Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Kolonia

Matthew Jacob Kubrick

Henry wyciągnął ostatniego papierosa z wymiętolonej paczki. Pudełko z czerwoną literą M miało już osiem dni i nosiło wyraźne ślady czasu. Douglas nie palił zbyt dużo. Sięgał po papierosy wyłącznie w chwilach dużego stresu.
Mężczyzna spojrzał w niebo, było czyste i słoneczne, nie zawierało ani jednej burzowej chmury. Jego wzrok w mgnieniu oka przeszyła gromada ptaków, lecąca z północy. Stado zakręciło piruet i zatrzymało się na dachu rodzinnego domu. Skrzydlate stworzenia jedno obok drugiego rozsiadły się w idealnej symetrii i jak jeden mąż wpatrywały się w stojącą na ganku osobę. Henry w pierwszej chwili chciał przegonić skrzydlate stworzenia. Miał nawet na te okazje długi kij z przymocowanym włosiem. Zaprzestał jednak tego zamiaru. Jego żona właśnie wychodziła z domu i niosła ze sobą świetny nastrój. Kobieta w przeciwieństwie do partnera cała promieniała od stóp do głowy.
Gina wyglądała dojrzale, ale nie ma się co dziwić, miała trzydzieści pięć lat. Dawne czasy szkolne kiedy oboje byli młodzi szybko minęły przynosząc im parę siwych włosów oraz jedno dziecko. Mały Stanley, zdrobniale Stan wybiegł za mamą z domu, trzymając w ręce przenośną konsolę do gier. Chłopiec wyprzedził rodzicielkę, otworzył drzwi auta, wgramolił się na przednie siedzenie pasażera i zapiął pas. Matka zapukała w szybę i z ogromną finezją pogroziła palcem jedynakowi. Stan zrobił skruszoną minę. Dobrze wiedział o co chodzi. Jego wiek nie pozwalał na jazdę z przodu dlatego musiał usiąść z tyłu na przystosowanym siodełku. Oczywiście zrobił to ze łzami w oczach. Miał za złe rodzicom tak okrutne postępowanie.
Henry dopalał papierosa, powoli wypuszczając z ust kłęby białego dymu. Próbował zrobić indiańską obręcz lecz ta sztuka niezbyt mu wychodziła. Pomęczył się jednak jeszcze krótką chwilę, próbując odwlec wyprawę chociaż o parę minut.
Ponownie spojrzał na ptaki tym razem połowicznie zasłonięte przez dym. Uśmiechnął się w duchu, wyobrażając sobie płonące stado. Dla ludzi, którzy go nie znali mógł sprawiać wrażenie socjopaty, lecz właśnie w ten sposób zachowywał się pod wpływem napędzającego strachu.
–Pomógłbyś wnosić walizki.
Henry puścił oko w stronę żony i udał się w kierunku domu. Wziął dwie wielkie walizki z korytarza, które ważyły jakąś tonę. Niosąc ogromny ciężar ciągle myślał co jest w środku. Czy kobiety zawsze muszą brać ze sobą pół szafy z ubraniami oraz wszystkie kosmetyki jakie stoją w łazience? Ledwie otworzył bagażnik i wrzucił do niego swój krzyż w postaci bagażu. Pomyślał w duchu, że nigdy więcej nie będzie dźwigał takich ciężarów choć wiedział, że to co załadowane trzeba prędzej czy później rozładować.
Mężczyzna odsapnął chwilę, spoglądając na ptaki.
– Dalej kochanie ruszamy. Szkoda czasu na obserwowanie zwierząt.
– I tak jesteśmy spóźnieni.
– Wsiadaj i nie marudź.
Kobieta usiadła na siedzeniu i głośno trzasnęła drzwiami. Henry zrobił to samo lecz jako trzask był zdecydowanie cichszy, bardziej stonowany. Douglas odetchnął jeszcze przez moment jakby miał zaraz rzucić się do walki z rozszalałym bykiem. Chętnie zapaliłby jeszcze jedną fajkę.
Na tylnych siedzeniach Stan zaczął uderzać nogami o przedni fotel – ten, na którym siedziała matka. Energicznie stukał raz lewą, raz prawą nogą drażniąc rodzicielkę.
– Stan uspokój się, zaraz jedziemy.
Mężczyźnie skoczyło ciśnienie a w głowie zaczęło rytmicznie pulsować. Przez krótką chwilę zdał sobie sprawę, że słyszy bicie własnego serca. Wybiegł wzrokiem na ulicę przez co wkroczył w trans. Otaczające dźwięki dobiegały do jego uszu bardzo wolno, próbując przebić się przez niewidzialną powłokę zamyślenia. Nagle poczuł dziwne ukłucie w okolicach prawego kolana. Czyżby to nerw? - pomyślał. Ukłucie zmieniło się w ucisk, który rósł z każdą chwilą. Pod wpływem nastającego bólu Douglas wracał do świata żywych a jego dusza z powrotem wypełniała ciało. Szum otoczenia przebił się w końcu przez przezroczystą warstwę i uderzył w bębenek ucha. W jednej sekundzie Henry zadrżał jak porażony prądem z paralizatora.
– Henry… Henry!
Henry wyszedł z przytłaczającego transu. Ręka żony spoczywała zaciśnięta na jego kolanie. Mężczyzna spojrzał na nią oszołomionym wzrokiem.
– Wyglądasz blado, może chcesz się zamienić?
– Dam radę.
– Wiem, że nie lubisz jeździć w długie trasy, ale musisz wziąć się w garść.
– Już w porządku.
Douglas zapiął pas i przekręcił kluczyk w stacyjce; silnik toyoty rav zaryczał. Mężczyzna spojrzał w lusterka w celu ustawienia widoczności. Próbował nawet uśmiechnąć się do jednego z nich, jednak napięte mięśnie twarzy nie pozwoliły na drobny wyraz szczęścia. Henry wcisnął pedał gazu i wyjechał z podjazdu jednorodzinnego domu wprost na ulicę. Przyspieszył jeszcze trochę zostawiając rodzinny kąt daleko w tyle. Czarne ptaki siedzące na dachu odprowadziły pojazd wzrokiem aż ten znikł w oddali.
Liście opadały z drzew posadzanych w równych odległościach wzdłuż domów jednorodzinnych, a chodniki zostały pokryte czerwono–żółtym dywanem z naturalnego surowca. Wiatr szumiał niosąc deszczową jesień. Mimo jesiennej pory dzisiejszy dzień jak i cały tydzień był ciepły, chwilami wręcz gorący.
Samochód mknął zaledwie sześćdziesiąt kilometrów na godzinę wzdłuż podobnych, wręcz takich samych domów. Cała ulica wyglądała jak wielki rzut izometryczny, gdzie lewa i prawa strona są swoim odbiciem lustrzanym. Jedyną podstawową różnicę stanowili ludzie, mający inne charaktery oraz cechy usposobienia.
Żona Douglasa pomachała sąsiadce idącej z wózkiem, ta odwzajemniła gest. Sąsiadka należała oczywiście do grona przyjaciół, w przeciwnym razie taka sytuacja nie miałaby miejsca. Henry stanął na rozwidleniu dróg, spojrzał czy nikt nie jedzie i skręcił w lewo. Gdyby pojechał w prawo udałby się do centrum miasta; z chęcią by tak zrobił lecz nie to było celem wyprawy. Rodzinna wycieczka opierała się na podróży do miasteczka Connectville, leżącego na zachód od Detroit. Miasteczko samo w sobie nie było zbyt urodziwym miejscem. Jeszcze rok temu nikt nawet o nim nie słyszał. Wszystko zmieniło się kiedy znaleziono w nim szczątki pierwszych osadników, którzy przybyli z Europy. Oczywiście oprócz sterty trupów zakopanych pod sklepem z używanymi samochodami, znaleziono również wiele przedmiotów z czasów pierwszych kolonistów takich jak: kompas, luneta, bardzo zardzewiały cyrkiel oraz węgielnica. Największy hit stanowiła stara mapa oraz fragment pierwszej konstytucji, który udowodnił że szczątki gromadzono tu na przestrzeni wieków. Większość mieszkańców Connectville na początku dość sceptycznie podchodziła do całej sprawy. Stare relikty z przeszłości największy entuzjazm wzbudziły u historyka Georga Olsona, który uświadomił mieszkańców z jakim odkryciem mają do czynienia. Sprawę podłapał miejscowy przedsiębiorca Jeff Rock – właściciel sklepu z używanymi samochodami. Używając swoich koneksji wraz z dość pokaźnym zapleczem finansowym ściągnął całą ekipę wydobywczą. Ogromny sztab ludzi przyjechał z Detroit w celach badawczych. Oprócz zwykłych inżynierów od wydobycia znalazło się tu również paru profesorów. Naukowcy lepiej zbadali sprawę, ustalając metodą węgla wiek odkopanych szczątek. Chcieli oni również przewieźć wykopane przedmioty do muzeum. Na działalność odkrywców nie zgodzili się uświadomieni mieszkańcy. Urządzili oni zbiorowy protest broniąc swoich skarbów.
Jeff czując nadchodzący interes zbudował niewielkie muzeum ojców założycieli, w którym wyeksponował szczątki oraz znalezione relikty. Georg Olson napisał książkę pt. „Connectville – pierwsze miasto Ameryki”. Oczywiście książka nastawiona była na zysk a nie na ukazanie prawdy. Zawierała szereg bzdur połączonych z historycznymi faktami aby wzbudzić największe zainteresowanie czytelników. Cichym współautorem był Rock wymyślając najbardziej poczytne fakty jak najlepszy pisarz fantasy. Książka rozeszła się w mik nie tylko w stanie Detroit ale również w sąsiednich stanach, powodując ogromny przypływ gotówki. Dzięki temu wydarzeniu dwóch cwanych ludzi dorobiło się pokaźnego majątku, stając na wyżynach klasowych w miasteczku. Obaj założyli spółkę nazwaną później Archeo Comp. Swoje pieniądze inwestowali w rozwój z nadzieją na jeszcze większy dochód. Tym sposobem Connectville stało się mekką archeologów oraz historyków z całej Ameryki oraz Europy. Miasteczko dziennie odwiedzało około tysiąca turystów począwszy od samotnych podróżników a kończąc na wycieczkach szkolnych. Największym przeciwnikiem zbiorowej famy był rząd, który co jakiś czas dementował wszystkie plotki na temat historii miasta. Urzędnicy robili to z pełną świadomością ponieważ wiedzieli, że są to historie wyssane z palca. Przyjezdni jednak i tak wiedzieli swoje. Po walkach w Iraku oraz Afganistanie przestali wierzyć w bajki opowiadane przez osoby „zaufania” publicznego. Wśród zwykłych zjadaczy chleba zrodziły się teorie spiskowe o odkryciu tajnych dokumentów ojców założycieli, stąd próby ingerencji rządowej. Jedynymi ludźmi znającymi czystą nieskalaną prawdę byli mieszkańcy miasteczka. Mimo to nikt nie pisnął słowa ponieważ każdy czerpał zyski z lokalnej turystki. Brad Rey organizował wycieczki i odgrywał rolę przewodnika, Steve Bartman sprzedawał jedzenie typu fast food, a Larus Till kierował ruchem i prowadził parking.
Żona Douglasa wyciągnęła z torebki książkę Georga Olsona i położyła na kolanach. Henry pokręcił głową okazując zniesmaczenie. Ukochana namiętnie otworzyła czarny, dwustustronicowy tom. Okładka utworu przedstawiała starszego, uśmiechniętego faceta stojącego obok ludzkiego szkieletu. Dla osób nie umiejących czytać opasła rzecz wyglądała jak podręcznik do anatomii znanego profesora uniwersytetu.
Henry przyspieszył do stu kilometrów.
– Wiesz, że w Connectville mają hotel, możemy tam zostać na noc. Nie musimy wcale tak szybko wracać.
Gina przewróciła parę kartek do przodu. Jej twarz przybrała barwnych rumieńców. Z uśmiechem na ustach przeczytała podpis znajdujący się pod obrazkiem człowieka w dziwnym staromodnym stroju.
– Nawet ludzie są przebrani za mieszkańców z dawnych czasów, wspaniale. Cofniemy się w przeszłość o jakieś kilkaset lat.
– Toyotą, oni użyliby bryczki i dwóch koni.
– Nie wybrzydzaj.
Żona Douglasa obróciła książkę do tyłu. Na rewersie tomu znajdowała się krótka historia autora wraz z podsumowaniem osiągnięć.
– Może spotkamy się z nim.
– Kim?
– Olsonem.
Henry skrzywił usta jakby ugryzł najkwaśniejszy kawałek cytryny. Gina spojrzała w jego stronę – jej mina natychmiastowo spoważniała.
– Mógłbyś wykazać chociaż odrobinę zainteresowania.
Douglas przełknął ślinę. Zdał sobie sprawę, że odrobinę przesadził z mimiką. Żałował tego, bardzo żałował. Dobrze wiedział, że za kilka sekund zacznie się wykład o braku zaangażowania w życie rodzinne. Jego żona była piękną kobietą lecz gdy ktoś nie okazywał zainteresowania i nie postępował według dokładnie określonego planu, zamieniała się w potwora. Ostatnim razem, podczas pobytu w Egipcie było podobnie. Gina chciała zwiedzać piramidy, muzea i tym podobne a Henry pragnął spędzić czas w hotelowym basenie oraz odpoczywać przy barze z drinkami. Naturalnie uległ, właściwie ulegał za każdym razem. Zawsze kiedy postępował wbrew żonie czuł się winny, nawet jeśli racja leżała po jego stronie. Jego połówka od początku małżeństwa zaszczepiła w nim poczucie zgorszenia, stawiania swoich potrzeb na drugim miejscu. On zmyślnie realizował jej cel oparty na tworzeniu idealnej rodziny. Dla jednych znajomych był idealnym mężem oraz ojcem, dla innych pozostawał zwykłym pantoflarzem, nieznającym sztuki asertywności. On sam miał mało czasu dla siebie, w każdej wolnej chwili zajmował się domem. Gina zawsze starała się aby co do sekundy zorganizować mu czas. Przeważnie wykonywał typowo męskie obowiązki, chociaż czasem również prał, sprzątał oraz gotował. Wiele razy chciał to wszystko rzucić i uciec choćby do piekła. Wszystko po to by nie słyszeć zrzędzenia i ciągłego wytykania winy.
Przez dziesięć lat trwania małżeństwa uświadomił sobie, że to właśnie z nim jest coś nie tak, że to on powinien się zmienić lecz naprawdę nie potrafił, może również nie chciał. Z całą pewnością lubił swoją osobę wraz ze stylem bycia.
– Nadal wyglądasz jakby cię z krzyża zdjęli.
– Jestem trochę przemęczony.
– Proszę cię, wykaż odrobinę chęci, jeśli nie dla mnie to dla małego.
Henry spojrzał w lusterko przywieszone do sufitu auta. Prostokątny przedmiot z zaokrąglonymi bokami odbijało postać małego chłopca. Stanley grał na przenośnej konsoli i w żadnym stopniu nie zwracał uwagi na rozmowę rodziców. Był ogromnie skupiony stąd jego ciało wytworzyło niewidzialną barierę, która odbijała każdy dźwięk.
– Stanley, Stanley… Stanley!!! – powtarzała matka coraz głośniejszym tonem.
Mały chłopiec poruszył gwałtownie głową, wychodząc myślami z wirtualnego świata. W ciągu jednej sekundy wrócił, siedział na tylnym siedzeniu i patrzył na lusterko, które odbijało spojrzenie ojca.
– Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Chociaż ty wykazałbyś odrobinę zainteresowania przecież robię to także dla ciebie.
– Mamo, ja bardzo się cieszę na ten wyjazd.
Gina zrobiła krzywy uśmiech. Bardzo chciała wierzyć w słowa syna. Mały Stan wyłączył konsolę i wytężył słuch. Był gotowy słuchać matki i jej „ciekawych historii”.
– Opowiedz mamo coś jeszcze na temat tego miejsca.
– Nic wam już nie powiem, sami zobaczycie.
Henry uśmiechnął się w duchu. Był bardzo szczęśliwy, że wrogi entuzjazm żony zmienił cel. Tym razem Stanley idealnie spełniał rolę ofiary. Oczywiście Douglas nie cieszył się z tego powodu, po prostu mógł na chwilę oderwać myśli i skupić się na jeździe.
– Mamo przecież wiesz, że cię kochamy.
– Tak, jasne.
Atmosfera w samochodzie ucichła. Wewnątrz słychać było jedynie szum silnika oraz odgłosy aut przejeżdżających obok. Czteropasmowa droga przeszła w dwa pasy a natężenie ruchu zmniejszyło się z powodu licznych rozjazdów. Henry przyspieszył do stu dwudziestu. Minęli pierwszą tabliczkę z napisem Connectville 8 km. Żona Douglasa poczuła ekscytację, złość na rodzinę powoli z niej uchodziła. Mały Stan obserwował wielkie białe wiatraki wbite w rozległe pole kukurydzy. Śmigła ich kręciły się bardzo wolno z uwagi na ostatnie podrygi przyzwoitej pogody. Henry uchylił szybę – świeży powiew wiatru wywiał resztki nerwowej atmosfery. Gina ponownie otworzyła książkę Georga Olsona. Po przeczytaniu połowy strony roześmiała się głośno. Douglas spojrzał w lusterku na wzrok syna; pierworodny z zaciekawieniem przyglądał się matce. Po krótkiej chwili kobieta znowu wybuchła euforyczną radością.
– No powiedz co tam wyczytałaś.
– Nie – wypowiedziała Gina przez zaciśnięte zęby, próbując utrzymać powagę.
Stanley przybliżył głowę próbując dojrzeć powód radości rodzicielki. Mały dostrzegł jedynie stronicę przepełnioną literami oraz fotografię półnagiej pary.
– Mamo czemu ta pani jest goła?
Gina trzasnęła książką.
– To nie są obrazki dla ciebie Stan.
– Kochanie czy w tej książce jest coś nieprzyzwoitego?
– Powiem ci wieczorem gdy będziemy sami.
– Mamo ja też chce wiedzieć.
– Tobie mogę powiedzieć tylko tyle, że chodzi o pewien obrządek zakochanych. Jak będziesz dorosły dowiesz się więcej.
Stanowi przyszły do głowy dwie myśli. Pierwsza, że i tak dorwie książkę kiedy mama i tata pójdą spać lub przynajmniej oddalą się gdzieś daleko. Druga, że najszybciej musi zostać dorosłym a przynajmniej zachowywać się jak oni. Chłopiec otworzył plecak i rzucił konsolę do jednej z przegródek. Dorośli nie grali w gry ponieważ nie mieli na to czasu stąd on też nie powinien, pomyślał.
Stan oparł głowę o tył fotela i wsłuchując się w rozmowę rodziców zasnął głębokim snem.
– Wiesz gdzie zatrzymamy się na noc?
– Wybrałam ustronne miejsce. Może to nie jest pięciogwiazdkowy hotel ale ma swoje wygody.
– Jeśli nie będzie wolnych miejsc możemy przekimać w aucie.
– Myślę, że ta opcja nie wchodzi w grę. Prędzej wrócimy w nocy niż tutaj przenocujemy.
Henry przytaknął mrugnięciem powiek.
Droga nie miała końca, ciągnęła się daleko przed siebie. Parę aut wyminęło forda mknąc rozpędzone. Gina na widok pędzących kierowców pokręciła głową. Czuła się zażenowana, że tacy wariaci jeżdżą po świecie.
– Widzicie, przypatrzcie się dobrze. Tym ludziom nie zależy na rodzinach, na osobach siedzących w samochodach obok, a tym bardziej nie zależy na własnym życiu. Nawet na tak prostej drodze trzeba zachować czujność.
– Przesadzasz Gina.
– Wcale nie przesadzam. Pomyśl, że jeśli jakaś ciężarówka nie wiadomo skąd znalazłaby się na przeciwnym pasie, z takiej osobówki nie zostałoby nic.
– Przecież kierowcy wyraźnie widzą czy ktoś jedzie z przeciwka.
– Widzą lub też nie, pamiętaj, licho nie śpi. Wyobraź sobie, że kierowca ciężarówki pod wpływem silnego impulsu wykręca na nasz pas. Wystarczy moment i trzy trupy do tego małoletnie dziecko.
– Może i masz rację, lecz takie przypadki przytrafiają się bardzo rzadko.
Kolejne auto wyminęło Douglasa. Gina skrzywiła usta. Nie powiedziała nic, jej twarz wyraziła cały kunszt ich ostatniej rozmowy. Henry chciał wcisnąć pedał gazu i przyspieszyć lecz paraliżujący wzrok żony uświadomił mu powagę sytuacji.
Minęli tabliczkę Connectville 4 km. Wielkie pole kukurydzy mieszczące się po lewej stronie dobiegło końca. Zastąpiła je przeorana ziemia wyglądająca jak pobojowisko po wybuchu bomby. Po prawej stronie znajdował się drewniany znak Connectville ze strzałką w prawo oraz tabliczka informująca o zakazie wjazdu z powodu robót drogowych.
– Co teraz Gina? To na pewno tutaj?
– Przecież widzisz tabliczkę.
– Dwie tabliczki.
– Pewnie robotnicy zapomnieli usunąć jednej.
– Przez tyle czasu?
– Jedź i nie tarasuj drogi.
Henry skręcił. Ford rav zjechał z drogi szybkiego ruchu. Auto wjechało na wąską dwupasmową drogę porośniętą drobnymi krzewami po obu stronach. Grunt był w okropnym stanie dlatego auto delikatnie kołysało pasażerami. Mały Stan ocknął się i półprzytomny przyłożył głowę do szyby; był zdziwiony nagłą zmianą krajobrazu. Drobne porosty zamieniały się w coraz większe i większe aż w końcu auto wjechało do ciemnego lasu. Teren był naprawdę nieprzyjemny. Z gęstych drzew zwisały gałęzie, które muskały dach pojazdu. Pod żadnym pozorem nie była to droga przystosowana do samochodów ciężarowych. Wewnątrz auta zrobiło się ciemno. Gina zapaliła lampkę aby móc cokolwiek dostrzec. Prędkościomierz forda pokazywał sześćdziesiąt km/h, szybsza jazda nie wchodziła w grę. Z każdej strony mogło wylecieć dzikie zwierzę, które w drobny mak roztrzaskałoby przód auta razem z pasażerami.
– Czy aby na pewno dobrze skręciłeś?
– Przecież sama widziałaś tabliczkę ze skrętem w prawo.
Auto wjechało na większą dziurę, w którą wleciały koła po lewej stronie. Zawieszenie pracujące na najwyższych obrotach niewiele pomogło. Osoby siedzące wewnątrz gwałtownie podskoczyły. Gdyby nie pasy bezpieczeństwa uderzyłyby głową w sufit.
Henry dojechał do zwężenia dwupasmowej drogi zakończonego zjazdem na lewą i prawą stronę. Zatrzymał forda. Dokładnie na środku rozwidlenia stała drewniana tabliczką z napisem Connectville 2 km.
– Gina, w która stronę jechać?
– Ty jesteś kierowcą, masz ten zmysł.
– A w tej twojej książce nie ma żadnej mapki dojazdu?
– Zaraz sprawdzę.
Gina przekartkowała opasły tom. Przejrzała nawet cały spis treści szukając słowa „mapa”. Jej wysiłki na nic się zdały. Książka owszem zawierała dogłębne informacje na temat historii miasta lecz nic po za tym. Na żadnej ze stron nie była ani jedna wzmianka o dojeździe. Czyżby autor pozostawał tak wielkim głupcem i nie umieścił choćby paru słów.
– Nic nie ma.
– Sprawdziłaś dokładnie?
– Przecież przeczytałam tę książkę w domu od deski do deski. Skręć w lewo, zawsze możemy zawrócić, dwa kilometry to nie jest dużo.
Henry wcisnął pedał gazu i skręcił kierownicą w lewo.
Rodzina mknęła przez gęsty las. W umyśle Giny oraz jej męża pojawiły się pewne wątpliwości. Na szczęście drzewa stopniowo malały przepuszczając coraz większe promienie światła. Słaba nawierzchnia nie uległa poprawie dlatego Douglas zwolnił do minimum.
– Mogliśmy skręcić w prawo.
– Henry pomyśl, ta droga jest zniszczona ponieważ jeździ przez nią masa pojazdów.
– Albo nie jeździ nikt. Widzisz tu kogoś oprócz nas?
– Jedziemy w złym czasie stąd zerowy ruch. Zobacz tam widać koniec lasu.
Auto mijało ostatnie drzewa oraz krzewy, by po krótkiej chwili wyjechać z kompleksu leśnego. Droga była o niebo lepsza, wreszcie Henry mógł przyspieszyć nadrabiając stracony czas. Po obu stronach nawierzchni znajdowały się zielone górki oraz pagórki układające się w piękną mozaikę.
Ford przejechał obok zardzewiałego sloganu stacji benzynowej.
– Tato wstąpimy tam, chce mi się pić.
– Może przy okazji coś zjemy – dodała Gina obserwując wielką górę ciągnącą się wzdłuż drogi.
Douglas przytaknął i włączył radio; żałował, że nie zrobił tego wcześniej ponieważ muzyka zawsze koiła jego nerwy. Z głośników auta dobiegł przeszywający pisk połączony z szumem. Mały Stan zasłonił uszy nie mogąc znieść przenikliwego dźwięku. Żona Douglasa rzuciła się na pokrętło głośności i ściszyła je do minimum. Ford, który posiadają niecałe trzy lata nigdy nie miał problemów z wyłapywaniem fal. Niezależnie czy jeździli po mieście czy na wsi, zawsze precyzyjnie dostrajał się do zmiennych warunków otoczenia. Henry wcisnął dwa razy przycisk automatycznego wyszukiwania stacji radiowych. Zamiast usłyszeć dźwięk muzyki lub spikera czytającego codzienne fakty dalej słyszał niezmienny szum.
– Musimy kupić nowe radio, stare widocznie jest zepsute.
– Gina, nigdy wcześniej nie mieliśmy takiego problemu.
– Widocznie teraz jest. Zwolnij widać już stację benzynową.
Ford rav stopniowo zwalniał. W tle widać było dwa dystrybutory pod niewielkim zadaszeniem oraz nieotynkowany budynek. Pod wielką brudną szybą lokalu siedział człowiek. Douglas zaparkował obok jednego z dystrybutorów. Cała rodzina wysiadła na zewnątrz. Postać spoczywająca na ławce śledziła wzrokiem nowo przybyłych.
– Pan tutaj obsługuje?
– A czy widzicie tu kogoś innego?
Człowiek wstał i zmierzył nieznajomych. Jego twarz porośnięta była postrzępioną brodą, na czubku głowy znajdował się okrągły biały plac bez włosów, a ubranie w większej części zniszczone, idealnie wpasowało się w obskurne otoczenie.
Sprzedawca splunął przez ramię gęstą flegmą.
– Chcielibyśmy kupić coś do picia.
Handlarz podniósł głowę i pokazał na drzwi sklepu. Mały Stan wszedł pierwszy do budynku, a za nim Gina. Henry odczekał chwilę. Tajemniczy gość dalej pokazywał na szklane wejście. Mężczyzna nie zareagował dlatego sprzedawca wszedł do środka. Douglas momentalnie zerwał się jak pies ze smyczy próbując dotrzymać mu kroku.
Pomieszczenie nie przypominało tych, które znajdują się na przeciętnych stacjach benzynowych. Wewnątrz było ciemno, wręcz brudno. Podłoga pokryta grubą warstwą kurzu nie była czyszczona od tygodni. Półki w połowie puste zawierały towary z wyblakłymi etykietami. Sprzedawca stanął za ladą. Na posiwiałym blacie leżały chipsy, gumy do żucia oraz paczki prezerwatyw. Na wszystkich produktach rozciągała się gruba warstwa pajęczyny. Gina podeszła do stojaka i podniosła puszkę z konserwą turystyczną. Spojrzała na datę ważności. Produkt był przeterminowany od dwóch lat. Z obrzydzeniem odłożyła towar na miejsce. Mały Stan stanął przed zakurzoną półką z gazetami. Wyblakłe i pogniecione numery zawierały opisy nieaktualnych już wydarzeń. Oprócz gazet o tematyce politycznej oraz plotkami ze świata show biznesu malec dostrzegł parę egzemplarzy świerszczyków z całkowicie roznegliżowanymi kobietami. Chłopiec postanowił wziąć jeden i wsunąć w zwykłą gazetę. Jego ręka powędrowała wyżej próbując sięgnąć pismo. Prawie mu się udało gdy czynność przerwała mu matka, zachodząc go od tyłu.
– Co oglądasz mały? Tutaj nie ma żadnych komiksów, może w Connectville coś znajdziemy.
Stanley odsapnął, na szczęście matka niczego nie podejrzewała. Gdyby wiedziała co chciał zrobić dostałby w domu tęgie lanie skórzanym pasem.
Douglas uważnie przyglądał się sprzedawcy, ten zrobił szyderczy uśmiech. Właściciel nie miał wszystkich zębów a te, które posiadał były bardzo małe i poniszczone. Brak siekaczy oraz dwóch przednich najbardziej szpeciły jego porośniętą gębę. Żółte, wystające pieńki wprowadziły Henry'ego w stan obrzydzenia. Mężczyzna poczuł jak przewraca mu się kanapka z serem zjedzona na śniadanie.
– Czy ma pan tutaj coś do picia?
Sprzedawca pokazał palcem na małą prostokątną lodówkę stojącą za ladą. Gina wychyliła głowę. W świadomości kobiety narodziła się myśl, czy aby napój może ulec przeterminowaniu. Lodówka była na chodzie stąd zimno mogło zakonserwować butelkę z całą jej zawartością.
– Napoje są świeże.
– Nie śmiałabym wątpić. Mały czego chcesz się napić?
– Najlepiej coli.
– To poproszę zwykłą wodę.
Gina nie chciała ryzykować. Cola szybciej fermentuje od innych napojów, w końcu to woda z domieszką chemicznych składników. Właściciel sklepu wyjął niegazowaną wodę w przezroczystej butelce i położył na blacie. Żona Douglasa chwyciła produkt i starannie przejrzała w poszukiwaniu daty ważności. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegła nic. Sprzedawca podał cenę. Zamyślona Gina nie zareagowała. Sprzedawca powtórzył tym razem głośnym, ochrypłym tonem. Henry podszedł do lady, wyciągnął portfel i położył pieniądze na stole. Brudna ręka sklepikarza wzięła drobne monety lecz zamiast schować je do kasy, włożyła do kieszeni.
– Reszty nie trzeba – dodał Henry spoglądając na długie paznokcie. Teraz wiedział co by się stało gdyby nie obcinał swoich przez miesiąc, a może i dłużej.
Gina wręczyła butelkę synowi. Mały od razu odkręcił nakrętkę i wziął trzy duże łyki. Stanley wyglądał dobrze, nic mu nie dolegało, przynajmniej takie sprawiał pierwsze wrażenie.
Po skończonej transakcji rodzina udała się w kierunku drzwi.
– Nie wychodźcie, zostańcie jeszcze trochę. Gilowi brakuje towarzystwa…
Spokrewniona trójka zamarła w bezruchu, właściciel sklepu dalej kontynuował.
– …dawno nie miałem okazji z nikim porozmawiać, no może oprócz tych dzikusów zamieszkujących osadę obok.
Gina obróciła głowę w kierunku rozmówcy.
– Mówisz o mieszkańcach Connectville.
– Zwał jak zwał, banda chytrych i bogobojnych zwyrodnialców. Raz na jakiś czas wpadają tutaj po prezerwatywy. Mówią, daj paczkę Gil, daj. Ja zawsze daję a oni nie płacą, nawet centa.
– Nie płacą ci?
– Ja daje bo się ich boję. Są czarni, a czarni to źli ludzie, tak mówił mój ojciec. Tatuś biedny… mój, nie żyje.
Gina jak zahipnotyzowana podeszła do lady aby wysłuchać sprzedawcę. Pozostała dwójka nie miała innego wyjścia, musiała uczynić to samo.
– Czarni pochodzą z samego wnętrza piekła, mają kontakt z diabłem. Gil boi się patrzeć im w oczy.
Henry cicho parsknął śmiechem. Gina z pogardą popatrzyła w kierunku męża. Kobieta postanowiła przemówić do rozsądku właścicielowi stacji.
– Przecież czarni są takimi samymi ludźmi jak ja czy ty, różnimy się zaledwie kolorem skóry. Jeśli cię okradają musisz to zgłosić na policję.
Sprzedawca nerwowo pokręcił głową.
– Policja? Nie, tylko nie policja. Oni mogą zamknąć moją stację. Powiedzą, ty trujesz ludzi, masz stare produkty…
Mały Stan zerknął na etykietę wody, z której właśnie brał kolejnego łyka.
– …Gila nie stać na świeże zaopatrzenie. Te produkty są całkiem dobre, nadają się do jedzenia. Gil jadł wczoraj jedną z konserw i bardzo smakowała.
Piskliwy głos sprzedawcy doprowadził Henry'ego do wybuch poważnej salwy śmiechu. Sklepikarz poczuł się zawstydzony, jego kościste policzki zaczęły pulsować dlatego zniżył głowę i zaczął patrzeć spode łba.
– Może jakbyś miał świeże produkty to ludzie chcieli by je kupować. W ten sposób zarobiłbyś pieniądze. Każdy zysk traktuj jako inwestycję.
– Kiedy żył ojciec Gila stacja dobrze prosperowała, mieliśmy dużo klientów a czarni nie kradli towaru. Parszywe bestie. Ojciec zmarł i nie zostawił nic. Muszę sobie radzić, mam jedzenie, sporo jedzenia. Jeśli ludzie nie kupują, to ja zjem.
– Gil a ile twój ojciec nie żyje? – Zapytała zaciekawiona Gina. Henry zaciskał zęby by znów nie parsknąć z dziwnego sprzedawcy.
– Długo, trzeba liczyć jedno lato i dwie zimy.
Żona Henry'ego zrobiła zamyśloną minę, starała się poukładać w myślach przybliżoną datę śmierci. Po chwili już na nią wpadła. Data zbliżona była do daty ważności przeterminowanych artykułów. Ten sklep był czystym przykładem jak wszystko wokół potrafi się zepsuć po stracie jednej osoby.
– Musicie już iść, czarni, oni nadjeżdżają. Widzicie!
Sklepikarz pokazał zakrzywionym palcem na szybę sklepu. Pod jeden z dystrybutorów podjechał stary, czerwony pikap. Zardzewiałe drzwi auta otworzyły się i z wnętrza wysiadł wysoki, postawny mężczyzna. Nowo przybyły ubrany był w czarne spodnie od garnituru oraz podobną kolorystycznie kamizelkę. Wystający kołnierz białej koszuli zdobił jego szyję. Nieznajomy wyciągnął z pojazdu czarny kapelusz i założył na łysą głowę.
– Idźcie już, błagam. On wam może zrobić krzywdę.
– Spokojnie Gil z nami nic ci nie grozi.
Czarny mężczyzna spokojnym krokiem podszedł do drzwi sklepu, delikatnie otworzył je i wszedł do środka. Wszystkie rozmowy momentalnie ucichły.
Rodzina bez żadnego wzruszenia przyglądała się nieznajomemu. Jedyną osobą zachowującą niepokój był Gil, który dygotał jak galareta. Afroamerykanin rzucił chłodne pojedyncze spojrzenie na będącą w wewnątrz grupę. Przeszedł obok Henry'ego oraz Stana i szedł dalej w kierunku kasy. Gina nie spuszczała wzroku z nowo przybyłego; ten nawet na nią nie zerknął. Jego wzrok skupił się na sprzedawcy jakby chciał powiedzieć „piśnij słowo a cię zabiję”. Czarnoskóry stanął obok kobiety i oparł ręce o ladę.
– To co zwykle.
Przestraszony Gil sięgnął po paczkę prezerwatyw umieszczoną na stojaku.
– P..Proszę… – Wyjąkał, kładąc pudełko obok rąk klienta.
Czarnoskóry wziął pudełko i umieścił w kieszeni spodni. Nastała chwila ciszy. Gina dalej wlepiała swoje zielone oczy. Na siłę chciała wymóc obowiązek zapłaty lub przynajmniej przekonać się czy Gil mówił prawdę. Afroamerykanin zrobił krok w tył, jednocześnie szukając czegoś w przeciwnej kieszeni. Wyciągnął kilka dolarów zwiniętych w niewielki rulon i rzucił na ladę.
– Reszty nie trzeba.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi. Gina nie wytrzymała, musiała dodać parę słów od siebie.
– Popatrz Stan na tego pana, oto przykład człowieka nie posiadającego choć cienia przyzwoitości oraz kultury osobistej.
Czarnoskóry przystanął dokładnie obok Henry’ego i jego syna. Zmierzył dokładnie małego, który brał łyk wody z butelki. Z ust malca kapały krople, które wolno spływały po szyi. Niektóre dotarły do koszulki, inne spadły na podłogę sklepu. Mężczyzna zrobił bardziej poważną minę i zaczął mówić nie spuszczając wzroku z chłopca.
– Przyzwoitość, żebyście wiedzieli choć w części, co to słowo oznacza.
– W porównaniu do pana wiem co oznacza.
Afroamerykanin obrócił głowę, kątem oka ślepiąc tym razem na Ginę. Henry wyprostował się i również spoważniał – próbował odegrać twardziela gotowego do ataku. Jego myśli jednak znacząco różniły się od postawy. Najchętniej powstrzymałby żonę i jej niewyparzoną buźkę od wszelakich komentarzy. Jedyne co chciał to wsiąść do auta i ruszyć w drogę by w końcu dojechać do tego pieprzonego Connectville.
– Jesteście tutaj gośćmi więc radzę się zachowywać.
– Stacja nie jest pańska jak również droga, przy której ona stoi.
Nieznajomy tym razem uszedł kawałek dalej i staną przed drzwiami.
– Nawet pani nie wie jak bardzo się myli.
Mężczyzna gwałtownie uderzył w drzwi i wyszedł na zewnątrz. Gil podskoczył z wrażenia. Małżeństwo oraz sklepikarz odprowadzili czarnoskórego wzrokiem do samego auta. Nie rozpoczęli rozmowy dopóki ten nie wsiadł do swojego pickupa. Samochód ruszył zostawiając po sobie czarny ślad odbitego bieżnika.
– Co za bezczelny typ.
– Gil mówił, on tak zawsze. Dobrze, że byliście ze mną. Dzięki wam Gil zarobił.
– Naprawdę nie miałam pojęcia, że mieszkańcy Connectville są tacy niemili. Może to wyjątek, jakaś czarna owca.
– Oni tak zawsze. Dziękuję za pomoc.
– Gina musimy już jechać.
– Zaraz Henry. Gil musisz być bardziej stanowczy i nie bać się ich. Tylko w ten sposób nie dasz sobie wejść na głowę.
– Gil spróbuję.
Gina chciała jakoś pomóc sprzedawcy lub przynajmniej rozweselić. Henry parokrotnie wypowiedział imię żony próbując skłonić do wyjścia.
– Już jedziemy Henry a ty trzymaj się Gil.
Właściciel skiną głową. Rodzina wyszła na zewnątrz i wsiadła do forda. Gina nadal nie mogła zrozumieć jak ludzie mogą być tacy podli.
– W książce mieszkańcy są jacyś inni.
– To znaczy?
– Bardziej uprzejmi, nastawieni przyjaźnie do obcych.
– Wyjątek potwierdza regułę.
– Może, ruszajmy.
Douglas wcisnął pedał gazu. Samochód wjechał na dwupasmową drogę. Henry na ułamek sekundy dostrzegł auto czarnoskórego mężczyzny znikające za linią horyzontu. Auto pędziło w tym samym kierunku co on.
Atmosfera w fordzie była spokojna. Wszyscy pasażerowie grzecznie siedzieli wpatrzeni w górskie krajobrazy. Henry położył rękę na włączniku radia lecz szybko zaniechał swojego zamiaru. Przypomniał sobie, że w tej okolicy zasięg był fatalny. Bardzo żałował, że nie zapytał sprzedawcy o przyczynę dziwnych zakłóceń.
Samochód ujechał kawałek dalej. Zielone pagórki zamieniły się w pole. Złote kłosy zboża bujały w rytm świszczącego wiatru. Droga była pusta, nikt nie przejeżdżał ani w jedną ani w drugą stronę. Henry poczuł się jakby wjechał do innego świata, rzadko zdarzało mu się oglądać tak piękny widok. Siedzący na tylnym siedzeniu Stan zasnął z głową przyklejoną do szyby. Gina uważnie wypatrywała budynków Connectville.
– Przejechaliśmy już dwa kilometry. Mogliśmy skręcić w prawo. Ta droga zaprowadzi nas do nikąd.
– Przecież ten Afroamerykanin ze stacji musi gdzieś mieszkać. Słyszałeś co mówił Gil.
– Tak, ale im dłużej poznaję miejscowych tym mam większą ochotę zawrócić.
– Będzie dobrze, patrz.
Gina pokazała palcem na linię łączącą niebo z Ziemią. Z daleka wyłaniały się drewniane domostwa. Henry przyspieszył. Prędkościomierz pokazywał sto trzydzieści km/h. Żona Douglasa wyciągnęła malutkie lusterko z torebki i nakierowała je na twarz. Kobieta delikatnie przyczesała długie czarne włosy i pomalowała usta. Po skończonej czynności krzyknęła parę razy do syna, próbując go obudzić. Chłopiec ocknął się i niewyraźnym wzrokiem spojrzał na przednią szybę. Już dojeżdżali. Domy pomalowane na biało ciągnęły się po jednej stronie ulicy, przeciwną zdobiło wielkie pole, które nie miało końca. Przynajmniej żaden z członków rodziny go nie dostrzegał. Przed jednym z domów na zielonym trawniku bawił się dzieciak, który kopał piłkę do koszykówki, skacząc wokół niej jak rasowy napastnik. Kiedy zobaczył nadjeżdżający samochód stanął na baczność.
Henry podjechał bliżej a Gina opuściła szybę.
– Witam, przybiliśmy z Detroit. Jak rozumiem jesteśmy w Connectville. Chcielibyśmy się gdzieś zatrzymać, ponoć macie tutaj hotel i parking dla samochodów.
Mały milczał. Gina zrobiła głęboki i szczery uśmiech. Chłopiec nie zareagował. Żona Douglasa nie dawała za wygraną, wyciągnęła ze schowka paczkę chipsów o smaku papryki. Próbowała podarować ją małemu lecz jego ręce swobodnie zwisały wzdłuż ciała.
– Weź to dla ciebie.
Znowu nic.
Chłopiec przełknął ślinę, zrobił to wyczekując moment gdy nikt nie patrzył. Wtedy właśnie Gina odkładała paczkę z powrotem do schowka a Henry patrzył przed siebie. Jedynie Stan wyczuł dzieciaka. Istniało duże prawdopodobieństwo, że byli rocznikowo równi chociaż czarne dziecko było o jakieś pół głowy niższe.
– Możesz mi powiedzieć gdzie znajdę parking? – spytała Gina nieco rozdrażnionym tonem.
Afroamerykanin wskazał palcem na skrzyżowanie.
Przy skrzyżowaniu dokładnie pod kątem prostym złożonym z dwóch ulic stał niewielki drewniany budynek z miejscem parkingowym na pięć aut. Kobieta zrobiła zdezorientowaną minę, nie spodziewała się czegoś takiego. Książka wyraźnie przedstawiała wielki parking z setką pojazdów i profesjonalną ochroną. Mimo wszystko podziękowała za udzieloną informację. Henry wcisnął pedał gazu i przejechał około ćwierć kilometra. Na skrzyżowaniu skręcił w prawo i wjechał na wjazd prowadzący do baru. Spokojnie zaparkował na jednym z miejsc parkingowych – o dziwo wszystkie pozostawały wolne.
Rodzina wysiadła z forda.
Mały Stan podbiegł do szklanych drzwi i spojrzał przez nie. W środku budynku siedziało kilku mężczyzn. Chłopiec pchnął drzwi, które bez trudu otwarły się na oścież. Grupka siedzących wewnątrz osób odwróciła głowy w jego kierunku. Stan wbiegł do środka. Gina chciała zatrzymać chłopca lecz było już za późno. Zdenerwowana matka ruszyła za synem, to samo uczynił ojciec.
Pomieszczenie wyglądało całkiem normalnie, oprócz ludzi znajdujących się w środku. Dwóch mężczyzn siedziało przy barze, jeszcze inna dwójka przy okrągłym stole w kącie. Wszyscy mieli czarną skórę i ubrani byli w odświętne stroje. Można powiedzieć, że ubrani byli tak samo jak człowiek, którego poznali na stacji benzynowej. Henry miał wrażenie, że patrzy na grupkę klonów różniących się drobnymi szczegółami twarzy.
Barman stojący za ladą wyprostował się i strzepnął biały ręcznik. Uniósł głowę wysoko i jedną ręką wsunął kufel pod ladę. Gina podeszła bliżej i niepewnym tonem zapytała:
– Czy wiecie gdzie tutaj jest jakiś hotel?
– Jesteście w najlepszym hotelu w mieście. Do góry mam parę wolnych pokoi – odpowiedział siwiejący barman, wycierając kolejny kufel.
Blat, na którym kobieta oparła ręce szybo rzucił jej się w oczy; był on cały odrapany jakby ktoś nie wymieniał go od pięćdziesięciu lat. Jego połysk dawno zniknął zabierając ze sobą farbę. Żona Douglasa wyczuła chropowatą powierzchnię pod palcami.
– W książce jest napisane, że znajduje się tutaj trzygwiazdkowy hotel i wielki parking.
Grupka czarnoskórych mężczyzn siedząca przy stole zaczęła gwałtownie się śmiać. Henry zmierzył ich, próbując doszukać się jakiegoś ukrytego podtekstu w słowach żony. Niestety nie znalazł nic co mogło wywołać salwę radości.
– Mam wrażenie, że mówisz o zupełnie innym miejscu. W naszym miasteczku nie ma żadnego dużego parkingu, ani hotelu. Jeśli chcecie zostać na noc możecie zatrzymać się tutaj, do góry mam dwa wolne pokoje.
Gina zmarszczyła czoło jakby barman mówił do niej w obcym języku. Po raz pierwszy postanowiła rozejrzeć się po pomieszczeniu. Miała ogromną nadzieję, że doszuka się choć jednej osoby innej niż wszystkie. W duchu modliła się o jednego zawszonego turystę, który również przyjechał zwiedzić miasto, a teraz siedzi gdzieś w kącie przykryty cieniem. Objęła wzrokiem całe pomieszczenie lecz nikogo szczególnego nie znalazła, no może oprócz mężczyzn, ubierających się identycznie i posiadających jednakowy kolor skóry.
–Czy to miasteczko Connectville?
Tym razem grupa mężczyzn przy barze wybuchła śmiechem. Douglas poczuł się głupio i stanął obok drzwi jakby chciał zaraz wyjść na zewnątrz. Twarz barmana przybrała szydercze rysy.
– A czy w pani książce Connectville przypomina choć trochę to miasteczko.
Gina pobladła. Po raz pierwszy od dawna poczuła lęk.
Stan podszedł do stolika, przy którym siedziała dwójka mężczyzn. Na okrągłym stole leżały dwa głębokie kieliszki do wina. Szkło zawierało dziwną, szarą breją. Na dnie kieliszków chłopiec wyraźnie dostrzegł grudki piasku. Jeden z mężczyzn podniósł swój kieliszek i zrobił łyk substancji. Później uśmiechnął się pokazując poczerniałe zęby. Mały przełknął ślinę. Nieznajomy oblizał językiem szary osad z przednich jedynek. Chłopiec poczuł silniejsze bicie serca. Kobieta dostrzegła całe zdarzenie.
– Stan wracaj do ojca.
Mały jak nakręcony podbiegł do Henry’ego i stanął za nim, ten objął go ramieniem.
Wielkie wyładowanie elektryczne rozcięło pobliską chmurę. Huk był tak głośny jakby samolot obcych wojsk zrzucił z nieba rakietę mającą zniszczyć całe miasteczko.
– Musimy już jechać. Do widzenia – powiedziała Gina odwracając się na pięcie.
– Nie wyjedziecie stąd.
Żona Douglasa nie zdążyła zrobić kroku w kierunku czekającej rodziny.
– Wy nam grozicie? – rzekł głośno Douglas a wszystkie szmery natychmiast ucichły.
Barman pokiwał głową ukazując swoje zniesmaczenie i pokazał ręką na szybę. Olbrzymie krople deszczu zaczęły powoli spadać na Ziemię.
– Chcecie czy nie musicie się tutaj zatrzymać, deszcz nie pozwoli wam jechać.
– Deszcz nie jest nam straszny, mamy dobry samochód.
– Nie przejedziecie przez las dopóki pada. Mokra gleba natychmiast zamieni się w bagno. Prędzej czy później ugrzęźniecie zakopani pod warstwą błota. Lepiej przeczekajcie tutaj.
Gina oraz Henry poczuli zakłopotanie. Nie wiedzieli czy mogą zaufać nieznajomemu. Małżeństwo spojrzało na siebie próbując wymienić myśli i samym wzrokiem wypracować porozumienie. Żona Douglasa kiwnęła dwa razy powiekami.
– Dobrze, zostaniemy tutaj na czas deszczu.
W kącikach ust barmana zagościł uśmiech. Właściciel poszperał w kieszeni i wyciągnął podłużny metalowy klucz. Pomachał nim przed oczami Giny.
– Zaraz pokarzę wam pokoje. Chodźcie za mną.
Barman opuścił swoje stanowisko pracy i stanął przy długich schodach znajdujących się tuż obok baru. Machnął ręką dając znak rodzinie aby poszła za nim. Właściciel uszedł niecałe dwa stopnie kiedy do pomieszczenia weszła gruba Murzynka, na oko miała około czterdzieści lat. Mężczyźni przy okrągłym stole skinęli głowami na jej widok. Kobieta podeszła do baru i krzyknęła w stronę właściciela.
– Gdzie ich prowadzisz?
– Na górę, zatrzymają się tutaj.
– Nie będziemy tak traktować gości. Zatrzymają się u nas.
Rodzina poczuła zdezorientowanie. Gina nie wiedziała czy lepiej jest przeczekać w obskurnym pokoju czy też w jakimś nieznanym domu.
– Nie chcemy robić kłopotu. Przeczekamy ten deszcz i ruszamy w drogę.
– Przecież to żaden kłopot. Po deszczu i tak trzeba poczekać dobrą dobę zanim gleba ponownie się utwardzi. A co to za mały młodzieniec? Zapewne jesteś w wieku mojego Jacoba, jest równie uroczy jak ty. Poznacie się.
– Mamo idziemy do tej pani?
Zmieszana Gina wciągnęła powietrze i powoli wypuściła.
– Chyba nie mamy wyjścia.
– Załatwione. Zapraszam do siebie. Mieszkam tuż za rogiem. No chodźcie, chodźcie.
Grupa ruszyła do drzwi wyjściowych w korowodzie prowadzonym przez sympatyczną Murzynkę. Na zewnątrz deszcz z jeszcze większą intensywnością padał na każdy obiekt. Kobieta wskazała na samochód.
– Pojazd może tutaj stać, kradzieże są u nas niespotykane.
Grupa uszła kawałek dalej do samego skrzyżowania. Wszyscy przebiegli je mimo opustoszałej ulicy. Na chodnikach oprócz powstałych kałuż nie było żywej duszy.
Familia udała się w kierunku przeciwnym, do którego przyjechała. Czarnoskóra kobieta zwiększyła tempo robiąc wielkie korki nad powstałymi kałużami.
– Musimy przyspieszyć, inaczej doszczętnie zmokniemy. Właściwie nie przedstawiłam się, jestem Iris, nadzoruję tutaj lokalne uroczystości. Pełnię również funkcję zastępcy burmistrza.
– Gina a to mój mąż Henry i syn Stan – powiedziała Gina, narażając się na połknięcie kilkudziesięciu kropel.
Na nieszczęście deszcz padał w ich stronę powodując znaczne ograniczenie widoczności, dlatego wszyscy szybko zamykali i otwierali oczy by nie zgubić się w nieznanym środowisku.
Stare drewniane domy rozciągały się po obu stronach ulicy – każde domostwo wyglądało odrobinę inaczej. Niektóre domy były całkowicie odrapane z powybijanymi szybami jakby kompletnie nikt w nich nie mieszkał, jeszcze inne były świeżo odmalowane lecz w ich dachach brakowało dachówek. Przed jednym z domów Henry dostrzegł masę zardzewiałego złomu, który zagracał wytartą trawę. Zwolnił na chwilę by się lepiej przyjrzeć. Sam za młodu sprzedawał najróżniejsze metalowe starocie by zarobić na kolejne numery Amazing Spider–mana.
Mężczyzna przystanął a Iris szybko wychwyciła moment jego nieposłuszeństwa.
– Chodźcie, bo się zgubicie! – krzyknęła niskim głosem.
Douglas ruszył, chociaż dalej nie spuszczał wzroku ze złomowanych elementów.
Grupa przeszła przez czerwony most, pod którym płynęła woda.
– Jeszcze chwila i dotrzemy na miejsce.
Po przejściu przez most wszyscy uszli niecałe czterysta metrów mijając kolejne budynki. Iris pokazała ręką na dom pomalowany na biało. Budynek jako jeden z nielicznych obiektów był w dobrym stanie i nie zawierał żadnych ubytków. Wokół działki rozciągał się płot z białymi szczeblami.
Afroamerykanka otworzyła furtkę i puściła gości przodem. Rodzina przeszła przez podwórko, później weszła po trzech schodkach prowadzących na altanę. Iris obiegła grupę i powtórzyła gest, tym razem otwierając drzwi wejściowe.
Rodzina weszła do środka.
Oczom familii ukazał się czerwony dywan ciągnący się przez korytarz. Po lewej stronie znajdowało się szerokie wejście do kuchni. Gina z ciekowości zerknęła do pomieszczenia. W pierwszej chwili dostrzegła czarny piec, który podgrzewał wielki emaliowany garnek. Piecyk wyłożony został czerwonymi kaflami, noszącymi profile mężczyzn oraz kobiet z wykrzywionymi twarzami – postacie przypominały męczenników cierpiących agonie.
– Rozgośćcie się, mój dom jest waszym domem. Zaraz podam obiad.
– Naprawdę nie potrzeba.
– Ależ potrzeba, potrzeba. Zdejmijcie te przemoczone ubrania. Zaraz przyniosę wam coś na zmianę. Na razie usiądźcie w salonie.
Henry ruszył do pomieszczenia znajdującego się na wprost kuchni. Mały Stan pomaszerował za ojcem i tak samo jak on usiadł na białej kanapie obitej garbowaną skórą. Mężczyzna zawołał Ginę, która nie mogła oderwać wzroku od starego pieca.
Douglas jak nakręcony ruszał głową w każdą stronę oglądając dokładnie salon. Wnętrze wyglądało na nowoczesne, lecz zrobione ze starych materiałów pochodzących z innej epoki. Ku zdziwieniu Henry’ego na suficie wisiał żeliwny żyrandol, przyozdobiony lśniącymi kryształami zwisającymi z jego ramy. Najdziwniejsze było w nim to, że zamiast standardowych żarówek posiadał maleńkie świeczki, już do połowy wypalone.
Gina weszła do środka i usiadła na fotelu pasującym stylistycznie do kanapy. Przybliżyła się do męża i zaczęła szeptać.
– Wiesz, że w kuchni nie ma zwykłych żarówek tylko świeczki.
– Popatrz lepiej w górę.
Żona Douglasa podniosła głowę i otworzyła buzię pod wpływem zdziwienia; w życiu nie widziała, tak bogatego klosza. W pierwszej chwili pomyślała, że diamenty są z jakiegoś tworzywa sztucznego. Chciała nawet dotknąć któregoś z nich lecz bała się, że właścicielka domu może uznać to za kradzież.
Iris przygotowująca obiad nie zwracała uwagi na poczynania gości. Murzynka czuła się bardzo swobodnie dlatego pod nosem nuciła fragment nikomu nie znanej piosenki.
Salon przypominał wielkie koło ucięte z jednej strony – pierwsza połowa ścięcia stanowiła przejście na korytarz a druga połowa wyznaczała miejsce na kanapę. Pośrodku stała ława, której powierzchnia została zbudowana ze szkła a nogi oraz rama z drewna. Na ścianie nad kanapą wisiało zdjęcie przedstawiające grupkę pięciu Afroamerykanów elegancko ubranych i pozujących przed polem kukurydzy. Po przeciwległej stronie pomieszczenia pomiędzy wielkimi oknami wisiał portret poważnego mężczyzny trzymającego na krzyż laskę oraz bicz. Jego wzrok patrzył na gości w pokoju niezależnie od tego gdzie siedzieli.
– Boję się mamo tego pana.
– Ten rysunek, jest sztuczny.
Henry przytulił małego a sam skrzywił głowę. Starał się nie patrzeć na zmyślnie namalowany portret. Gina zaczesała włosy, z których nadal sączyły się krople deszczu.
Iris zawołała syna; właściwie krzyknęła by przyniósł spódnicę oraz damską koszulkę. Gospodyni chciała również pożyczyć ubranie Henry’emu ale ten odmówił noszenia cudzych rzeczy.
Rodzina siedząca w pokoju usłyszała powolny stukot. Dźwięk był równomierny a jego źródło zbliżało się w wolnym tempie. Douglas wyobraził sobie mechanicznego robota kroczącego w ich stronę. Zaśmiał się, odtwarzając w myślach postać RoboCopa oglądanego w dzieciństwie. Zawsze po emisji serialu naśladował ruchy tytułowego bohatera i bawił się z kolegami odgrywając kolejne scenki. Teraz wie co czuła jego matka kiedy godzinami chodził jakby w kończyny włożono mu kije od szczotek. Gina siedząca bokiem do drzwi pierwsza ujrzała syna Iris; wyłonił się on z cienia niosąc obiecane rzeczy. Kobieta przełknęła ślinę na widok chłopca w wieku Stana. Mały był czarny, co właściwie jej nie zdziwiło. Miał krótkie włosy a ubrany był w białą podkoszulkę oraz krótkie szorty. Największą uwagę a zarazem przerażenie budziły jego ślepia - nieposiadające wyrazu.
Douglas obrócił głowę, po plecach przeszły mu ciarki. W życiu nie spodziewał się takiego widoku. Syn Iris nie miał tęczówek. Jego oczy były białe i posiadały jedynie blade okręgi w środku. Chłopiec stanął obok fotela dokładnie na wyciągnięcie ręki, a Gina wzięła od niego ubrania. Zszokowana, ledwie zdążyła wydusić piskliwe „dziękuję”.
– Tato czy on nie widzi?
Henry zatkał usta Stana i przycisnął go do swojego ciała. Było mu głupio odpowiadać na takie pytania. Chwilową ciszę przerwał nowy przybyły głos.
– Tak, od urodzenia.
– Bardzo mi przykro. Uroczy z ciebie chłopiec – próbowała załagodzić krępującą sytuację Gina. Nie wiedziała czy ma wpatrywać się w oczy chłopca, czy też starać się nie patrzeć.
– Proszę, nie prawić mi komplementów. Przez moją ślepotę jestem czystym świadectwem istnienia Boga.
Mały Stan ugryzł ojca w palec stąd ucisk zelżał.
– Jak to?
– To Bóg uczynił mnie ślepym. Ukazał swoją obecność nie czyniąc mnie takim jak wy. Dał mi znakomity słuch, dzięki temu słyszę znacznie lepiej.
Iris weszła do pokoju, niosąc wielki dzban, z którego ulatywała gęsta para.
– Poznaliście już Jacoba. Podobny jest do męża prawda?
– Ta… tak – odpowiedziała niepewnym tonem Gina.
– Rozgośćcie się, zaraz podam resztę. Jack pomożesz mi.
– Dobrze mamo.
Iris z synem udała się do kuchni. Spięty Henry próbował jakoś rozłożyć się na kanapie. Jego żona wstała i zdjęła przemoczone ubranie. Douglas spojrzał na ponętne kształty partnerki. Kobieta założyła białą damską koszulkę z cekinami przy kołnierzu oraz rękawach. To samo uczyniła z czarną spódnicą, która fasonem nie odbiegała od reszty stroju.
– I jak wyglądam?
– Jak wszyscy tutaj.
– Szczerze czuję się dziwnie w tym ubraniu – wyszeptała patrząc w stronę korytarza.
– Ja czuję się dziwnie w tym miejscu – dodał Henry rozglądając się po pomieszczeniu.
– Cicho, mów ciszej.
– Musimy przeczekać ten deszcz i od razu się stąd wynosić. Chyba lepiej czekać przed lasem aż gleba stwardnieje niż tutaj.
– Masz rację, ale jest za późno.
– Na co za późno? – zapytała Iris wchodząc do pokoju.
Gospodyni niosła ze sobą stos płaskich oraz głębokich talerzy. Za nią równym krokiem wszedł Jacob trzymając w ręku srebrną tackę z pieczonym mięsem.
– Za późno na… powrót. Tak ciepło nas przyjęliście. Nieczęsto zdarza się taka gościnność.
Iris uśmiechnęła się i rozłożyła talerze.
– Zaraz przyniosę pieczone ziemniaki oraz surówkę prosto z naszego ogródka. Lepszych nigdzie nie znajdziecie.
Gospodyni wyszła. W powietrzu zaczął unosić się bardzo przyjemny zapach. Douglas przybliżył głowę do tacki z mięsem. Pachniało ono wyśmienicie, nigdy wcześniej nie czuł tak intensywnego aromatu.
– Musisz wziąć przepis Gina.
Żona uśmiechnęła się w stronę męża. Sama była zaszokowana zapachem jaki może wydobywać się z pieczeni. Jacob usiadł na kanapie obok Stana. Ten od razu przysunął cztery litery jeszcze bliżej ojca. Iris kolejny raz weszła tym razem niosąc półmisek z ziemniakami oraz surówką.
– To wszystko tak smacznie wygląda. Jesteś świetną kucharką Iris.
– Ty też Gina, nie bądź taka skromna. Twoi chłopcy wyglądają na silnych i zdrowych.
Gospodyni usiadła na fotelu znajdującym się na wprost fotela Giny, złożyła ręce i spuściła głowę.
– Czas na krótką modlitwę: Panie dziękujemy Ci za te dary, którymi nas obdarzasz. Dziękujemy ci za miłość, szczęście oraz radość, którą przynosisz każdego poranka. Pobłogosław to jedzenie oraz ludzi, którzy będą je spożywać. Czuwaj abyśmy mieli go pod dostatkiem. Amen.
Rodzina Douglasa powtórzyła niepewnym głosem: Amen, a Iris uczyniła znak krzyża.
– Śmiało, bierzcie. To wszystko dla was.
Gospodyni wzięła wielką chochlę i rozlała nią zupę do głębokich talerzy. Zupa była bardzo gęsta, przypominała rosół z dodatkiem czegoś bardzo niezwykłego. Zabarwiona ciecz została zmieszana z bardzo grubym makaronem – długie nitki wyglądały na własnoręczną robotę. W zupie pływały pokaźne kawałki mięsa; większość z nich znalazła się na talerzach gości oraz domowników. Proporcjonalnie najmniejszą zawartość talerzy stanowiła woda. Znajdowało się jej odrobinę, zaledwie na cztery pełne łyżki stołowe. Kto chciał mógłby z pewnością najeść się jednym pełnym talerzem zupy bez drugiego dania.
Goście rozpoczęli posiłek.
Henry z wielkim apetytem połykał zupę. Gina wolniej sączyła każdą kroplę. Para była bardzo głodna, był to ich pierwszy posiłek od czasów wyjazdu. Jedyną osobą, która nie tknęła zawartości talerza był Stan. Mały chłopiec pod względem jedzenia był bardzo wybredny. Jacob mimo swojej wady wzroku doskonale trafiał łyżką do ust; sztuciec w lewej dłoni traktował jako przedłużenie ręki, którą mógł brodzić we wnętrzu talerza. Iris w ogóle nie jadła, za to z wielką radością przyglądała się jedzącym gościom. Zniecierpliwiona czekała aż któryś skończy by nalać dokładkę lub zabrać część zastawy do zmywania.
– Częstujcie się, macie to wszystko zjeść inaczej nie wyjdziecie stąd. Ja zaraz przyniosę deser. – Po tych słowach roześmiana wyszła z salonu.
– Jestem już najedzona.
– Ja też Gina, ale skosztuję drugiego dania – powiedział Henry przełykając niedostatecznie pogryziony kawałek.
Jacob wstał i widelcem dotknął misek leżących na stole. Każda wydała inny charakterystyczny dźwięk podobny do gamy granej na cymbałach. W ten sposób chłopiec rozpoznał zawartość mis, unikając niepotrzebnego grzebania widelcem w potrawach. Henry i Gina pozostali w szoku, lecz potraktowali to jak wyuczony nawyk. Jacob pierwszy nałożył dwa ziemniaki oraz wielki kawał dobrze upieczonego mięsa. Po dokonaniu czynności usiadł na miejsce.
– Proszę, częstujcie się.
Gina kiwnęła głową. Kobieta nałożyła sobie trzy wielkie pieczone ziemniaki, posypane drobno pokrojonym koperkiem. Później dołożyła porcję surówki, w której dostrzegła pokrojonego ogórka, marchewkę oraz sałatę. Za nią uczynił to samo Henry obsługując syna – dla siebie oraz Stana nałożył identyczny zestaw. Przyszła kolej na mięso. Biała taca wypełniona po brzegi wyglądała bardzo smacznie. Na powierzchni znajdował się wielki podłużny kawał pieczeni a po bokach leżały małe, zmielone pulpety. Całość została polana sosem pieczarkowym, spływającym po ściankach „atrakcji dnia”. Gina wzięła dwa pulpety a Henry odkroił dwa porządne kawałki pieczeni.
Uczta rozpoczęła się na dobre.
Stan podusił ziemniaki by później zmieszać je z surówką. Chętnie dodałby jeszcze mięso lecz miało ono zbyt dużą objętość. Chłopiec z ochotą brał gęstą breję do ust. Każdy kęs popychał kawałkiem pieczeni, którą wcześniej pokroił. Gina zajadała ze smakiem pulpeta. Kobieta jeszcze nigdy nie jadła czegoś tak dobrego, mimo, iż jej kuchnię zachwalali wszyscy sąsiedzi. Porzuciła nawet jedzenie ziemniaków i surówki na rzecz większej ilości mielonki. Douglas w mgnieniu oka zjadł wszystko i od razu nałożył sobie dokładkę w postaci dwóch wielkich płatów. Jacob zjadł jedną porcję a po skończonym posiłku oparł plecy o sofę i wsłuchiwał się w odgłosy konsumpcji gości.
– Ty nic nie jesz? – powiedziała Gina.
– Już się najadłem, muszę mieć jeszcze miejsce na deser.
Henry poczuł, że natknął się na drobną kostkę w przeżuwanym kawałku. Mężczyzna mocniej zacisnął szczękę aż w końcu roztrzaskał ósemkami niepożądany fragment. Przez chwilę miał wrażenie, że jeden z jego tylnich zębów się ukruszył jednak smak pieczeni zrekompensował mu wszystkie drobnostki. Douglas nadział na widelec kolejny fragment i popchnął nim poprzedni – jego układ trawienny nie dawał już rady samoczynnie trawić.
– Macie coś do popicia?
– Mamo przynieś sok dla gości! – krzyknął Jacob.
Iris już po chwili weszła do salonu niosąc tacę z przezroczystym dzbankiem. W środku szkła znajdowała się purpurowa ciecz. Obok dzbanka stało pięć kubków z ręcznie malowanymi motywami. Zdobienia przedstawiały obrazy z życia miasteczka. Gina otrzymała kubek przedstawiający budowę kościoła. Malutkie postacie kopały w ziemi przewalając grudy brunatnego pisaku. Henry dostał kubek obrazujący pracę na polu kukurydzy. Mały Stan otrzymał kubek przedstawiający białego, ukrzyżowanego mężczyznę. Chłopiec przestraszył się na sam widok, z tego powodu przerwał posiłek. Douglas dostrzegł strach syna dlatego zamienił kubki i obrócił na niezamalowaną stronę. Iris rozstawiła pozostałe naczynia i do każdego wlała czerwonej substancji.
– Co to takiego Iris?
– Nasza specjalność, mówimy na to krwisty soczek.
– Zapachem przypomina marchew.
– Jest z marchwi, ręcznie wyciskanej.
Gina wzięła łyk. Sok był znacznie bardziej gęsty niż te kupowane w sklepie; smakował również inaczej, i z pewnością nie zawierał żadnych substancji słodzących. Henry uczynił to samo co żona. Smakując substancji przypomniał sobie młode lata spędzane u babci na wsi. Ona również robiła podobny sok, w stu procentach z naturalnych, ręcznie wyciskanych owoców.
– Mały spróbuj.
Douglas podał wypełnioną szklankę. Chłopiec wziął szkło i powoli przybliżył do ust. Delikatnie stuknął zębami o brzeg – parę kropel cieczy wpadło mu do buzi. Stanley skrzywił się jakby zjadł szpinak.
– Nigdy nie piłeś czegoś podobnego.
– Tato, możesz wypić resztę za mnie.
– Skosztuj jeszcze trochę, to naturalny sok. W sklepie takiego nie dostaniesz.
Mały uczynił kolejną próbę, tym razem wziął porządnego łyka. Jego usta rozpłynęły się na dwie przeciwne strony a policzki naprężyły pod wpływem grymasu. Odrzucił szklankę. Parę kropel spadło na podłogę zostawiając krwisty ślad na błyszczących płytkach. Po raz pierwszy wyraz twarzy Iris całkowicie się zmienił. Z miłego uśmiechu, przerodził się w dominującą pogardę. Jej pogodne brązowe oczy nabrały bezlitosnej pewności siebie.
Gospodyni zmierzyła chłopca drapiąc się nerwowo po czole. Wyglądała jakby miała za chwilę rzucić się w kierunku malca, wbijając swoje długie paznokcie.
Stan oddał szklankę ojcu a ten wypił jednym haustem resztę jej zawartości. Henry widział, że gospodyni jakoś dziwnie ślepi w jego stronę.
– Wszystko dobrze Iris?
– Twój syn jest marnotrawcą. Marnuje sok, zobacz ile narozlewał.
Po tych słowach Gina włączyła się do rozmowy.
– Jeśli chcesz posprzątam te parę kropel.
– To nic nie da, zmarnowanego posiłku nikt nam nie zwróci. Idę po deser, nie mogę patrzeć na wasze dziecko.
– Idź ochłonąć mamo – przywtórzył Jacob, powoli sącząc krwisty soczek.
– Co ją ugryzło?
– Mama nie toleruje marnotrawienia jedzenia. Dla nas każdy, nawet najmniejszy okruch jest świętością.
– Ale to było tylko parę kropel, nic wielkiego.
– Może dla was. Człowiek posiada około siedemdziesiąt procent wody w organizmie. Tracąc kolejne krople traci własne życie, a to przybliża go do nieuniknionej śmierci. Pomyślcie chociaż przez chwilę, ile osób jest spragnionych. Ile osób pije brudną, zanieczyszczoną wodę, przy okazji traktując ją jak największy skarb.
– Masz rację, ale wody jest u nas dostatek.
– Teraz tak mówicie, a woda jest na wyczerpaniu. Ludzie trzeciego świata chodzą po kilka godzin aby napić się najgorszego świństwa, którego wy nawet byście nie powąchali.
Goście ucichli. Jacob ruszał głową w ich stronę jakby chciał dokładnie przyjrzeć się ich zdominowanym twarzą. Oni czuli jego wzrok, czuli narastającą niepewność napędzaną niezręczną ciszą. Po paru sekundach spokoju Henry postanowił przerwać milczenie i odrobinę rozluźnić napiętą atmosferę.
– Przecież żyjemy w Ameryce, czy kiedyś tutaj czegoś brakowało?
Wzrok czarnoskórego dziecka wylądował na jego twarzy. Jednolite gałki oczne patrzyły bez żadnego mrugnięcia powiekami. Douglas poczuł suchość w gardle – niezręczna cisza zamiast zmaleć natychmiast wzrosła.
– U białych zawsze brakowało tolerancji – wypowiedział ochryple Jacob.
Iris wniosła kryształowa wazę wypełnioną galaretką. Jej spód ozdobiony został bardzo gęstą śmietaną. Rozkładając przezroczyste talerze, skierowała spojrzenie na Stana.
– Wybaczam mu, nie wiedział co czyni. Częstujcie się, oto gwiazda naszego spotkania, najlepszy deser jaki kiedykolwiek jedliście. Porcję rozdzielę tak aby każdy z was otrzymał smakowitą niespodziankę, która została zatopiona w śmietanie.
Gospodyni wielką łychą zaczęła nakładać galaretkę zdezorientowanym gościom. Po skończonej czynności każdy z osobna miał na talerzu dość pokaźną porcję. Henry wbił małą posrebrzaną łyżeczkę w glutowatą substancję. Precyzyjne cięcie odsłoniło ową niespodziankę.
Douglas przybliżył łyżeczkę do buzi i już chciał połknąć nałożony kawałek gdy dostrzegł oko spoglądające z talerza. Gałka oczna prawie w całości została oblepiona śmietaną; jedynie część soczewki pozostała odsłonięta. Mężczyzna gwałtownie puścił łyżeczkę, czuł, że zaraz zwymiotuje. Przez myśl przeleciały mu wszystkie rzeczy, które przed chwilą zjadł.
Gina zbytnio nie wiedziała dlaczego mąż tak się zachowuje dlatego wzięła do ust pierwszy kęs.
– Co się stało Henry? – zapytała Gina przeżuwając kawałek.
– Spójrz – burknął Hery, walcząc z zawartością żołądka.
Żona Douglasa wychyliła się z fotela. Z odległości metra ujrzała oko spoczywające na talerzu. Zrobiło jej się słabo, jej ciało jak kłoda drewna runęło na fotel. Kobieta odwróciła głowę na bok i wypluła pogryzione resztki. Przy okazji zwróciła mielone pulpety oraz pieczone ziemniaki. W tym momencie na posadzce oprócz paru kropel krwistego soczku znajdowały się gęste wymiociny Giny.
– Co wy robicie z moim salonem? Nie umiecie uszanować jedzenia! A już myślałam, że uczycie się na błędach! – krzyczała rozwścieczona Iris.
Henry zaczął zwracać jedzenie, Stan pozostawał niewzruszony. W głębi duszy myślał, że leżące na talerzu oko to zwykła makieta, zrobiona z kolorowej masy kakaowej. Przecież niejednokrotnie oglądał krwiste horrory, a tata zawsze powtarzał, że każda, nawet najmniejsza kropla krwi to jeden z efektów specjalnych i nic na szklanym ekranie nie jest prawdziwe.
Jacob uśmiechał się, lecz nie był to uśmiech szczery, zawierał w sobie olbrzymią ilość ironii oraz piekielnego zadowolenia z koszmarnej sytuacji gości.
– Iris, tylko mi nie mów, że to co widzę jest prawdziwe.
– Gina twoja rodzina to zwykła hołota. Nie umiecie uszanować najlepszej rzeczy jaką jest ludzkie mięso.
– Gdybym wiedziała, nigdy bym nie tknęła tej ohydy.
– Ohydy, ohydy? Nazywasz mięso ohydą? Sama jesteś mięsem, przez większość życia jadłaś mięso i ty śmiesz nazywać je ohydą? Bój się Boga.
W tym momencie Henry skończył wymiotować. Zwracanie dużej ilości pieczeni nie było takie przyjemne jak sama konsumpcją. Każdy rzut wymiocin jaki oddał był gorszy od poprzedniego. Cała zawartość żołądka spoczęła pod jego nogami.
Blada Gina kontynuowała rozmowę z rozwścieczoną gospodynią.
– Nie strasz mnie Bogiem. Kogo ciało jedliśmy? Jakiegoś umarlaka wykopane z cmentarza?
– Nekrofilia to jeden z najgorszych grzechów, nie można ruszać ciała zmarłych.
Ginie znowu zrobiło się niedobrze.
– Kogo…
– Chcesz wiedzieć kogo jedliście?
– Tak.
– Takich jak wy, głupich turystów, którzy poszukują taniej rozrywki. Powinniście siedzieć w swoich miastach i tam spędzać czas a nas zostawić w spokoju.
– Jesteś chora, CHORA! Powinnaś się leczyć. Zaraz zadzwonię na policję.
Gina wyciągnęła mały telefon z różowej torebki. Otworzyła klapkę. Pasek zasięgu na wyświetlaczu pokazywał zero kresek. Kobieta wydusiła numer 112 i przyłożyła urządzenie do ucha – brak sygnału. Wrzuciła telefon do torebki i poderwała się z miejsca.
– Idziemy Henry, szybko.
– Nigdzie nie pójdzie. Zbezcześciliście mięso, zasługujecie na karę.
Iris wyciągnęła wielki nóż wbity w aromatyczną pieczeń. Obeszła Ginę stojącą przy fotelu i stanęła w drzwiach blokując drogę ucieczki. Blady Henry podniósł swoje osłabione ciało i chwycił syna za rękę. Malec poczuł ból z powodu gwałtownego szarpnięcia ojca.
– Zostaw moją żonę i pozwól nam wyjść.
– Jesteście głupi? Z tego miasteczka nie ma odwrotu. Ugościliśmy was, napoiliśmy, zjedliście ostatnią wieczerzę. Musicie się odwdzięczyć.
– Ale w jaki sposób? – wydusiła przerażona Gina, zaciskając zęby przed wzbierającą falą wymiotów.
Iris wybałuszyła oczy i podeszła bliżej przykładając nóż do piersi gościa.
– Zjemy was – wyszeptała.
Gina zaczęła drżeć. Kobieta pochyliła głowę trzymając rękę na ustach. Jej nogi ugięły się a ona sama złożyła wpół. Iris odsunęła się od Giny i dała jej wolną przestrzeń do zrobienia co swoje. Osobiście nie chciała by jakaś panienka z wielkiego miasta zwymiotowała na nią. Żona Douglasa przechyliła głowę odrobinę w bok; kątem oka widziała jak Iris traci czujność wpatrując się w jej męża. Gina wykorzystała moment i z całej siły rzuciła się na gospodynię, popychając ją na korytarz. Ta runęła na ziemię. Upadek był tak gwałtowny oraz głośny, że gospodyni straciła przytomność.
Po chwili Henry ruszył w kierunku żony ciągnąc syna za rękę.
– Mamo, co oni ci zrobili! – wołał Jacob, który ruszył za grupką gości. Niewidomy chłopiec szedł odpowiednio wolniej ale dokładnie wsłuchiwał się w odgłosy ich kroków.
Henry podniósł Ginę, spoczywającą na kolanach.
– Musimy ruszać, deszcz przestał padać.
Mężczyzna podbiegł do drzwi, próbując je otworzyć. Zamknięte.
– Gdzie jest klucz? Gdzie ten parszywy klucz?
Henry spojrzał na Jacoba, badającego nieprzytomną matkę. Z ogromną wściekłością podniósł malca, szarpiąc za koszulę.
– Gdzie jest klucz! MÓW! Gdzie…jest…KLUCZ!
Chłopiec nie rzekł ani słowa. Henry uniósł go wyżej i zaczął nerwowo potrząsać. Załzawiony dzieciak dostał napadu szału i w odwecie próbował ugryźć go w rękę. Na próżno. Jego szczęka odstawała od palców napastnika. Jedyne co udało mu się zrobi
to kopnąć mężczyznę parę razy w okolicach nad kroczem. Wściekły Douglas mocno ścisnął jego ramiona krępując ruchy.
– Gadaj jeśli chcesz by twoja matka przeżyła.
Jacob wił się jak wąż lecz dalej milczał, powoli tracąc siły.
– Henry puść go, to na nic. Spójrz.
Gina wskazała palcem na kieszeń spódnicy gospodyni – wystawało z niej coś pozłacanego. Z ciekawością podeszła do mieniącego kawałka i wyciągnęła go. Był to podłużny klucz do starego zamka. Kobieta szybkim krokiem ruszyła do drzwi i włożyła klucz do dość pokaźnego otworu. Przekręciła przedmiot w prawo, potem jeszcze raz, aż zębatki zamka wydały charakterystyczny dźwięk przeskoku. Żona Douglasa wcisnęła klamkę i mocno szarpnęła. Drzwi stanęły otworem.
Henry rzucił Jacoba na matkę. Chłopiec nie próbował już żadnych sztuczek. Przytulił głowę rodzicielki do swojej piersi i spokojnie patrzył jak grupka gości ucieka.
Gina biegła najszybciej jak się da, wyprzedziła nawet męża o półtora metra. Henry ciągnął za rękę Stana, który nie dawał już rady. Mały chłopiec zaczął podejrzanie kaszleć jakby dostał ataku astmy.
– Tato brakuje mi sił – wykrztusił przez poślinione od flegmy usta.
– Musisz wytrzymać.
Douglas wziął syna na plecy, a mały zacisnął mocno ręce wokół jego szyi.
Po deszczu zostały jedynie rozległe kałuże. Woda stała w całkowitym bezruchu a brak studzienek kanalizacyjnych uniemożliwił jej ujście. Gina starała się omijać pomniejsze kałuże leżące na chodniku lecz w większe zawsze wpadła z całym impetem. Rozchlapane krople osiadały na jej nogach wolno spływając na stopy. Henry miał podobny problem, większość kropel osiadła na nogawkach jego spodni drażniąc kostki. Pogoda nie była rewelacyjna stąd zimny wiatr pogarszał tylko sytuację, przynosząc dodatkowe ochłodzenie.
Po przebiegnięciu kilkuset metrów para złapała lekkiej zadyszki – oboje zaczęli ciężej oddychać gdyż dawno nie doznali takiego wysiłku. Mimo trudu nie zwolnili tempa. Wciąż biegli prostą drogą nie zatrzymując się nawet na krok.
Rodzina przebiegła przez czerwony most pod którym płynęła woda. Metalowa konstrukcja zadrżała pod wpływem szybkich i silnych uderzeń stóp. Ulice oraz chodniki były opustoszałe jakby miasteczko wymarło. Kiedy padał deszcz można było zrozumieć ludzi chcących uniknąć złej pogody, lecz w tym momencie było to na domiar dziwne.
Douglas z daleka dostrzegł postać skrytą za firanką w oknie jednego z domostw. Przybliżając się owa postać zniknęła, a firanka odrobinę zafalowała.
– Widziałaś to Gina? Tam ktoś był.
– Jeśli jest to osoba pokroju ludzi, których spotkaliśmy, to dziękuję.
Biegnąca para z wytęsknieniem wypatrywała skrzyżowania i zaparkowanego auta – na szczęście oczy ich nie zawiodły. Samochód stał przed barem. Gina przebiegła po skosie skrzyżowanie, olewając przepisy drogowe. Henry uczynił to samo. Mężczyzna jednak zatrzymał się na środku jezdni próbując złapać oddech. Chłopiec widząc zły stan ojca zeskoczył na ziemię.
– Tato, dalej dam radę sam iść.
Henry uśmiechnął się do syna. Pogrzebał chwilę w kieszeni i wyciągnął klucze do auta.
– Daj to mamie.
Popchnął chłopca w kierunku baru. Stan wystartował ile sił aby zrealizować misję powierzoną przez ojca.
– Henry nie wygłupiaj się – zawołała z oddali Gina.
Małec dobiegł do matki i podał jej przedmiot.
Żona Douglasa wraz z synem wbiegła na parking obok baru. Kobieta jednym przyciskiem otworzyła centralny zamek auta i usiadła za kierownicą. Mały wskoczył na tylne siedzenia.
– Gina patrz! – zawołał Henry wskazując palcem na drzwi baru.
Z budynku wybiegł właściciel. Jego twarz wyrażała jedno – paniczną wściekłość. Mężczyzna szybkim krokiem podszedł do samochodu i stanął z tyłu uniemożliwiając wyjazd. Gina zablokowała wszystkie drzwi. Właściciel baru zaczął uderzać pięścią w tylną szybę. Żona Douglasa w odwecie wcisnęła klakson próbując odstraszyć napastnika. Douglas kiwnął ręką aby ruszyła w jego stronę. Żona wcisnęła pedał gazu przytrzymując hamulec. Auto gwałtownie zaryło zostawiając czarne ślady. Nie przestraszyło to w żaden sposób właściciela, który jeszcze mocniej uderzał w szybę, tym razem używając barku. Gina ruszyła, taranując zielony szczebelkowy płot otaczający parking. Henry na sam widok przymrużył oczy, starając się nie patrzeć na popis ukochanej. Kiedy samochód ruszył właściciel baru wylądował na ziemi, która z wzajemnością przyjęła jego atak.
Gina jak najlepszy kierowca rajdowy mknęła w stronę męża. Z piskiem opon stanęła obok niego i otworzyła drzwi. Douglas wskoczył na przednie siedzenie pasażera.
– Nareszcie nie musisz prowadzić.
– Gazu Gina abyśmy nigdy więcej nie oglądali tego miejsca.
– Lepiej zapnij pasy.
Żona Douglasa przycisnęła gaz i zrobiła umiejętny obrót wjeżdżając na drogę wyjazdową. W mgnieniu oka rozpędziła auto do stu czterdziestu km/h, nie zważając na żadne przeciwności. Zawieszenie pojazdu ciągle działało na najwyższych obrotach łagodząc nierówną powierzchnię drogi. Rodzina powtórnie minęła jednokolorowe białe domy oraz rozległe złote pola. Douglas nie kazał żonie zwalniać ani na moment, on najbardziej chciał zostawić to miejsce daleko w tyle. Mały Stan co jakiś czas oglądał się czy przypadkiem nikt ich nie śledzi. Na szczęście nikt nie ruszył w pościg.
Gina ujrzała stację benzynową oraz siedzącego przed nią właściciela, zwolniła prędkość.
– Chyba nie chcesz się tutaj zatrzymać.
– Chciałam ostrzec Gila żeby uważał na ludzi w miasteczku.
– Myślę, że to bardzo nierozsądne.
– Muszę.
Auto wjechało na stację i stanęło centralnie obok jej właściciela. Gina uchyliła szybę. Twarz Gila rozpromieniła się, ukazując trójkątne zęby.
– Gil musisz uważać. Oni są groźniejsi niż myślałam. Oni jedzą ludzi, ludzi rozumiesz!
– Gil zna historię, tatuś opowiadał.
– Wiedziałeś o wszystkim i nie zatrzymałeś nas? – zapytała oburzona Gina marszcząc czoło. Na jej twarzy zagościły olbrzymie zmarszczki przypominające o wieku.
Gil odsunął się od auta jakby zaraz miał dostać z pięści. Sprzedawca zasłonił się szybko rękami. Żona Douglasa pokiwała głową w lewo i prawo, nie mogąc zrozumieć zachowania właściciela.
– Jesteś podły, wiesz?
– Gina zostaw go. On nie jest do końca normalny.
– Gil nie jest podły, Gil ostrzegał, mówił, że czarni to źli ludzie.
Sprzedawca zazgrzytał szczęką, jego policzki nabrały czerwonego koloru. Później zamarł w bezruchu nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Jego wzrok nie patrzył na Ginę lecz na horyzont, a właściwie na to co się tam znajduje.
– Gil co ci jest? Gil! GIL!
– Gina spójrz!
Kobieta odwróciła głowę – momentalnie przestała się dziwić zachowaniem Gila ponieważ poczuła dokładnie to samo. Malutka plamka będąca jeszcze bardzo daleko poruszała się w ich stronę. Gina przez kilka sekund odpłynęła jakby świat przestał istnieć. Douglas zachował przytomny umysł i delikatnie potrząsnął ukochaną aby wyszła ze stanu agonii.
– Już.
– Jesteś w stanie prowadzić? Możemy się zamienić.
– Jestem jak najbardziej.
– Zatem ruszaj.
– A co z nim?
Gil dalej stał w bezruchu jak mistrz pantomimy. Gdyby nie jego charakterystyczny zapach ktoś mógłby wziąć go za dobrze zrobioną figurę woskową. Żona Douglasa szturchnęła go raz, bez efektu. Zacisnęła pięść i solidnie uderzyła w jego bark. Mężczyzna ocknął się.
– Musisz uciekać, oni zaraz tu będą.
Gil potrząsał głową na boki jakby nie wiedział gdzie jest.
– Gil słyszysz, musisz uciekać.
– Gil wie, Gil zawsze ucieka.
– Ruszaj Gina, ruszaj. Oni są coraz bliżej.
Gina z piskiem opon wjechała na dwupasmową drogę. Wrogi samochód oddalony był zaledwie o kilometr.
Gil wbiegł do budynku i przyłożył głowę do szyby. Zniecierpliwiony wyczekiwał czerwonego pickupa. Jego myśli jak mantrę powtarzały w kółko dwa słowa „nie skręcaj, nie skręcaj, nie skręcaj”.
Rozpędzony samochód przejechał obok stacji, pędząc za rodziną.
– Mogliśmy się wcale tutaj nie zatrzymywać.
– Musiałam go ostrzec.
– Masz zapłatę za twoje dobre serce, przez które zginiemy. Spójrz jest coraz bliżej.
– Jeśli pojedziemy stałą prędkością z pewnością nas nie dogoni.
– Obyś miała rację.
Auto podskoczyło na wyrwie, Gina zachowała kamienną twarz. Henry co jakiś czas oglądał się za plecy, próbując racjonalnie ocenić sytuację. Nie korzystał z lusterek ponieważ każde lustro zniekształcało kształty. Czasem tracił auto z oczu wmawiając sobie, że wróg zrezygnował z pościgu lub irracjonalnie, zgubił się na prostej drodze.
– A co z lasem Gina? Jeśli mieli rację nie przejedziemy przez niego.
– Potraktowałeś tę bajkę poważnie? Musieli nas jakoś zatrzymać.
Krajobraz uległ diametralnej zmianie. Rozpoczęły się większe i mniejsze, górki oraz pagórki, zwiastujące wjazd do gęstwiny. Żona Douglasa powoli zwalniała zdając sobie sprawę z koszmarnych warunków jazdy jakie za chwilę nadejdą. Auto mijało pierwsze drzewa oddalone od siebie w nierównomiernych odstępach.
– Gina spokojnie, musisz uważać.
Pojazd wjechał na dobre do porośniętego lasu. Droga nie była tak wyboista oraz nierówna jak za pierwszym razem. Stwardniała gleba zmiękła, pozornie wyrównując powierzchnię. Kobieta zwolniła do siedemdziesięciu km/h.
– Widzisz, jest znacznie lepiej. Zaraz opuścimy tę dziurę. Kiedy wjedziemy na główną autostradę będzie po wszystkim.
– Miejmy nadzieję.
Zwisające gałęzie trzaskały rysując dach. Na szczęście wrogiego auta nie było już widać. Para powoli odczuwała ulgę oraz pewnego rodzaju satysfakcję z uniknięcia niebezpieczeństwa. Wjeżdżając na dwupasmową, leśną drogę, ich uśmiechy mówiły same za siebie – wygrali życie. Przecież nikt nie jest w stanie przechytrzyć rodowitych amerykanów zamieszkujących te ziemie od lat.
Gina przyspieszyła, dwupasmowa droga należała do niej. Kobieta wjechała na sam środek, nie spodziewając się żadnego zagrożenia. Chęć powrotu do domu, zawładnęła nią dostatecznie i zaślepiła oczy.
– Może odrobinę zwolnisz. Auto i tak jest do remontu ale każda rysa spowodowane przez te drzewa to dodatkowa szkoda.
– Jesteśmy przecież ubezpieczeni.
– Ale jaki ubezpieczyciel uwierzy w to co się nam przytrafiło.
W tym momencie jakaś siła gwałtownie zahamowała pojazd. Wszyscy pasażerowie polecieli do przodu; gdyby nie pasy wylecieliby przez przednią szybę. Mały Stan uderzył ręką w przednie siedzenie. Ból był tak silny, że mały od razu zaczął płakać. Oszołomiona Gina rozejrzała się na boki. Nie dostrzegła nic specjalnego. Postanowiła jechać dalej. Z całym impetem przydusiła pedał gazu lecz samochód zaledwie ruszył z miejsca. Henry odkręcił szybę i spojrzał na koła. Dwa przednie zakopały się w błotnistej ziemi, a tylne z ledwością wykonywały ruch obrotowy. Auto warczało wydając oznaki bezsilności.
– Musimy wysiąść i popchnąć samochód. Mały będzie kierował to jedyne wyjście.
– Oni mieli rację.
– Kto Henry?
– Oni, dobrze wiesz.
– Nie czas na domysły.
Henry otworzył drzwi i postawił stopę na błotnistej powierzchni – jego noga w jednej chwili zapadła się na głębokość pół metra. Na szczęście druga pozostała w samochodzie a on zaparł się chwytając oparcie fotela oraz drzwi. Z trudem wyciągnął nogę, która była znacznie cięższa niż zwykle, dodatkowo cała brudna. Ciężar błotnistej masy był tak duży, że stracił prawy but. Przerażony oparł głowę o podgłówek i złączył kolana. Jego serce waliło jakby miało za chwilę wyskoczyć przez gardło.
– Jesteś cały?
– Nie wyjdziemy stąd, nie ma szans.
– Przestań to musiał być przypadek, zaraz spróbuję od mojej strony.
Gina otworzyła drzwi i postawiła stopę, jednak nawet najdelikatniejszy ruch pobudzał glebę. Kobieta poczuła jak jej but stopniowo zapada się w gęstej, glinianej masie. Oderwała stopę. Na powierzchni został podłużny ślad.
– Musimy coś wymyślić.
– Zauważyłaś to Gina?
– Co zauważyłam?
– Zapadamy się!
Przód samochodu opadał pod wpływem nadmiernych ruchów pasażerów. Przednie koła w trzech czwartych zostały zatopione w błocie.
– Nie ruszaj się, musimy spowolnić ten proces.
– Tato czy my tu zginiemy?
Douglas nie odpowiedział na pytanie syna. Przekręcił kluczyk i wyłączył auto.
– Bez żadnych gwałtownych ruchów. Drzwi zostawimy otwarte aby przepływ powietrza był jak najlepszy. Nie będę ukrywał, za długo tutaj nie pociągniemy. Jak widać stoimy na jakimś dziwnym bagnie.
– Henry nie mów tego przy dziecku.
– Gina podejrzewam, że to bagno rozciąga się znacznie dalej niż w obrębie tej dwupasmowej drogi. Jest wszędzie, tam gdzie rosną drzewa i krzewy również.
– Znalazłam sposób. Możemy uratować Stana. Musi tylko wspiąć się na dach, a z dachu na zwisające gałęzie.
Henry wybałuszył oczy – jego wzrok spoczął na żonie. Z początku wydawało mu się, że pomysł jest całkowicie idiotyczny. Dopiero po paru sekundach doszło do niego, że jest jedynym sensownym sposobem na uratowanie życia.
– Stan, uchyl szybę do końca, później otwórz drzwi. Musisz wdrapać się po nich na dach.
– Tato nie zostawię was.
– Rób co mówię.
Chłopiec czarnym przyciskiem obniżył do maksimum przezroczystą taflę szkła. Później otworzył drzwi, które zawisły w powietrzu. Malec zacisnął obie ręce na pustym obramowaniu po szybie. Jedną z nóg zaparł o plastikowe wybrzuszenie pełniące funkcje schowka. Drzwi chciały się zamknąć stąd mały uderzył plecami o krawędź dachu.
– Wspinaj się, dasz radę.
Stan otworzył usta i wysunął język. Nie był to wcale obraźliwy gest. W ten sposób jego twarz przedstawiała skupienie wraz z olbrzymim wysiłkiem jaki doznawał. Chłopiec położył lewą i prawą nogę na obramowaniu od szyby, cały czas trzymając ją rękami. Henry oraz Gina ciągle nadzorowali poczynaniami syna; nie odrywali wzroku nawet na moment śledząc jego akrobacje. W tym czasie przód auta zapadł się jeszcze bardziej. Brunatna, błotnista masa zabrała cały zderzak pochłaniając pierwsze fragmenty maski.
– Złap się tych gałęzi.
Chłopiec wyciągnął trzęsącą rękę próbując chwycić porośniętą liśćmi cienką gałąź. Potrzebował jakiejś asekuracji kiedy stanie na dachu. Zewnętrzna powierzchnia samochodu mimo wielu rys była cała mokra, a buty malca nie zostały przystosowane do ciężkich warunków, z uwagi na gładką podeszwę.
Stan zacisnął dłoń i złapał gałąź – trzymał ją, trzymał bardzo mocno. Po chwili pociągnął jakby ciągnął palec olbrzymiego człowieka. Drugą ręką dalej miał zaciśniętą na obramowaniu szyby.
– Jesteś blisko Stan.
Malec spróbował chwycić gałąź obiema rękami, udało mu się. Przyszła pora na najtrudniejszą część zadania. Musiał wspiąć się na dach. Lewą nogę położył na zewnętrznej stronie obramowania okna i stanął w rozkroku.
– Dołóż drugą nogę, tylko uważaj, błagam.
Stan zaparł się lewą nogą i wciągnął prawą. Kiedy obie nogi miały spocząć obok siebie lewa gwałtownie zjechała w bok po nierównej krawędzi. Chłopiec krzyknął, zaciskając z nerwów jeszcze mocniej obie ręce na zwisającej gałęzi. Drzwi do auta zatrzasnęły się a rodzice zamarli z przerażenia. Chłopiec zwisał nad bagnem, które z pewnością pochłonęłoby go żywcem. Gina oraz Henry otworzyli drzwi. Byli gotowi rzucić się w każdej chwili na pomoc.
– Podciągnij się, tak jak na drabinkach w szkole.
Chłopiec zacisnął szczękę gdyż gałąź wraz z odnogami wbiła się w jego dłonie. Stan raz jedną, raz drugą ręką powoli podciągał się pod górę. Z każdym podciągnięciem czuł, że skóra schodzi mu coraz bardziej. Nie bał się o to czy starczy mu sił, ważył niecałe pięćdziesiąt kilo. Bał się niemiłosiernie, że gałąź pęknie w jakimś miejscu a on poleci w dół prosto w bagnistą otchłań. Był już coraz wyżej; stopami muskał krawędź dachu. Jeszcze trochę, odrobinę, powtarzał w myślach.
Udało mu się. Postawił obie stopy na odrobinę pochylonej oraz śliskiej powierzchni. Mimo dobrze wykonanego polecenia nadal kurczowo trzymał się gałęzi, lecz teraz mógł wspiąć się jeszcze wyżej wchodząc na grubszy wystający konar.
– Brawo Stan. Idź dalej – krzyczała matka z zadowolenia.
Malec odsapnął chwilę a później wszedł na grubszą gałąź, która dotykała dachu. Chłopiec stawiał stopy jedna za drugą tak aby zmieścić je na małej powierzchni. Dodatkowo aby utrzymać równowagę ciągle chwytał boczne gałęzie, często cienkie oraz kruche. Na szczęście nie spadł, wspinał się wyżej i odchodził dalej od samochodu.
Ziemia zadrżała. Bagno ponownie upomniało się o przejezdnych. Bezlitosna otchłań wciągnęła połowę maski. Pasażerowie zamknęli drzwi. Mieli dwa wyjścia. Albo spróbować wydostać się z auta, chociaż mogli bardzo szybko skończyć w gęstej, brunatnej breji albo zostać w samochodzie i liczyć na cud. Para wybrała drugie wyjście, po cichu licząc, że grunt stwardnieje i przestanie zabierać ich na dno piekła. W samochodzie pozostawało dosyć powietrza – okno przy tylnych siedzeniach pozostawało otwarte. Gina rzuciła się na tył auta, jej mąż uczynił to samo. W ten sposób spróbowali wyważyć ciężar pochłanianego pojazdu. Kobieta zamknęła szybę.
Stan przestraszył się na widok zapadniętego auta. Chłopiec stał na wysokości trzech metrów na rozłożystym drzewie i był oddalony o około pięć metrów od rodziców.
– Mamo! Tato! Uciekajcie! Wejdźcie tak jak ja.
Gina odwróciła głowę i przyłożyła do szyby. Puściła uśmiech do syna przez matową, zabrudzoną powłokę. Małemu pociekły łzy.
Pojazd wcale nie wyrównał trajektorii, maska zanurzyła się jeszcze głębiej. Całość przypominała ogromny korkociąg lub pal wbijany stopniowo w ziemię. Małżonkowie zaparli się nogami o przednie siedzenia. Mimo tragicznej sytuacji nie tracili nadziei.
– Nie damy rady dłużej się utrzymać, wiesz o tym prawda?
– Henry zawsze jest jakieś wyjście, nawet z trudnej sytuacji.
Auto gwałtownie runęło w dół. Z bagna wystawał zaledwie niewielki fragment pojazdu oraz zabrudzona szyba, w której chłopiec widział swoich rodziców. Nie spoglądali na niego, siedzieli przytuleni czekając na rozwój wypadków. Stan głośno krzyczał, jego skowyt przeszywał najgrubsze konary drzew i słychać go było w odległości kilkuset metrów. Rodzice słyszeli krzyk lecz tym razem nikt się nie odwrócił. Postanowili nie patrzeć, aby nie wywołać większej tęsknoty. Tlenu starczyło im na zaledwie pięć minut dlatego małżonkowie nie odzywali się do siebie.
Chłopcu od płaczu spuchły oczy, policzki z mokrych zrobiły się suche i zaczerwienione. Mały miał wrażenie, że wylał już wszystkie z łez, a gdyby to było możliwe płakałby krwią. Wiedział, że nie uratuje rodziców a każda próba skończy się rychłą śmiercią. Pozostało mu jedno, bezwładnie stać i patrzeć na śmierć najukochańszych osób.
Ciężka atmosfera narastała. Nikt w samochodzie już nie oddychał swobodnie. Para wydychała dwutlenek węgla, którego gromadziło się coraz więcej. Henry rzęził jakby płuca wyżarł mu rak. Gina próbowała utrzymać uśmiech chociaż nie miała już sił – jej klatka piersiowa trzęsła się nierównomiernie. Kobieta delikatnie otwarła usta pragnąć wciągnąć resztki tlenu, ukrytego gdzieś po kątach. Douglas poczuł, że odpływa; w uszach słyszał dziwny pisk tłumiący dźwięki otoczenia. Jego powieki samoczynnie opadały, kształt fotela oraz fragment maski rozdzielczej traciły kształty. Odrobinę światła padającego przez tylną szybę zalała fala nieposkromionej szarości. Zamknął oczy. Gina spojrzała na męża. Mężczyzna leżał nieprzytomny z nosem wbitym w boczne okno. Z ledwością poruszyła go, ciągnąć za koszulkę.
– Nie zasypiaj, nie zasypiaj, proszę.
Nastała ciemność, resztki światła przysłoniła błotnista ziemia pod którą spoczęli małżonkowie. Żonie Douglasa brakowało sił, mimo to walczyła o życie ukochanego. Nagle coś gwałtownie pociągnęło pojazd. Henry uderzył głową w fotel a Gina o mało nie przeleciała na przednie siedzenia. Kolejne szarpnięcie, tym razem jakaś siła równomiernie ciągnęła samochód w górę. Kobieta poczuła gwałtowny przypływ powietrza, mimo to jej mózg dalej się wyłączał. Po paru sekundach padła nieprzytomna.


– Henry, HENRY!!!
Douglas stopniowo odzyskiwał przytomność. Na początku do jego powiek dotarło ostre, oślepiające światło. Mężczyzna przymrużonymi oczami dostrzegł ogromną jasną plamę. Przez chwilę wydawało mu się, że jest gdzieś w niebie i pewnie uwierzyłby w to gdyby nie rwący ból pod dłońmi oraz na stopach. Owy ból wybudzał go, zmieniając otaczającą rzeczywistość. Światło przybierało kontury jakby ktoś w jego głowie skalował ostrość. W zasięgu wzroku, choć jeszcze niezbyt wyraźnie, ujrzał wielkie pomieszczenie z brązowymi drewnianym ławkami. W rzędach siedzieli ludzie, którzy spoglądali w jego stronę. Przygarbiony starzec grał na organach a dźwięk instrumentu docierał z jego lewej strony. Dwa złote żyrandole, każdy po kilkadziesiąt małych świeczek rozświetlały prostokątne pomieszczenie.
Ktoś ciągle krzyczał próbując przedrzeć się przez płynną melodię. Henry wodził wzrokiem po niewyraźnych twarzach ludzi. Nikt, kompletnie nikt go nie wołał.
Głos cichł. Douglas próbował wsłuchać się w ostatnią falę, która z ledwością dotarła do jego uszu.
– Henry…
Kontury przybrały wyraźny kształt. Mężczyzna ujrzał swoją żonę z wyszywanym workiem spoczywającym na głowie. W okolicach szyi miała przepasany sznur, którego koniec trzymał postawny Afroamerykanin. Kobieta siedziała w pierwszym rzędzie sali, przypominającej niewielką kapliczkę do odprawiania liturgii. Gina wyrywała się lecz mężczyźni siedzący po obu jej stronach przytrzymywali ją za barki.
Ból jaki odczuwał Henry przybierał na sile, jego ręce z każdą sekundą cierpły a krew wolno spływała do korpusu. Dopiero teraz dostrzegł w jakiej pozycji się znajduje – nieszczęsny wisiał na krzyżu. Pod jego dłońmi zostały wbite dwa ogromne gwoździe. Stopy ułożone jedna na drugiej trzymały się w taki sam sposób. Douglasowi zrobiło się niedobrze. Przez całe dnie mógł oglądać najkrwawsze horrory i nie czuł nawet wzruszenia, dopiero ujrzenie własnej krwi przyprawiło go o mdłości. Próbował zwymiotować lecz nie miał już czym. Jego żołądek pozostawał kompletnie pusty. Z ledwością wypluł ciągnącą się ślinę, która spłynęła po jego koszulce. Zacisnął zęby choć odruch był silniejszy. Mężczyzna wypluł kolejną ślinę połączoną ze smarkami cieknącymi z nosa.
– Henry…
Kobieta najwyraźniej widziała co dzieje się z mężem. Worek na jej głowie nie był aż tak szczelny.
Douglas uniósł głowę. Jego powieki łzawiły jak oszalałe. Czuł się brudny, brzydki; czuł, że ktoś odbiera mu człowieczeństwo. Przypomniał sobie o synu, gdzie jest Stan? Natychmiast rzucił spojrzenie w kierunku zgromadzenia. Walczył z samym sobą lecz musiał upewnić się, że syna nigdzie nie ma. Tłum siedzący w ławkach niczym się nie różnił, jedynie Gina odstawała od reszty. Afroamerykanki ubrane były w białe wyszywane koszule oraz jednokolorowe spódnice. Mężczyźni nosili czarne smokingi. Henry spojrzał na okna. Witraże odbijały blask żyrandoli, tylko blask. Jest już noc, z uwagi na dodatkowe oświetlenie, pomyślał. Mężczyzna na chwilę ucieszył się z braku widoku syna, jednak niepewność gdzie aktualnie się znajduje była silniejsza.
Drzwi kapliczki otworzyły się. Do pomieszczenia wolnym krokiem weszła postać w kapeluszu. Douglas rozpoznał w nim mężczyznę poznanego na stacji benzynowej. Jegomość uniósł dłoń. Idąc środkiem kapliczki pomiędzy rzędami ławek błogosławił siedzącym ludziom. Oni z wzajemnością bili dłonią w pierś na znak dziękczynienia, pod nosem szepcząc łacińską formułę: Cum resurget creatura, Iudicanti responsura.
Mężczyzna przystanął pod krzyżem, zdjął kapelusz i przemówił:
– Jesteś pokarmem, który bóg zesłał abyśmy nie byli głodni. Dzięki temu oczyścisz swoje grzechy w imię jedynego.
– Jesteście popieprzeni.
– Nie warz się kląć w świątyni! – podniósł głos kapłan. Później podszedł do kamiennego ołtarza, który służył do odprawiania obrządku. – Proszę powstańcie.
Wszyscy wraz z Giną wstali. Tłum złożył ręce i wyprostował pale wskazujące.
– Spotkaliśmy się tu, aby uczcić tak wspaniały dzień nadany przez pana. To właśnie pan zesłał nam grzeszników abyśmy wymyli ich grzechy, oraz sami oczyścili się z bezeceństwa. Za chwilę spożyjemy jego krew, która wymyje nasze dusze z wyuzdanych myśli. Potem przyjdzie kolej na ciało. Każdy z was weźmie kawałek do swojego domu i podzieli się z bliskimi na znak chwały i dostatku. Dzisiaj przeczytam fragment spisany przez naszego świętego przodka Abrama, a wy dokładnie rozważcie jego słowa i módlcie się o przebaczenia dla przybyłych grzeszników:
„Tymczasem porwany Symonides płynął statkiem mieszczącym czterdziestu podobnych do niego i dwudziestu całkiem odmiennych. Biali panowie chłostali Symonidesa oraz jego towarzyszy, nie zważając na płeć oraz liczbę przeżytych lat. Biali byli czyści z wierzchu lecz w środku ich dusze były zatrute złem oraz nienawiścią. Każdej nocy białe diabły brali pięć dziewek, które burzyli. Niejedna ciężarna poroniła a martwy płód spoczął na dnie najgłębszego oceanu. Piątej nocy gdy statek dzieliło dziesięć mil od portu, Symonides ujrzał boga trzymającego w ręku siedem węży, ale żaden z nich nie kąsał. Symonides upadł na kolana a stwórca kazał mu stanąć na nogi. Bóg podarował mu trzy małe gady i nakazał rozrzucić po statku. Symonides uczynił wedle pana. Biali spali kąsani po setki razy a ich zatrute dusze odchodziły do czeluści. Stwórca nakazał aby umartwione ciała oddać grzesznej ziemi, zakopując na dziesięć metrów wraz ze skarbami. Symonides ponownie uczynił według niego.”
Czarnoskóry mężczyzna zamknął księgę opasaną w czarną skórę, skinął głową i uklęknął. Tłum powtórzył czynność. Jakaś siła uderzyła Ginę w kolana dlatego padła na drewniany klęcznik, wyjąc z bólu.
– Módlcie się, módlcie o przebaczenie albowiem biała rasa jest niegodna stąpania po tej ziemi.
Kaznodzieja wyciągnął zza paska błyszczący nóż ze złotą rękojeścią. Podniósł przedmiot wysoko w górę a podekscytowani ludzie wiwatowali na znak uczty.
– Jesteście chorzy popaprańcy! Powinniście się leczyć! – wołał ile sił Henry, próbując przedrzeć się przez kilkadziesiąt głosów.
Jego wysiłki szły na marne. Nawet jeśli ktokolwiek słyszał jego bluzgi nikt nie brał ich dosłownie. Osoby wewnątrz traktowały go jak zwykłe mięso, które trzeba spożyć przed upływem terminu ważności. Czarnoskóry mężczyzna podszedł do krzyża, złapał za kołnierz koszuli Douglasa i energicznie pociągnął. Poniszczony materiał zaczął się pruć aż został rozerwany na wzdłuż. Gina na sam widok głośno zaskrzeczała lecz została poskromiona uderzeniem w brzuch. Zadany cios był tak silny, że poczuła na swojej twarzy krew wylatującą z ust. Kaznodzieja delikatnie przejechał ostrzem po klatce piersiowej Henry’ego; szukał właściwego miejsca aby zrobić odpowiednie nacięcie.
– Powstańcie wszyscy i chodźcie, wypijmy jego krew!
Po tych słowach zatopił nóż pod prawą piersią tworząc niezbyt głębokie nacięcie – powstała rana miała około sześć centymetrów szerokości. Henry zaskowyczał chociaż ból wywołany rozcięciem nie był tak silny jak ten na rękach czy nogach. Na ostrzu noża została świeża posoka, którą kaznodzieja zlizał, delektując się smakiem. Tłum powstał i ustawili się pod krzyżem. Henry próbował odpędzić kanibali zbierając duże hausty śliny i plując na nich. Rozweselony tłum nie zrozumiał przesłania, potraktował to raczej jak normalną czynność dogorywającego człowieka. Po kilku razach Douglas zaprzestał z powodu olbrzymiej suchości w gardle.
Pierwsza osoba, gruba czarnoskóra kobieta zatopiła usta w ranie. Jej język chciał wejść głębiej lecz szerokość rozcięcia była zbyt mała. Nie zraziła się niepowodzeniem. Jej usta przybrały rybi kształt a ona naśladując niemowlę sączyła napływającą krew.
– Mariko inni też chcą spróbować, proszę następny.
Kobieta odeszła. Krew z jej warg kapała na brodę a z brody na białą elegancką koszulę. Na jej twarzy widać było promienny uśmiech a zaczerwienione w pół zęby odbijały blask rozpalonych świec.
– W ten sposób oczyścimy cię z grzechów albowiem my żyjemy abyś tu mógł umrzeć.
– Pierdol się. – wydusił Henry, nie czując już rąk. Uczucie mrowienia ustało wraz z odbieraniem jakichkolwiek bodźców. Mężczyzna mógł poruszać kończynami chociaż kontakt wzrokowy dawał mu ostateczne potwierdzenie wykonywanych ruchów.
Kaznodzieja wskazał nożem kolejną osobę, była nią całkiem atrakcyjna, młoda kobieta. Murzynka spojrzała na Douglasa jak na najsmaczniejszą rzecz, którą chętnie schrupała by w całości.
– Śmiało Werono.
Policzki niewiasty przybrały purpurowy kolor. Zawstydzona puściła oko do kaznodziei a później do Henry’ego. Ostrożnie podeszła bliżej i przybliżyła głowę do tułowia ofiary. Zamiast sączyć krew najpierw pocałowała parę razy okolice piersi. Jej język zaczął lizać pot jaki wydzielało brudne ciało. Subtelne pieszczoty wprowadzały ją stopniowo w stan ekstazy. Usta kobiety powędrowały niżej i niżej aż do miejsca nacięcia – od rany dzieliły je zaledwie milimetry. Dolna warga sunęła nie odrywając się ani na moment. Krążyła wokół jak sęp czekając na odpowiednią chwilę. Po kilku rozkosznych próbach Werona w końcu dotarła do źródła, mieszając wydzielinę z ust razem z krwią pokrzywdzonego.
– Jeśli nic nie leci zrobimy nową ranę, dla wszystkich wystarczy.
Drzwi kapliczki otworzyły się na oścież. W progu stanął niewielki, przygarbiony mężczyzna odziany w czarny, zniszczony płaszcz. Niepewnie rozejrzał się po ludziach siedzących wewnątrz, oni z wzajemnością rzucili mu srogie spojrzenia. Przybysz ściągnął kaptur i wyszedł z cienia drzwi. Mimo, iż cały trząsł się z zimna wyciągnął strzelbę schowaną pod płaszczem.
– Rozwiążcie go. Ni.. nie słyszycie rozwiążcie go!
– Kto nas dzisiaj odwiedził, mały potwor ze stacji benzynowej. Powinniśmy już dawno cię zabić, niepotrzebnie składaliśmy obietnice twojemu ojcu.
Gil przeładował strzelbę i wystrzelił w kierunku kaznodziei. Kula świsnęła obok jego ucha, kalecząc małżowinę. Mężczyzna wrzasnął wykrzywiając usta. Oszołomiony przyłożył rękę do bolącego narządu słuchu – rana szczypała jak diabli. Spojrzał na dłoń. Palec środkowy wraz ze wskazującym ociekały od krwi.
– Ty bękarcie, zabiję cię! Przysięgam!
Gil ponownie przeładował broń, miał już zamiar wystrzelić, jednak coś udaremniło próbę. Jego koszula z brudnych czarnych barw nabrała czerwonego kolorytu. Poczuł, że brakuje mu tchu. Po chwili ostrze przeszyło jego płuco na wylot a on upadł na ziemię.
Za jego plecami stała Iris. Gospodyni wyciągnęła nóż wbity w plecy przybysza. Ofiara wypluła krew.
– Widzisz, widzisz co on mi zrobił. Dobiję go, musi skamleć, cierpieć za swój grzech.
– Zostaw go, już nam nie zagraża. – Gospodyni wskazała palcem na żonę Douglasa. – Tę małą wezmę do siebie, poćwiartuję i wycisnę osocze.
Gina na samą myśl zawyła. Mężczyzna siedzący obok natychmiast zareagował wciskając jej worek do ust. Kobieta starała się wyrwać chociaż siły wraz z tlenem w zastraszającym tempie ubywały z jej organizmu.
– Po jutrze zapraszam wszystkich po kawałek paschalnego mięsa oraz kilka mililitrów krwi a teraz niech uczta trwa! – przemówiła Iris.
Murzynka podeszła do kaznodziei, który na kolanach macał fragment ucha. Pociągnęła go mocno za kark aby stanął na nogi i zaczęła szeptać do uszkodzonego narządu słuchu.
– Jesteś nadzieją tej społeczności dlatego nie mazgaj się. Ja z twoim ojcem nie będę żyła wiecznie aby ratować twoje cztery litery.
– Dobrze Iris.
Gospodyni usiadła w pierwszym rzędzie i obserwowała obrządek. Kolejne osoby podchodziły do krzyża i piły krew z ciała Henry’ego. Co jakiś czas powstawało dodatkowe nacięcie na skórze mężczyzny. Douglas praktycznie już nic nie czuł, próg bólu osiągnął sam szczyt. Przez przymrużone oczy widział jak Gina siedzi z głową odchyloną do tyłu. Przestraszył się ponieważ żona mogła już nie żyć. On sam nie miał sił by walczyć i z trudem podtrzymywał ciążące powieki. Odchodził, lub raczej umierał. Soki życia ulatywały bezpowrotnie. Jego głowa opadała i unosiła się.
Przez drobną chwilę wszedł w stan mirażu jakby przedawkował ekstazy. Ujrzał syna wędrującego przez środek kapliczki. Jego ubrania były czyste i lśniły w blasku świec. Dziecko nie płakało, pozostawało szczęśliwe. Henry chciał ostrzec syna, lecz nie wydobył z siebie żadnego dźwięku oprócz cichego chrypnięcia. Stan podchodził coraz bliżej i wyciągnął dłoń w stronę ojca. O dziwo chłopiec wyrwał wielki gwóźdź, który wbito w jego nogi. Analogicznie postąpił z następnymi i uwolnił Douglasa, który rąbnął na zimną podłogę. Tłum ludzi zaczął uciekać, biec w różne strony. Mały Stan rzucił się na szyję ojca. Douglas mimo wielu zadanych ran czuł radość, nieposkromioną radość.
Mógł odejść w spokoju.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -