami prawie pełzła po śniegu, ale wreszcie dotarła do miejsca, w które zmierzała. Z daleka pniak sterczący z pryzmy śniegu wyglądał jak okropny, powykręcany stwór, ale kiedy podeszła bliżej zamienił się w plątaninę wywróconych korzeni. Zapomniała o zimnie i niewygodach, o strachu i mroku. Wiedziała wyłącznie, że gdzieś tutaj było to zwierzę, które słyszała wcześniej, czuła, że jeżeli je znajdzie, koszmar się skończy i ten dziwny sen pryśnie… bo to sen, prawda? Nie czuje nawet zimna i strachu, więc to musi być sen…
Znowu usłyszała ciche dyszenie, dobiegające jakby z lewej strony. Przedarła się przez kolejne zaspy i ku swemu zdziwieniu odkryła, że stoi po pas w śniegu pośrodku wyręby. Gdyby nie zima, zapewne byłaby szczelnie zarośnięta wysoką trawą i niewielkimi jeszcze drzewkami. Lena rozejrzała się i skonstatowała, że stoi pośrodku starej pasieki.
Ule wyglądały jak nagrobki; z ich daszków zwieszały się sople, połyskujące w mroku odbitym blaskiem niewyraźnego księżyca. Farba odłaziła ze ścianek płatami, a same niewielkie domki były przekrzywione i rozrzucone wśród nierównych zasp. Ten widok nasilił poczucie, że Lena znajduje się na jakiejś nekropolii – okolica tonęła w dziwnie uroczystej, ciężkiej ciszy. Nagle wydało jej się, że w tych ulach, wyglądających jak ruiny średniowiecznej wioski dla karłów, leżą zwały setek martwych pszczół z powykręcanymi nóżkami i bez skrzydełek, z brunatnymi ciałkami sklejonymi skrystalizowanym miodem. Zadrżała niekontrolowanie. Reszta polany tonęła w ciemności i Lena nie mogła więcej zobaczyć, wciąż słyszała jednak dyszenie, ciche, jakby skamlące, błagalne i jednocześnie przerażające. Jakby zwierzę, które wydaje takie odgłosy, już prawie wyzionęło ducha, i teraz dogorywało obok niej w zimnie styczniowej nocy… a ona nie mogła go zobaczyć.
Z trudem dotarła do źródła odgłosu, kierując się tylko słuchem. W związku z tym, że między drzewami zawodził jedynie wiatr, jęcząc i szeleszcząc, słyszała szybkie dyszenie niezwykle wyraźnie. Ostre, krótkie dźwięki. Hrh. Hrh. Hrh. Cięły bębenki w jej uszach w morderczym rytmie.
Lena zbliżyła się, pochyliła odrobinę i wyciągnęła rękę, badając po omacku. W tej samej chwili na jej dłoń padł snop jasnego, oślepiającego światła, burząc jej pozorny spokój i opanowanie; wrzasnęła cienkim, zduszonym głosem, odskoczyła w panice i dopiero teraz zobaczyła, czego starała się dotknąć.
Do połowy zagrzebany w śniegu leżał lis; długie, głębokie ślady znaczyły ścieżkę, którą się tu doczołgał. Zwierzę było drobne, miało niepokaźną kitkę zakończoną jasną plamą, podkurczoną pod siebie; ciemne uszy, wiszące przy ostro zakończonym pysku wyglądały smętnie, podobnie jak zaropiałe, czarne oczka, błyszczące dziwnie ludzkim cierpieniem. Piana toczyła się z jego pyska; Lena widziała, że za wszelką cenę chce się bronić ostatkiem sił, unieść łeb, ugryźć ją w nieprzyjazną dłoń, ale wycieńczony nie zdołał zmusić mięśni do pracy, ukazywał tylko umazane pianą żółtawe kły, błyskające spod czarnych, psich warg. Zapach, który uderzył w nozdrza Leny, był cuchem zgnilizny i śmierci, dotąd skutecznie maskowanym przez mróz. Tak musi pachnieć rozgrzebane ciało, pomyślała.
Światełko latarki przesunęło się po dziewczynie. Więc wrócili, jej ojciec i Bill, na razie cali i zdrowi. Tylko tyle zdołała pomyśleć nim dostrzegła, co ze zwierzęciem leżącym przed nią jest nie tak.
Zakręciło jej się w głowie, cofnęła się jeszcze dwa kroki i zgięła w niemym odruchu wymiotnym, powstrzymała jednak falę mdłości podchodzącą jej do gardła. To nie był zwyczajnie chory lis. Który lis potrafi używać szpagatu i igły?
Srebrzystość futerka wzięła za odblask ruchliwego światła latarki Russela. A jednak się pomyliła. Ujemna temperatura zamroziła skrzep i spoiła miejsce szycia kryształkami lodu, ale to niewiele zmieniło – rozkład wdał się już w ranę i rozszedł spienioną ropą, która zamarzła w połyskliwy strup, po udzie zwierzęcia. Łapa, która pod dziwnym kątem sterczała z brutalnie urżniętego w stawie skokowym uda, należała do czegoś znacznie mniejszego. Do zająca.
Szpagat ciasno krępował miejsce szycia, cały przesiąknięty krwią i od niej sztywny. Zajęczy skok, srebrzysty i krótki, był zupełnie bezużyteczny, bezwładny. Zaczął już nawet gnić, ale mróz zablokował dalszy rozkład. Mimo to zakażenie powoli zabijało zwierzę, które dyszało ciężko i wyglądało niemal groteskowo.
Lena z trudem odwróciła wzrok od zdychającego stworzenia. Przelotnie zastanowiła się, jak może mu pomóc, ale myśl, że jedynie dobić, nie była do zaakceptowania. Musiała je więc zostawić, by w gęstniejącej ciemności czekało na śmierć. Ropa zabarwiła drogę, jaką poruszało się przedtem zwierzę, długą, jasną kreską, upiornie odbijającą światło księżyca.
- Przepraszam – wyszeptała Lena bezsensownie, w przestrzeń, i natychmiast rzuciła się do panicznej ucieczki.
Bill przyjął ją w otwarte ramiona, ale szybko się z nich wyplątała.
- Gdzie jest Luisville? – zapytała z rozpaczliwą nadzieją. Wciąż czuła na dłoni pulsujące ciepło, bijące z lisa nawet na odległość paru centymetrów, chorobliwe ciepło gorączki.
- Nie mam pojęcia – odparł smutno Russel. – Znaleźliśmy za to coś innego. Chodźmy stąd.
- Co to było? – zapytała Leila, gdy Lena wróciła do samochodu. – To, za czym poszłaś?
- To był lis, mamo. Zwykły lis. Chory.
- Boże, kochanie, mam nadzieję, że nie zaraziłaś się jakimś świństwem…
- Na pewno nie.
Pogawędkę przerwał Russel, który zgasił bez ostrzeżenia światła samochodu, zamknął go i wsunął kluczyki do kieszeni. Pozostała trójka zamarła w bezruchu, bojąc się drgnąć. Powietrze najeżyło się nagle od wrażeń, których przedtem nie było, i bodźców, które wcześniej jedynie muskały nerwy, a teraz stawiały je na sztorc. Wszędzie wokół Lena wyczuwała oczy, wbity w siebie czujny wzrok, za każdym drzewem był jakiś stwór gotowy kąsać i przycupnięty bezpiecznie za zaspą. Szelesty wiatru stawały się skórzastymi skrzydłami bestii, opadającymi powoli na nieświadomych, przerażonych ludzi. Kolumny drzew skrzypiały złowróżbnie.
Ciszę przerwał William.
- Idziemy. Ja prowadzę.

Dzik

Mrok nadciągnął nas las niespodziewanie szybko. Lena zawsze lubiła oglądać zachody słońca; nawet zimą potrafiły zalewać niebo mieszanką różnych odcieni błękitu, różu, pomarańczy i fioletu. Teraz jednak stalowa szarość przeszła po prostu w mglisty, stłumiony granat, który wylał się między drzewa gęsty jak farba olejna i wypełnił puste przestrzenie. Z każdą chwilą powietrze mętniało, a ostre światełko latarki rozgarniało ciemność, wyławiając z niej co jakiś czas niewzruszone sosny pokryte zgrubiałą korą.
- To tutaj – głos Russela wyrwał Lenę z otępienia. Równomiernym, marszowym krokiem pokonała lejowatą ścieżkę, poznaczoną tropami zwierzęcia i śladami płozów sań, a gdy ta urwała się równie nagle, jak się zaczęła, a przewodnik skręcił między drzewa, podążyła za nim. Zapadała się po kolana i potykała o splątane korzenie ukryte pod zaspami, ale buty pokryła już warstewka lodu i Lena zupełnie nie czuła stóp. Zimno wgryzało się tylko nieprzyjemnie w jej odkryte czoło i pulsujące policzki.
Budynek wyrastał spomiędzy pni, jakby był ich częścią, jakby dawno temu zapadł się w gąszcz i zrósł z nim na dobre. Resztki ucywilizowania, dachówki, tynk, zaprawa, wykruszyły się i odpadły. Ten las chciwie zawłaszczył sobie postawioną rękami człowieka budowlę, wcisnął wszystkimi możliwymi szczelinami do środka, wgryzł w puste oczodoły okien i paszczę drzwi jak drapieżnik w świeże mięso. Suche, zmrożone badyle, wiosną wybuchające feerią barwnych listków i kwiatów, oplatały ciasno ceglane, nagie ściany jak zazdrosna kochanka. W lepkiej, dziwnej ciemności odległe światło trupiego księżyca pozwalało zaledwie wyłowić kontury, ale Lena dostrzegała więcej oczyma wyobraźni, we własnej głowie. Widziała więc szarawe cegły, omszałe liszajami tynku, brunatne, pociemniałe od pleśni i mchów deski, obłażące ze starej farby, jakby gubiły skórę. Widziała ukośny dach, przerzedzone ulewami dachówki, kiedyś być może soczyście czerwone, teraz wypłowiałe, blade i spękane. Widziała puste kwadraty okien, zabite deskami, przysłonięte soplami, zbierającymi się w ostre kły na ozdobnych, obłupanych gontach. Widziała…
- Uważajcie, tu jest znak – rozległ się alarmujący szept Williama. Chłopak ostrożnie podał dłoń Leili, później Lenie, przeprowadzając je obok niewidocznego w ciemności drogowskazu.
- Co na nim jest? – zainteresowała się Lena. – Tato, poświeć.
Russel skierował blask urządzenia na tabliczkę. Była szara, pokryta zaciekami i rdzą, ale dało się rozczytać literki. Niektóre były widoczne, inne zbladły, jeszcze inne zniknęły… sens jednak pozostał.

STACJA ÓSMA WSCHÓD – ZACHÓD
WITAMY I ŻYCZYMY MIŁEJ PODRÓŻY

Cała czwórka zatrzymała się i przez chwilę kontemplowała treść napisu.
- Jaka stacja? – zapytała wreszcie Leila. – Tak się nie oznacza stacji!
Do Leny dotarło nagle, że w tyle pozostawili opuszczoną pasiekę. To mogło oznaczać tylko jedno – gdzieś niedaleko powinna znajdować się mała wioska, albo nie tak mała, jeżeli miała własną stację. A może dworzec był potrzebny robotnikom, którzy pracowali w okolicy…? Mogliby poszukać domów… Nieważne, tutaj nikogo nie było od wielu lat. I pasieka również była całkiem…
- Opuszczona – orzekł Russel. – Ta stacja jest bardzo długo nieużywana.
- Co teraz zrobimy? – Leila balansowała na granicy wytrzymałości. Jej delikatna, biała skóra była już sina, w oczach igrał obłęd.
- Wejdziemy do środka. Nie ma innego wyjścia, do rana zamarzniemy.
- A skąd możemy wiedzieć, czy tam jest bezpiecznie? – zaoponował William.
- Zaryzykujemy – wtrąciła Leila, drżąc jak osika.
- Tak, błagam, chodźmy – ponagliła Lena, widząc stan matki. Kobieta ledwie trzymała się na nogach. Jeżeli z tego wyjdziemy, a błagam, wyjdźmy z tego cało, to ona i tak dostanie zapalenia płuc i umrze, przeraziła się Lena. Przecież tutaj jest tak strasznie zimno…
Pierwszy poszedł, tym razem, William, rozpraszając mrok latarką. Ominęli tabliczkę i okrążyli kanciastą budowlę.
- Ostrożnie, tu są schody – ostrzegł Bill. Faktycznie, wprost z pryzm śniegu wynurzały się krótkie, niewygodnie płaskie schodki z cementu. Poręcz już dawno przegniła i spadła gdzieś w poszycie, ale ściana drzew niebezpiecznie zbliżyła się do stacji i teraz niskie, pokryte śniegiem sosenki i jodełki splatały się w mur, oddzielający strome schodki od prawdziwego lasu.
Stopnie urwały się nagle, wyprowadzając całą czwórkę na umowny, cementowy taras. Drzwi wejściowe, poruszone wiatrem, zaskrzypiały przeciągle, cichutko.
- Ja wejdę pierwszy – rzekł Russel pewnie. – Poczekajcie chwilę.
Gdy pchnął drewniane podwoje, ozdobione prostą gałką klamki, Lena niemal się zachwiała. Ohydny cuch przypominał gnijące mięso, ale nie tylko – był jak mieszanina pleśni, ścieków i więdnących warzyw. Stęchły, zastały, jak w piwnicach bardzo starych domów, gdzie nikt już nie sprząta i nikt nie wymiata pajęczyn i kurzu spośród kamiennych bloków podłogi, nikt nie wynosi nadgryzionych przez myszy ziemniaków z kąta, nikt nie przejmuje się grzybem, pożerającym sufit ciemną plamą… taki zapach był najgorszy, najstraszniejszy, przywodzący na myśl potwory spod łóżka i czyhające w kątach upiory.
Russel zignorował go i wszedł do budynku dworca, oświetlając sufit latarką.
Wewnątrz znajdowały się tylko dwa okna i oba były pozbawione szyb. Dość duże, niegdyś najprawdopodobniej wpuszczały do środka sporo światła, teraz jednak ktoś przezornie zasłonił je mocno umocowanymi deskami. Sklepienie budynku zwieszało się nad głową Russela bardzo nisko, nierówne jak w starych chatach, całe oklejone szarą kurtyną pajęczyn. Po prawej stronie stała ceglana, połowicznie zrujnowana ścianka z kwadratowymi okienkami niegdysiejszych kas; szary pył osiadł na mocnym oranżu cegieł i z biegiem lat zlał się z nim w jedność. Podłoga wylana była zwykłym betonem, nierówno, szorstko i nieestetycznie; grube, szare zwały zastygły w twarde fale tam, gdzie podłoże było nierówne. Fundamenty tego budynku ustawione były najwidoczniej ze zwykłych cegieł połączonych słabą zaprawą, które oparcie miały wyłącznie w podmokłej warstwie liści i jakiejś palisadzie z drewna. Panele zerwano wiele lat temu.
Z sufitu zwieszały się w jednym miejscu zwoje drutów, wyginające w spirale jak egzotyczne węże, strasząc złowieszczo odkrytymi, miedzianymi przewodami. Russel postąpił kilka kroków i stanął na samym środku pomieszczenia.
W kątach i pod ścianami zgromadziły się przez lata sterty śmieci. Stare łachmany, wydzielające kwaśny odór, leżały pozwijane pod jednym z okien w otoczeniu wianuszka pustych, potłuczonych butelek. Russel rozgarnął stopą stosik ułamanych gałęzi i powgniatanych puszek. Skąd się biorą w pustych domach śmieci, zapytał sam siebie, tak jak tutaj? Jak bezdomni, żebracy i alkoholicy trafiają w takie miejsca, jak to, w samym środku lasu? Jak to w ogóle możliwe?
- Możecie wejść – powiedział cicho. Leila usłyszała go pierwsza i wsunęła się do budynku jak cień; zaraz po niej wkroczyła Lena i William. – Nie wiem, jak się tu urządzimy, ale jedno jest pewne: nie jest wcale o wiele cieplej niż na zewnątrz.
- Trzeba rozpalić ogień – orzekł Bill grobowym głosem.
- Mam zapałki, ale drewno w lesie jest wilgotne, a te gałęzie tutaj to za mało na ognisko. A ponadto boję się, że te śmieci się zajmą i wszystko spłonie.
- Zamarzniemy, tato – Lena dmuchała na swoje dłonie, ale z coraz większym przerażeniem orientowała się, że palce są szarawe i nie ma w nich czucia. – Zamarzniemy tu.
- Dobra, zaryzykujemy. Bill, zbierz jak najwięcej suchego opału – polecił Russel. – Ja idę poszukać na zewnątrz. Zostawiam ci zapałki; zapal chociaż jedną gałąź, żeby widzieć, co robisz, nie zmontujemy przecież nawet pochodni.
Lena objęła matkę, która drżała już z wysiłku. Jej wątły organizm nie produkował wystarczająco dużo ciepła – anemicznie chude palce kobiety pokryły się sinym nalotem, podobnie jak zadarty nosek, policzki i uszy. Futrzana czapa chroniła jej czoło i wrażliwy kark, ale na niewiele się to zdało. Leila zawsze była chorowita i delikatna; ledwo przeżyła narodziny własnej córki, kilka lat później zapadła na gruźlicę, a potem ciężko odchorowała lata stresującej opieki nad małym dzieckiem.
Sama Lena właściwie nie czuła się lepiej. William metodycznie przeszukiwał spiętrzone wszędzie wokół odpadki, co jakiś czas wyławiając spośród nich suche drewienko; natrafiał raz po raz na martwe, zagrzebane w szmatach gryzonie albo ostre odłamki szkła. Za każdym razem drżał, a światło płonącej szczapy, którą trzymał w dłoni, migotało. Wtedy Lena przymykała oczy i wyobrażała sobie, że siedzi w domu, przed kominkiem, i ogień rozgrzewa jej zmarzniętą skórę, wypełniając ją na nowo różowością krwi… wrażenie jednak rozmywało się w mroku i chłodzie, a matka drżała w jej objęciach. Zapach, ciężki, oleisty, gęsty, był co prawda przytłumiony, ale i tak drażnił jej nozdrza i dusił, nie pozwalając o sobie zapomnieć.
W chwilę później William zrzucił na betonową posadzkę stertę suchych gałązek, i przyłożył do nich płonący badyl. Ognisko zajęło się natychmiast strzelającymi płomieniami, które polizały pajęczyny na suficie i spaliły je z głośnym, upiornym sykiem. Iskierka pożogi przemknęła niepostrzeżenie po sieci. Dym, który buchnął z ogniska, rozszedł się po pokoju, płożąc pod sufitem, ale za moment został wessany w szczeliny desek zasłaniających okna.
Leila niemal wsunęła palce między jęzory ognia, ale Lena powstrzymała ją. Wiedziała, że jeżeli nie jest za późno, krew powróci do kończyn za jakiś czas, ale nie należy przyspieszać tego bolesnego procesu. Uniosła wzrok i napotkała zimne, odległe spojrzenie Billa; wydawało jej się, że o coś ją obwinia. Jego ciemne oczy były nieprzejrzyste, zupełnie inaczej, niż w dniu gdy go poznała. Wtedy był taki szarmancki, uprzejmy, wspaniały. Emanował aurą osoby łagodnej i spokojnej. Jego uśmiech przez długie miesiące towarzyszył jej w myślach i musiała przyznać, że wtedy naprawdę go kochała, całym sercem. Nie płomienną, romantyczną miłością, o nie; nie poświęciłaby dla niego życia. Ale w głębi niej istniała jakaś nić, za którą on z doskonałą precyzją pociągał. Wyważonym, męskim uściskiem dłoni rozwiewał wątpliwości i wiedziała, że to za niego wyjdzie za mąż. Uczucie ustało pewnego dnia, zupełnie bez zapowiedzi, nagle; William z pewnością dostrzegał to jako uważny obserwator. Nie wiedziała, na czym polega ich dziwny układ. Ani jej nie zależało na nim, ani jemu na niej, ale nie rozstawali się; nie zadawali sobie cierpień ani nie sprawiali przyjemności. Całowali się z obowiązku, kochali bez uniesień, szybko i w ramach ćwiczeń gimnastycznych. Czasami żartowali jak przyjaciele, czasami rozchodzili do różnych pokojów. Spali razem, ale budzili się osobno. Mimo to zdecydowała już, że z nim zostanie, oszczędzając sobie w ten sposób zawodów miłosnych i bolesnych ran.
Z rozważań wyrwał ją piekący ból w palcach u stóp, policzkach i dłoniach. Leila ze zbolałą miną trawiła w sobie wrzask, zwijając się przy ogniu, William natomiast zachował wyprostowaną pozycję niewzruszenie, jak posąg. Niedługo później Lena zrozumiała że jeszcze chwila, a straciłaby palce, i była wdzięczna; rozpaczliwie tłumiąc okrzyk bólu nie myślała jednak o tym, a jedynie o potwornej kawalkadzie żyletek, rozcinających jej naczynia krwionośne.
Gdy pieczenie wyciszyło się w jej rozedrganym organizmie, otarła łzy i przysunęła się do matki. Mimo ciepła, jej palce nie odzyskiwały dawnych barw, choć policzki, nos, szyja i uszy płonęły od gorączkowej czerwieni.
- Lena… Lenka, kochanie… - wyszeptała matka, a jej dłonie drżały, gdy uniosła je do światła. – Czy ja…?
- Nie, wszystko będzie dobrze – uciszyła ją Lena. – Zaraz, poczekaj chwilę. Na pewno…
- Nie czuję palców. W ogóle nie czuję…
- Poczekaj jeszcze moment! Musisz poczekać. Nie są odmrożone, patrz, byłyby zupełnie czarne. Cierpliwości, mamo, poczekaj…
Ale palce Leili były ciemne. Już nie szare, mdłe, bezwładne, a czerwono-granatowe, przerażające.
Fala mdłości podeszła Lenie do gardła. Moja matka! coś alarmująco zawyło w jej głowie. Moja matka!
- Bill, zrób coś – wykrzyknęła panicznie. Chłopak zerwał się z miejsca i na jego twarz wypłynęły jakieś prawdziwe emocje, zdzierając maskę, jaką zarezerwował dla swojej narzeczonej.
- Pani Crandall, bolą panią?
- Tak, bolą, bardzo bolą… Bill, co mi się stanie? Bill, czy stracę… palce?
- Jeżeli panią boli, to wystarczy poczekać, bez paniki! Bez paniki, słyszy pani? Niech pani nie panikuje…
Tymczasem Lena odsunęła się od tej scenki i cofnęła aż do ściany z dwiema ziejącymi dziurami okienek kas. Tynk skruszył się i odpadł, pozostawiając dziwne, poskręcane grudkowate zacieki. W tym miejscu zapach zgnilizny nasilił się i zmienił w coś głębszego, pierwotniejszego, niż tylko mieszanka rozlanych trunków, starych łachów i niewietrzonych wnętrz pełnych myszy.
Lena cofnęła się jeszcze o dwa kroki. Ściana rzucała cień na to, co znajdowało się za nią, ale ognisko rzucało silny, ciepły blask; kwadratowe okienko pozwalało mu przedostać się na drugą stronę. Słyszała przytłumione głosy matki i Billa, starającego się ją uspokoić… sama czuła się jak we śnie, stawiając jedną stopę za drugą w stronę ściany.
Po lewej stronie ze skomplikowanej, dziwnej konstrukcji wystawała obłupana umywalka. Porcelana pokryta starym, wrośniętym brudem nie odbijała światła ognia, podobnie jak zardzewiałe, zastałe kurki od ciepłej i zimnej wody. Rura znikała gdzieś w mroku. Smród uderzył Lenę w nozdrza i pozbawił ją tchu; wrzasnęła, ale jej krzyk uwiązł gdzieś w krtani i wydobył się na zewnątrz jako cichy jęk.
W umywalce leżało coś, czego nie rozpoznała na pierwszy rzut oka. To właśnie wydzielało krwawy, metaliczny, zgniły zapach, który łączył się z wilgotnym cuchem butwiejącego drewna, parujących ścieków i zwalał z nóg. To, co leżało przed nią, już gniło; nie było jednak bardzo stare, najwyżej dwudniowe. W takiej temperaturze mogłoby nawet leżeć tydzień i nie stracić kształtu.
Zamrożona, ciemna, rozpryśnięta krew przelewała się przez pociemniałą, pokrytą siateczką pęknięć umywalkę, zatrzymana w pół drogi. Nie było żadnych owadów ani larw – Lena podziękowała w głębi duszy za zimę, mimo swych odmarzniętych palców. Olbrzymia głowa zwierzęcia ledwo mieściła się w misie odpływowej, wciśnięta górą do dołu.
Czarna szczecina urywała się nagle, przechodząc w dziwną mieszaninę sinych żył, bladego mięsa i równo odrąbanej kości pełnej szarawego szpiku. Krew zastygła w czarną masę, wypełniającą gardło stwora. Lena dostrzegała każdy szczegół w blasku pełgających płomieni; to lśnienie odbijało się w małych, czarnych i pustych oczkach, zapadniętych i upiornie patrzących w nicość. Tuż pod nimi czaszka zakrzywiała się i przechodziła w szerokie rozgałęzienie, zakończone czarnym, pofałdowanym świńskim ryjem. To właśnie ten kawałek skóry rozpadał się najszybciej, rozkładał się mimo zimna i wydzielał straszny zapach. Jeden z kłów dzika był ułamany z nadludzką siłą, drugi zaś wystawał ponad drewniane zabudowanie umywalki, stercząc pożółkłą, zmatowiałą kością, celując zaostrzonym końcem w ceglaną ścianę.
Wreszcie Lena zdołała odskoczyć od znaleziska i krzyknąć makabrycznie.
- William!
- Co się stało? – zapytał, pozostawiając uspokojoną już matkę swej narzeczonej przy ogniu. Palce kobiety odzyskiwały różowawą barwę, choć piekły i mrowiły nieopisanym bólem.
- Spójrz tam – wskazała drżącym palcem umywalkę w mroku. Natychmiast cofnęła dłoń, nie chcąc odkryć się przed nim ze swoim lękiem. Głupia gra, którą kiedyś podjęła, nadal trwała.
Bill podszedł bliżej i zbadał wzrokiem łeb dzika.
- Co tu się dzieje…? – zapytał cicho, i to przeraziło Lenę najbardziej.
- Nie mam pojęcia… tamten lis… pułapka na zające… - mamrotała pod nosem.
- Jaki lis? – zapytał nagle ostro.
- Wtedy, kiedy wróciliście z tatą… znalazłam lisa z zajęczą nogą.
- Jak to możliwe?
- Myślałam, że go widzieliście, świeciliście tam…
- Szukaliśmy ciebie – znajomy wyrzut w głosie. Zignorowała go.
- Lis miał doszytą nogę zająca, rozumiesz? Zdychał. A przedtem ta pułapka, która przedziurawiła oponę. Nie skojarzyłam ich od razu…
- Nic nie powiedziałaś!
- A teraz ten dzik – przerwała mu niepewnym głosem. – To oznacza tylko jedno, Bill. Ten człowiek, który to zrobił, gdzieś tutaj jest. A mój ojciec wyszedł sam. Całkiem sam. Nie daruję sobie, jeżeli coś mu się przeze mnie stanie… trzeba go znaleźć.

Jeleń

Russel zebrał całe naręcze w miarę suchych gałęzi. Doskonale wiedział, że po dorzuceniu wilgotnego opału ognisko zacznie niemiłosiernie dymić, ale postanowił zaryzykować, nie mając innego wyjścia.
Nie mogło być później niż po dwudziestej, ale noc wydawała się gęsta jak smoła i nieprzenikniona. Światełko latarki bezradnie młóciło ten lepki smar rozciągnięty między drzewami, a Russel cudem unikał zderzeń z pniami, brodząc w śniegu i nie czując już stóp. Wiedział, że to, co zebrał, nie wystarczy na długo, by ogrzać Leilę i Lenę, ale postanowił wrócić na stację i posłać po więcej opału Williama. Jak dotąd świetnie orientował się w terenie, ponadto śnieg przestał padać i chmury rozsunęły się trochę, odsłaniając blade oblicze księżyca; mdły blask zalewał las i Russel dostrzegał własne ślady.
Ruszył w stronę, z której przybył.
Myślał o Leili, Lenie i koszmarze, w jaki zamienił się ten zwyczajny wyjazd do Luisville. O tej godzinie wychodziliby z ciepłej, ekskluzywnej restauracji na oprószoną śniegiem alejkę zalaną miłym światłem latarenek; poszliby w stronę górującego nad miasteczkiem gmachu teatru. Spektakl, jaki wystawiano, był interpretacją „Snu nocy letniej” i Lena naprawdę nie mogła się doczekać, aby go zobaczyć. Nagle coś ścisnęło go za gardło, jakiś żal i dziwny smutek – utracone, ulotne, dawne marzenie. Russel chciał dla Leny wielu, bardzo wielu rzeczy, kiedy dorastała, ale nie mógł dawać jej niczego, nawet czasu; przepracowywał się i wracał do domu po ciężkich dniach na krótkie noce. Leila przejęła opiekę nad córeczką, ale była zbyt delikatna i słaba, aby poradzić sobie bez pomocy, dlatego on, Russel, musiał wreszcie porzucić pracę… ich życie było ciężkie, czasem lepsze, czasem gorsze – teraz zarabiał więcej, niż kiedyś, mógł pozwolić sobie czasami na wyjazd taki, jak dziś. Chciał wynagrodzić Lenie te wszystkie godziny, kiedy samotnie siedziała w swojej sypialni, a jej matka z bólem migrenowym drzemała w salonie, kiedy wracał późno do domu, a mała szlochała przez sen, bo nie mogła dostać czegoś głupiego, jakiejś zabawki albo ładniejszej sukienki. Kochali ją, Leila i on, darzyli niezrównaną, rodzicielską miłością, ale on chciał teraz, kiedy córka już dorosła, spłacić ten dług, którego wcale nie zaciągał. Ale nie potrafił. Wszystko rozpadało się w proch.
Nagle zorientował się, że nie ma pojęcia, gdzie jest.
Droga, która się przed nim rozciągała, wytyczona była przez szpaler wysokich sosen. To, co pomiędzy nimi rosło, nie mogło zasłużyć nawet na miano lasu; drobne drzewka o ogołoconych z liści gałęziach, niskie, splątane krzaki i paprocie, teraz poczerniałe i wilgotne. Było tu znacznie mniej śniegu, jakby to miejsce w magiczny sposób go odpychało – ale nie, to wachlarze konarów nad ścieżką okalały ją umownym parasolem, nie przepuszczając płatków.
Latarka wyłowiła z półcienia fantasmagorię tego miejsca. Śnieg układał się nierówno na poszyciu, łagodnie opływając to, co było pod spodem, jakimś dziwnym, regularnym kształtem. Chcąc nie chcąc, Russel ruszył dalej; tutaj przynajmniej mógł widzieć własne stopy i zapadał się najwyżej do kostek. Naręcze gałęzi szeleściło i skrzypiało przy każdym jego ruchu.
Szedł po jakiejś niewygodnej nierówności, potykał się i podświadomie zastanawiał, jaką przeszkodę pokonuje. Wreszcie zatrzymał się w miejscu, po części wściekły, po części przerażony, i odrzucił na bok stertę gałęzi.
Upadł na kolana i zaczął szerokimi ruchami rozgarniać śnieg z konstrukcji, po której przedtem stąpał. Na początku trudno było mu panować nad zastałymi, sinymi palcami, ale odnalazł rytm pracy i nawet nie czuł ukłuć mrozu na skórze. Odsłonił sporą część układu linii prostych pod swymi kolanami i dopiero wtedy odważył się oświetlić je latarką; zamarł. Cisza wokół była nieruchoma, ostra i zimna. Nie przerwał jej ani jeden odgłos, nawet nocny ptak, ruchliwy gryzoń; był tylko jakiś mroczny, straszny spokój i oddech Russela, ciężki, głęboki, doskonale maskujący panikę.
W tej magicznej ciszy, w półświetle martwego księżyca, w środku zamrożonego srebrnym lukrem lasu, przed oczyma przerażonego mężczyzny rozciągała się zawieszona w wieczności trakcja kolejowa donikąd.
Stacja ósma Wschód – Zachód
Gdzie był wschód, a gdzie zachód? Gdzie zaszedłby Russel, gdyby poszedł tam, dokąd prowadzą te zardzewiałe, wypaczone tory? Gdzie wiedzie aleja, wytyczona szpalerem cichych pni sosen i wysłużonych, od dawna zapomnianych szyn?
Russel pomyślał, zupełnie klarownie, że za moment właśnie oszaleje. Postrada zmysły. Że pójdzie przed siebie, brnąc w śniegu, po zbutwiałych podkładach, i dotrze na sam koniec, dowie się wreszcie, co tam jest. Ale przecież, skoro są tu tory, niedaleko jest też stacja, do której może wrócić… Miał dwie możliwości, obie równie kuszące. Z właściwą ludziom, którzy stoją nad urwiskiem chaosu ostrością umysłu zdecydował.
Nie było łatwo iść po nierównym terenie, ale pokonywał go w milczeniu. Poruszał się bardzo powoli, czując, jak sklejają mu się mokre, zimne rzęsy. Szedł, aż na śniegu nie pojawiły się obce ślady. Wtedy się zatrzymał.
Ślady zaczynały się gdzieś między drzewami i prowadziły w ciemność. Wyglądały tak, jakby ktoś ciągnął po śniegu ciało; długie, głębokie bruzdy i mniejsze, krótsze zagłębienia, wszystko skropione marznącą krwią. Musiały być świeże, przynajmniej dość świeże, bo wciąż nie pokryły się lodową skorupą, były wilgotne i lepkie od zbitego śniegu.
Russela paraliżował jakiś dziwny, nieznany mu wcześniej strach, trochę atawistyczny, a trochę racjonalny. Ciało posuwało się do przodu, śledząc krwawe smugi, ale doskonale wiedział, że mógłby się zatrzymać, gdyby zechciał naprawdę mógłbyś?. Ciekawość zwyciężała; to, co znajdowało się tam, w ciemności, kusiło z niezwykłą siłą, której nie chciał nie mógł się oprzeć.
Szedł, słysząc skrzypienie śniegu pod podeszwami, własny, urywany oddech piekący w gardle i… inny oddech. Obcy. Ciężki, gorączkowy. Przyzywający.
Erch. Erch. Erch. Erch.
Oddech wpasowywał się w noc; tętniła nim. Russel miał wrażenie, że wszystko wokół: mroczny las, noc, trupi księżyc, trakcja, nawet krew, jest wyłącznie scenerią, doskonałą oprawą dla klejnotu koronnego, który czai się tam, na końcu tego tunelu, w ciemności.
Finał wędrówki znajdował się znacznie wcześniej.
Krwi przybyło, wymieszała się z żółtawą ropą. Odgłos oddechu był teraz znacznie głośniejszy i wciąż narastał; poza nim Russel wyczuwał już straszny, gnijący zapach zainfekowanych ran i zepsutego mięsa. Zatrzymał się w miejscu, niezdolny do dalszego ruchu. Czuł się jak chora marionetka – mróz odebrał mu czucie w stopach, twarzy i palcach, kryształki lodu osiadły mu na rzęsach i niewiele widział zza matowej zasłony, a jego serce drżało i coraz szybciej zaciskało się w skurczach. Nie postąpił do przodu ani nie cofnął się. Światło latarki skierował w bok, na drzewa, i nie chciał przesunąć go przed siebie, by oświetlić to, co zostawiło posuwiste ślady.
Coś, co zdychało, poruszyło się. Drżenie przeszło przez śnieg i Russel poczuł je w łydkach. Odgłos oddechu nasilił się.
- Chodź tutaj – rozległ się głos.
Był to męski, niski głos, ale jakby pozbawiony pewnej ludzkiej nuty. Głos gubiący się i język mylący głoski; w tych dwóch z trudem wyplutych słowach można było wyczuć niepewność, jakby osoba je wypowiadająca nie odzywała się od wielu, wielu lat. Chrapliwa, grzechocząca naleciałość sprawiała, że polecenie zabrzmiało niczym wyrok.
Russel nie poruszył się. Coś zwierzęcego było w tym nakazie, coś odstręczającego, podobnie jak w śladach ropy i krwi oraz metalicznym zapachu rzeźni.
- Podejdź – odezwała się istota, leżąca przed Russelem. Wyraźnie dostrzegł, jak na tle granatowej ciemności unosi się koścista ręka i przyzywa go do siebie.
W ogóle nie panując nad sobą zbliżył się o kilka kroków. Powietrze aż drżało od odoru zwierzęcia, a Russel wreszcie skierował światełko latarki na to, co leżało u jego stóp.
Potwór był długości wysokiego człowieka; można to było dostrzec nawet mimo jego skulonej pozycji i mroku. Pierwsza w kolejności zwracała jednak uwagę twarz. Była to bowiem twarz ukryta w gąszczu szaro-białej, słomiastej brody, brudnej, długiej, skołtunionej. Głowę okalała aureola równie postrzępionych, długich włosów, wilgotnych i zmrożonych; Russel widział w nich, jak i w brodzie, resztki gałązek i innych przedmiotów. Spośród tej plątaniny dostrzegalne były jedynie oczy, małe, zaropiałe, zapadnięte w pokrytą siecią zmarszczek twarz. Nie miały koloru ani kształtu, otoczone opadającymi powiekami bez rzęs. Nosa również w tej twarzy nie było, musiał zostać odcięty lub odpaść, wszystko jedno. Zamiast niego ziała ponad brodą czarna, zasklepiona dziura. Skóra na czole i policzkach poorana została przez czas głębokimi wąwozami zmarszczek, była blada, woskowa, cienka jak pergamin.
Pierś mężczyzny i jego kark okryte były starą, złachmanioną koszulą bez barwy i kroju, z której właściciel odciął rękawy, oraz brudnymi resztkami kurtki. Z boków wystawały mu groteskowo dwie chude ręce pokryte żyłami, sine od mrozu, zakończone zbyt wielkimi, nieproporcjonalnymi dłońmi o zgrubiałych kostkach i długimi, zakrzywionymi palcami. Russel skonstatował, że paznokcie – czy też szpony – mężczyzny są niezwykle żółte i okolone ciemnymi obwódkami, jak pazury zwierzęcia żyjącego dziko w lesie. I nagle pojął, że ten człowiek, który przed nim leży, długo nie mieszkał między innymi ludźmi. Od wielu, wielu lat błąkał się tutaj, wśród drzew, i pewnie odnalazł starą stację… mieszkał w niej… stopniowo dziczejąc…
Ze strasznych rozmyślań wyrwała go kolejna fala chrapliwego głosu starca:
- Zwierzęta – powiedział mężczyzna.
- Jakie zwierzęta? – język Russela był suchy i sztywny, a głos wydobywał się z trudem z bezwładnych, zimnych ust.
- Są wszędzie.
- To las, oczywiście, że są tu zwierzęta…
Mężczyzna błysnął białkami.
- Przychodzą do człowieka – wymamrotał.
- Do kogo…?
- Są za nim zawsze, kiedy się odwraca!
- Jakie, do cholery, zwierzęta?
- One wszystkie… chcą go zabić.
Twarz mężczyzny wykrzywiła się w dziwnym grymasie, zachrzęściły kości i lód. To, w jaki sposób określał siebie, budziło w Russelu odrazę; wiele mówiło o nim i jego bezosobowej egzystencji.
- Przyszedłeś tutaj, do samego serca śmierci – rzekł potwór, a jego głos niemal zmieszał się z szumem wiatru w koronach jodeł.
- O czym ty mówisz?
Mężczyzna roześmiał się, i ten śmiech był najstraszniejszą rzeczą, jaką Russel usłyszał przez całe swoje życie. Mieszanką najczystszego szaleństwa, obłędnego lęku i niewyobrażalnego cierpienia, które w połączeniu mroziły krew w żyłach i odcinały ciało od świadomości. Russel nie mógł uciec, choć czuł w kończynach bijące fale żywej adrenaliny; nogi chciały biec, ale umysł je powstrzymywał. Ta sprzeczność niemal wypalała go od środka.
- One nie są przyjazne, a ty popełniłeś błąd, przychodząc tutaj – powiedział człowiek. – Zginiesz.
- Zwierzęta… są agresywne? – zaryzykował Russel. Twarz jego rozmówcy stężała w wyrazie zaskoczenia i niedowierzania, zmarszczki pogłębiły się w sztucznej plamie światła latarki.
- One są mordercze. Dlatego człowiek musiał… to zrobić.
- Co zrobić?
- On chciał tylko siebie chronić. Chronić, chronić…
- Jak?
- Bałyby się go… zostawiłyby w spokoju… ich głosy, wszędzie, wszędzie!
- Co zrobiłeś? – Russel czuł, że zbliża się do granicy, zza której nie ma odwrotu. Że jeszcze chwila i postawi krok w otchłań i zniknie w niej na dobre.
- Człowiek mieszka na stacji – wydusił starzec. Miał strasznie zdeformowane plecy, spod koszuli i nędznej resztki kożuszka, owiniętego wokół szyi, wybrzuszał się garb na karku. – Stacja pośrodku lasu, w gęstwie, niebezpieczna stacja. Ale zimno zmusiło, bo inaczej zamarzłby tutaj, w śniegu i w mrozie.
Russel czekał. Nic innego się już nie liczyło, tylko otępiający głos mężczyzny.
- On zaczął łapać te, co podchodziły bliżej – zajęczał. – Co miał zrobić? Inaczej śmierć, śmierć. Żeby je spowolnić, odcinał łapy… nie mordował, nie, nie jest taki, jak one. Ale jednego dnia pomyślał, żeby stać się potężniejszym niż one. Żeby się bały. Żeby zostawiły go w spokoju.
Russel tylko czekał. Wrzask narastał mu w piersiach, ale nie mógł wydobyć głosu z krtani. Nie wiedział, że gdyby teraz naprawdę głośno krzyknął, usłyszałaby go Lena, krążąca całkiem niedaleko między drzewami; że ta natychmiast dałaby znać Billowi i być może wszyscy wróciliby do domu. Milczał.
- Człowiek zaczął próbować – podjął starzec. – Zaczął odcinać i doszywać. Lisy i zające, sarny i wilki… miał piłę, mógł ciąć. Miał igłę, szył. One nie przeżywały. Człowiek wpadał w panikę. One umierają, on umrze też, jeśli się przemieni.
- Przemieni – wykrztusił wreszcie sparaliżowany mężczyzna. Zaczynał rozumieć.
- Złapał jelenia i dzika, musiało wystarczyć. Inne by się przestraszyły, dzik straszny, jeleń wielki. Porżnął na części. Odłożył. Dużo krwi. Ale one były bliżej. Człowiek był przerażony. Nadchodziły.
Powietrze było coraz zimniejsze. Russel wyczuwał to każdą komórką ciała.
- A wtedy człowiek zrozumiał, że to jest w środku, na stacji. Że w jego domu jest to, co chce go zabić. Nie miał już czasu. Odciął nogi.
- Swoje… nogi? Jak to, odciąłeś swoje nogi? Nie dałbyś rady tego zrobić!
- Bał się. Odciął. Szybko, szybko, żeby uciekać. Głowa dzika, w umywalce, żyła, mówiła do człowieka. Że zamorduje. Czas uciekał. Nogi jelenia, jak on planował… jak już przyszył, nie mógł ustać, bolało, bolało, ale głowa mówiła do niego… wyczołgał się. Zwierząt nie było, nie szeptały do niego, bały się jego nóg… ale on słyszał głowę, ona opowiadała o śmierci. Że zabije go we śnie, że oderżnie mu jego łeb… on chciał tylko części z dzika, nie chciał sprowadzić na siebie jego gniewu… jeleń pomógł…
Russel wiedział już, co wydziela okropny, trupi zapach. Przesunął blask latarki niżej, tam, gdzie kończyła się postrzępiona koszula i zaczynały resztki spodni. Miał rację, ale mimo tego nie był przygotowany na widok, jaki ujrzał. Odsunął się gwałtownie, potykając o podkłady i runął w pryzmę śniegu, a smużka światła chaotycznie zatańczyła wśród drzew, by po chwili ponownie osiąść na potwornym ciele człowieka.
Spod spiętrzonych warstw łachmanów, oplatających pas stwora, wyłaniało się dziwne, nierówne łączenie, niewprawne i bardzo zaropiałe. Hybrydowe nogi wykrzywiały się pod dziwnym kątem; szpagat mocno naciągał skórę, szaleniec musiał wbijać igłę bardzo głęboko w mięśnie, by ludzkie uda mogły utrzymać jelenie nogi. Bordowo czarne brzegi rany rozchylały się, wypuszczając zastygłe skorupy krwi.
Gładka, połyskliwa faktura o kasztanowej barwie przechodziła w niezwykle napiętą szorstkość sinej skóry mężczyzny. Większość posoki została na śniegu; wariat obwiązał sobie nowe nogi szmatami, mającymi służyć za bandaże. Choć jelenie nogi ucięto zaraz nad kolanem, i tak były nieproporcjonalnie długie i wyglądały koszmarnie. Zaczynały już sztywnieć i martwieć.
- Człowiek uciekł im – powiedział mężczyzna powoli i upiornie wyraźnie. – Uciekł wreszcie. Udało mu się. Trupi łeb nie znajdzie go tutaj. Nic go nie znajdzie. Człowiek jest jeleniem.
Russel zajęczał raz, nie mogąc zdobyć się na krzyk. Ten jęk zacisnął mu wszystkie trzewia w ciasny węzeł, który podszedł do gardła, zduszając wszystko prócz strachu. Pomyślał, że zaraz zacznie wymiotować żółcią; czuł już jej smak. Pomyślał również, że wszędzie wokół są jakieś małe istnienia, błądzące w mroku podobnie, jak on, szukające go ślepymi oczyma i węszące krew mężczyzny leżącego przy nim. Dopiero to poruszyło jakimś mięśniem, napędziło ciało. Umysł pozostał bezwładny, zawieszony na niskich obrotach, wyświetlając tylko jedną wizję: obraz jelenia, pozbawionego tylnych nóg, czołgającego się w agonii po śniegu.
Russel zerwał się z zaspy i pobiegł nie wiadomo dokąd, szukając po omacku drogi wśród drzew. Wydawało mu się, że biegnie na zachód.
Jeleń roześmiał się ponownie, sucho, rzężąco, żałośnie. To był śmiech człowieka wolnego, ale jednocześnie skazanego na okrutny koniec. Splunął krwią i zacharczał, jego uda zadrgały konwulsyjnie – czuł obcy, zimny ciężar, utrudniający ruch, nawet oddech. A później przyszły One.

Epilog

- Resztę już znasz. Pobiegłem przed siebie, po tej nieszczęsnej trakcji. Błądziłem bardzo długo w mrozie, myślałem, że to już koniec. I pogodziłem się z tym. Widzisz, w pewnej chwili nie zostaje nic, nawet własna świadomość, tylko poczucie klęski. Nie wiem, ile godzin spędziłem czasu w lesie, nigdy nikogo o to nie pytałem, zresztą wątpię, czy to cokolwiek zmieni. Gdy przestałem czuć stopy, dłonie, twarz, miałem wrażenie, że krew zamienia mi się w lód. Nie wiesz, jakie to straszne. To uczucie, że jest się na granicy śmierci, i jedyne, co od niej odgradza, to twoje własne, słabe ciało.
Teraz jest jeszcze słabsze, pomyślałem mimowolnie, o wiele słabsze. Ale już nie mam nic do stracenia.
- Wołałem Leilę, Lenę i Billa, ale nikt nie przyszedł, sądzę, że odszedłem za daleko od stacji, a oni zostali w niej i tam zamarzli. Jednak w umywalce przecież leżał ten łeb dzika, jeżeli któreś z nich go znalazło, na pewno wszyscy uciekli i teraz już nikt nie znajdzie ich ciał… ale nie zaszkodzi spróbować.
Wciąż nie otwierałem oczu, cały czas widziałem ten sam obraz, jak przed laty – nadchodzący świt kolejnego dnia, rozjarzający się przyjaznym blaskiem las, iskrzący śnieg i idealnie błękitne niebo.
- Kiedy trakcja zaprowadziła mnie trochę dalej, na sam skraj lasu, tam, gdzie łączył się z polem, zobaczyłem policjantów stojących przy szosie. Wypytali mnie dokładnie, co robię, ale nie odpowiedziałem nic, właściwie niemal ich nie słyszałem. Nie widziałem ich natomiast w ogóle, widziałem tylko w wyobraźni najstraszniejsze rzeczy, przydarzające się Lenie i Leili. Bill nie byłby w stanie ich uratować, byłem tego pewien. Myślałem wyłącznie o tym… bo wiesz, wtedy jeszcze nie prześladował mnie koszmar jelenia. Wymazał go ból i strach o tych, których zostawiłem za sobą. Bałem się bardzo. O tym mężczyźnie, co się z nim stało, zacząłem myśleć wiele miesięcy później, kiedy zniknęła ta dziwna rana w moim umyśle, znieczulona lekami i zasklepiona… do dzisiaj widzę go w snach i słyszę jego chrapliwy głos. Musiał tam umrzeć, a ja nie mogłem mu pomóc. Nikomu nie pomogłem. Wtedy… nigdy później nie bałem się tak bardzo. To mój koszmar.
Czułem piekący ból w gardle, ciężki i gorący, zapowiadający dobrze znane łzy. Wszystko jedno, jestem tylko starcem i mój płacz nic nie znaczy.
- I co o tym sądzisz, Melisso? Wierzysz mi? Czy spróbujesz ich znaleźć… dla mnie?
Otworzyłem oczy. Na krześle nikt nie siedział. Pokój był pusty. Musiała wyjść dużo wcześniej.
Dopiero wtedy naprawdę oszalałem.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -