Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Bombkoń

Jan Maszczyszyn

To była dziwna choinka. A sprzedający wyglądał na żebraka. W okolicach świąt taki widok szczególnie rozbraja. Zastanowił mnie jego nieobecny wzrok. Patrzył parą szklanych, pozbawionych źrenic oczu. Takich, jakie się widzi na reklamach elektronicznych protez dla niewidomych. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu wielu ludzi dobrowolnie decyduje się na wymianę narządów naturalnych na sztuczne. Diametralnie polepsza się jakość wykonywanej funkcji. Tylko skąd u bezdomnego taki drogi sprzęt?
– Dawid, weź, odbierz od pana drzewko. Co tak patrzysz jak otępiały?– Pani Hollows jak zwykle w takich sytuacjach stawała się agresywna. Pełniła funkcję dyrektora finansowego naszego sierocińca. Wysoka, o mrocznym spojrzeniu, z zaledwie tlącym się uśmieszkiem na suchych wargach - uczyniła dziwny ruch ręką. Jakby odegnała upartą muchę.
Ale skąd mucha w środku zimy?
Choinkę musiałem dosłownie oderwać z rąk żebraka. Werbalnie ją odsprzedał. Fizycznie, miał opory z jej przekazaniem. Położyłem pieniądze pani dyrektor na odśnieżonym w tym celu murku tuż obok miejsca, gdzie stał. I znów pociągnąłem za iglasty trzon. Jednak drzewko, jakby samo od siebie, dalej kleiło się do właściciela. Zdębiałem, kiedy żebrak wyszeptał jakiś przekonywujący argument w stronę zielonej gęstwiny. Choinka nieoczekiwanie dosłownie wpadła w moje ręce.
Obejrzałem ją sobie dokładnie. Była niezwykle lekka. I dźwięcząca. Pachniała świeżo rozpuszczonym syntetykiem wzmacniającym. Zapewne wyrosła w doniczce hipermetrycznej, stąd te nieznaczne domieszki plastyku i afrodyzjaków. Nawet marchewka z takiej doniczki posiadała w pierwszym momencie posmak proszku do prania, a potem - niebo rozpuszczone w ustach. No cóż, takie czasy. Nie ma miejsca na lasy i ogrody, więc trzeba cieszyć się dwumetrowym hipermetronem w każdym, bogatym domu.
– Dała mi pani o dziesięć baksów za mało! – warknął w stronę pani Hollows rozsierdzony żebrak.
Pani dyrektor obróciła się na pięcie. Jej gładkie czoło dziwnie zalśniło, jakby pod powierzchnię skóry przewlekł właśnie swe nici otaczający nas siarczysty mróz.
– Przecież słyszę brzęk starych bombek. Czuję smród wilgotnego, nierozplecionego łańcucha. A przerwane przewody po oświetleniu? Zapomniało się? Zabrakło cierpliwości? To towar z drugiej ręki. I tak dostałeś za dużo szmaciarzu…
Dłubała paznokciem w zębie, kiedy mówiła, ale wszystko rozumiałem. Nawet tę mgłę gęstniejącą wokół żebraka. Zbrązowiał. Gra półcieni na twarzy zrobiła policzki jeszcze bardziej szkliste, wręcz demoniczne.
– A żebyś się udławiła rybią ością, ty stara kurwo! – rzucił na odchodnym jakoś beznadziejnie zmęczonym głosem.
Jego postać rozmył wczesny zmrok, a my rozegnaliśmy lecące, śnieżne płatki i żwawym krokiem udaliśmy się do roziskrzonego światłami budynku.
Idąc mimowolnie przysłuchiwałem się szelestowi drzewka. Jakbym niósł trupa szczególnie mocno zapakowanego w gruby celofan. Coś w jego głębi niepokojąco dzwoniło i kwiliło. Czyżby rzeczywiście zapomniane ozdoby?– przemknęła mi myśl.– A może zapomniany ptaszek przywiązany za złamaną nóżkę drutem do gniazdka ? Kto wie? Dzieci robią różne rzeczy małym ptaszkom w oczekiwaniu na prezenty. Uśmiechnąłem się mimo woli.
Wtedy poczułem galaretowate kropelki wilgoci toczące się po moich plecach. Szybko zastygły i równie szybko uległy wchłonięciu. Poczułem się niezwykle lekki i radosny i jakiś... inaczej zapłodniony?
Po powrocie do sierocińca i umocowaniu drzewka w dysku nutrionalnym w wielkiej sali tanecznej, gdzie już tkwiła przerośnięta marchewka , wczołgałem się pod drzewko. Zawsze marzyłem o ucieczce w naturę. Zazdrościłem naszym przodkom tej szczególnej harmonii współtowarzyszenia innym formom biologicznego, wolnego życia, której w dwudziestym szóstym stuleciu próżno było szukać. Moro–betono–plastik zabił w nas człowieczeństwo.
Przyjrzałem się uważniej rozhuśtanym gałęziom.
Gdzieś tam ku szczytowi pięła się srebrna żyłka. I druga… I mógłbym przysiąc, że widzę równie srebrny dzwoneczek.
– Dawid! – Pani Hollows znów napominała z wysokości schodów. Jej gniew miał coś z wulgarno–wolno wspinającego się gada. – Co tam robisz, kopciuchu! Przypominam ci, że nie jesteś już dzieckiem!
– Przepraszam – rzuciłem w stronę kobiety. Ciągle w pozycji klęczącej zapatrzyłem się w daleki szczyt świątecznego drzewka. Zieleń niemal stykała się z odrapanym sklepieniem sali. Nie sposób było nie zauważyć zgniłego blasku ostrza. Tym czymś– kończyło się drzewko. Wyglądało na „piorunochron”, który ściąga z okolicy prezenty? Czy tak tłumaczono małym durniom reguły rządzące światem upominków? Wystarczy pomyśleć o transmisji darów? Co za żmije?
– Widzi pani? – zapytałem, wskazując promieniujące opalizującym blaskiem ostrze. Coś odbierało. Sygnał? Sygnał czego? Poczułem słodycz w ustach.
– Nie widzę nawet ciebie… Jest już ciemno. Idź już spać, młokosie – rozkazała rozzłoszczona. Miała na sobie wymiętoloną koszulę nocną, pod którą jej stare piersi wyglądały jak beznadziejnie odwieszone, bokserskie rękawice. Spuściłem wzrok. Zawsze mnie onieśmielała swoją obrazoburczą cielesnością. Przebiegłem bezszelestnie tuż obok, wdychając zapach jej potu. Nie zauważyła, kiedy lizałem jej włosy.
Przeszedł ją tylko zimny dreszcz.
Nie mogłem zasnąć. Tkwiłem obok łóżka niczym powiązany blaskiem księżyca cień. Na pewno nie byłem już sobą.
Brzask przyniósł pierwszy krzyk.
A ja nie ruszyłem się nawet na krok.
Ponury poranek, przyniósł drugi.
Wtedy…
Pobiegłem w dół po skrzypiących schodach. Wyrobione stopnie więcej miały w sobie kurzu niż drewna.
Wpadłem do sali tanecznej. Ciągle zalegał tu zawiesisty półmrok. Na podłodze, pod choinką siedziała już cała gromadka oczekujących prezentów dzieciaków z największą plotkarką na czele. Nancy Brighton, bo pieguska takie nosiła imię, właśnie rozplotła warkocze. Jej oczy lśniły jak dwa magiczne kryształy.
– Wiecie skąd przychodzą prezenty? – szeptała w stronę małych słuchaczy. Aż im od tej napiętej uwagi zeszkliły się twarze. – Zsuwają się po trzonie drzewka. Tam jest mnóstwo kontaktorów i trzydzieści tysięcy teleportacyjnych diod.
– Bredzisz, małpo. – Ron Galay Cartenbury szturchnął ją łokciem. Aż syknęła z bólu. – Wszyscy tylko rozpowiadacie historie o elektronicznych transmisjach z „piorunochronu”. Ja tam swoje wiem. To mały Jezusek, opadły z krzyża, w przebraniu bezdzietnego Mikołaja opuszcza się na linie przez komin. Przynosi prezenty w koszykach po jajkach.
Przysunąłem się bliżej.
– Tylko cierpliwi otrzymują nagrodę – wyszeptałem. Zmroził ich mój szept. Był jakiś zimny i szklany. Dzieciaki rozglądały się, a nie odnajdując mnie w ciemnościach, zadrżały. Strasznie się przy tym drapały, jakby oblazła je armia krwiożerczych kleszczy.– To Bombkoń decyduje komu nagroda, a komu śmierć. A nie twój pleciuch - koszykarz – dodałem z przeciągłym sykiem. Nie wiem skąd wziął się u mnie ten okropny pomysł. Może sam byłem zazdrosny o miejsce zajęte przez gromadkę pod choinką? Może już je znienawidziłem za niecierpliwe wyczekiwanie pod drzewkiem? A może nadchodził nowy prąd? Prąd z „piorunochronu”? Doskonale widziałem te małe, rozwiercające, dziecięce oczka. Zawisły na mnie wzrokiem teraz bez wyrazu, mocno zobojętniałe i głuche....W nieruchomości wręcz obelżywe.
– Teraz wszystkie dzieci idą ze mną do pudełka – powiedziałem tonem łagodnej perswazji. Posłuchały w milczeniu. Było w moim głosie coś strasznego.
Rozkaz re-montażu?
Ruszył smutny korowód. Nocne koszule falowały w małych, mniejszych i jeszcze mniejszych krokach, a wschodzące słońce rozrysowywało na nich pajęczyny pęknięć.
Spoczęły jak w futerale.
Po godzinie wróciłem do drzewka. Pochyliłem się ponad mniejszą ode mnie postacią. Rozpoznałem twarz. Siedmioletni Harry Logan z Albury. Miał na dłoniach plamy zaschniętej krwi. Trząsł się z zimna i pochlipywał.
– Co się stało?– zapytałem nie wiadomo czemu szeptem. Podniósł na mnie smutne oczy. Widział mnie. Jego twarz odbijała się w mojej twarzy, jak w upiornym zwierciadle!
– Ten uparciuch Flanley wczołgał się pod drzewko, a ja zaraz po nim. – Mały załkał cicho. – I wtedy w górnych gałęziach coś się poruszyło.
– Po prostu potrząsnęliście drzewkiem i spadła jakaś stara bombka...
– Nie. Nawet go nie dotknęliśmy. To coś posypało nas rozbitym szkłem. Widziałem gołe plecy Flanley'a. Wbijało się w nie drzazgami i wierciło jak rój szalejących kleszczy. Jego krew była nawet na mojej twarzy. Wyczołgałem się spod szybko obniżających się gałęzi. A on ciągle tam leżał i dzwonił tysiącem szklanych dzwonków. Idź posłuchać, smoluchu.
Popchnął mnie w stronę choinki. Zabolało mnie takie lekceważenie. Białe dzieci zawsze miały mnie za coś gorszego. Pochwyciłem jego wątłą szyję. Zacząłem dusić… Nagle…
Zrezygnowałem, masując zgrabiałe z zimna dłonie.
Mały uciekł, wrzeszcząc o pomoc.
Wczołgałem się pod krzywy piwniczny stopień, gdzie przeleżałem święta. Policja zabrała wszystkie pudełka z nowymi bombkami. Sprzątaczka długo szorowała napęczniałe od krwi deski. A ja nasłuchiwałem tupotu małych stóp. Ich rytm odmierzał pory dnia i dni leniwie biegnącego tygodnia. Poczułem, że już czas, gdy zabrakło zwyczajowych gapiów. Już nikt nie czekał pod drzewkiem na prezenty. Panowała cicha, spokojna noc.
Wyszedłem w blaskach księżycowego światła, jakby poprzetykany nićmi ze srebra.
Obok stała choinka. Nocami wciągała na siebie wszystkie trofea, których nie znalazła policja. Kogo tu nie było? Mały Harry w zestawie bąbkowym z pokurczonymi do skali zabawki nóżkami, Flanley z rozdziawioną, szklaną gębą, siostry Rochester splecione warkoczami, zawsze ciekawska Allana Keivy, a nawet stary pan od geografii Rupert Jordan.

Xxxxxxxxxxx

Na szklanej twarzy żebraka pojawił się zakłopotanie. Szyja kobiety była na ciasno opasana bandażem. Lśniły metalem naciągacze.
– Chciałbym odzyskać swoje drzewko. Tu są pieniądze – podał zwitek pomiętych banknotów.
– Niech je pan weźmie w cholerę – z trudem odpowiedziała panna Hollows. Jeszcze czuła uderzenia ości w każdym wyartykułowanym słowie. I posmak krwi na języku.
– Nie myślałem...
Kobieta sięgnęła ręką gdzieś poza krawędź pieczołowicie obciętego żywopłotu.
–Tu jest choinka! I już mi wypieprzać!
– Pozwoli pani, że zapytam?
– Czego?
– Gdzie jest ten piękny, miedziano – złoty chłopak?
– Jaki on tam był złoty? Jaki miedziany? Zwykły Hindus. – Wzruszyła ramionami. – Prysnął wraz z kilkunastoma innymi. Zawsze tak robią na święta, smoluchy.
Nie spostrzegła mnie uwieszonego na gałęzi. Zamachałem żabimi nóżkami.
Usta żebraka przebiegł cień uśmiechu. Wargi drgały przez chwilę, jak u świeżo zabitego karpia .
– A, to dobrze. Bombkoń się ucieszy.
Zamierzał odejść.
– Chwileczkę. Jaki Bombkoń?
Cofnął się o kilka kroków. A choinka wraz z nim. I ja. Roześmiany jak małoletni pajacyk.
Podążyliśmy w wirującym, brzękliwym tańcu jakby związani tysiącem welonów. Pochłaniała nas gęstniejąca mgła. Nadchodzące słowa wykręciła złośliwa akustyka zamkniętego pudła.
– Nie zna pani współczesnych baśni? Taka zafajdana mamuśka?Tylko te parszywe gry i elektroniczne symulacje? Bombkoń otwiera nową kartę. Wymierza kary dla niecierpliwych. I nagradza obojętnych. Transformuje autentycznych ludzi w cyfrowy kod ozdoby. I potem retransmituje do wszystkich gałęzi naszych naprawdę, jeszcze żywych drzew. Pewnego, jutrzejszego dnia, rozwiesi ludzkość jak pranie – wybuchł skrzekliwym śmiechem.
Panna Hollows przyskoczyła w kierunku cienia z wykrzywionymi jak szpony dłońmi. Które on, niesforny drań ucałował. A potem nadgryzł.
Zębem cienkim jak płatek wirującego śniegu.
– Precz mi z mojego świata! – wrzasnęła, gubiąc więcej i więcej kropli drogocennej krwi.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -