Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Krzyże

Oskar Jach

Prolog

Mam na imię Dawid. Na świat przyszedłem dwadzieścia siedem lat temu. Gdy miałem sześć lat moi rodzice zadecydowali o rozwodzie a ja przeniosłem się wraz z ojcem do Nowego Jorku by pod jego czujnymi skrzydłami dożyć pełnoletności. Do czasu przeprowadzki moim domem był Boston i jego zaułki. Zawsze wpajano mi, że wykształcenie jest podstawą dobrego i spokojnego życia. Będąc człowiekiem wykształconym i sprytnym nigdy nie będę według słów ojca musiał martwić się o swój dobytek i spokój oraz sprawy materialne. Ojciec był prawnikiem, wiedział więc co mówi. Ukończyłem prestiżową uczelnię z wyróżnieniem i zacząłem robić karierę przejmując schedę po ojcu. Prowadził on średniej wielkości kancelarię prawniczą. Dawid & CO przynosiła rok rocznie coraz lepsze wyniki finansowe i pięła się w górę notowań giełdowych. Skończyłem wydział prawa i zarządzania. Mogłem więc zacząć wykonywać prestiżowy zawód prawnika. Pierwsze kilka spraw przeszło bez większego echa i z umiarkowanym, lecz pewnym sukcesem na moją korzyść. Do czasu pamiętnej sprawy Harveya Smitha wszystko szło niezwykle gładko. Broniłem najróżniejszych szumowin, gwałcicieli i bandytów. W środowisku zdobyłem opinię człowieka, który potrafiłby wybronić chyba nawet samego Lucyfera. Niezbyt przeszkadzało mi czy byli winni czy nie. Grunt że mieli pieniądze dzięki którym mogłem prowadzić życie o wysokim standardzie. Któregoś wieczoru po kolacji suto zakrapianej alkoholem wróciłem do domu w objęciach taksówkarza. Zachowałem jednak na tyle trzeźwości umysłu by stwierdzić, że mój apartament stoi otworem. Nigdy nie zapominałem o podstawowych zasadach bezpieczeństwa i zamykaniu za sobą drzwi. Tym bardziej było to dziwne. Wszedłem do pokoju i prztyknąłem włącznik światła. Nie zadziałał. Cholera. Trzeba będzie rano posłać po elektryka. Przez chwilę miałem ulotne wrażenie, że ktoś jeszcze prócz mnie znajduje się w pomieszczeniu jednak wrażenie to bardzo szybko rozpłynęło się w różowej mgle zasnuwającej mój umysł. Dotknąłem twarzą dywanu i w ostatnim przebłysku świadomości przyszło mi na myśl, że chyba dostałem czymś twardym po głowie. Cóż, nie bolało nazbyt, więc zbadam to rano. I nagle wszystko zgasło.

Podróż

Niesamowite rwanie w tylnej części czaszki przywróciło mnie do świadomości. Usta pełne miałem jakiegoś obrzydliwie mdłego piachu. Głowa bolała bardzo i coś było niesamowicie nie w porządku. Wstałem chwiejnie z początku na klęczki wyrzucając z siebie resztki pożywienia z odgłosem zlewu zasysającego wodę. Pomyślałem, że właśnie zarzygałem dywan za dwadzieścia patyków. Tylko coś było bardzo nie w porządku. Nigdzie dywanu dostrzec nie mogłem. Uniosłem się z klęczek ocierając resztki wymiocin rękawem i spojrzałem przed siebie.
-O kurwa!- To jedyne, co zdołałem w tej chwili wykrztusić.
Na cokolwiek teraz patrzyłem z pewnością nie był to mój przytulny Nowojorski apartament.
Wszystko, co miałem w polu widzenia to jedynie setki, jeśli nie tysiące pagórków wznoszących się w niebo krwistego czerwonego koloru,
Pagórki a na każdym dziesiątki jakichś konstrukcji prawdopodobnie drewnianych. Skupiłem wzrok by dostrzec nieco więcej szczegółów i to, co zobaczyłem ani trochę nie pomogło mi się opanować. Konstrukcje okazały się krzyżami i o zgrozo nie pustymi. Na każdym z krzyży wisiało ciało.
-O kurwa! – Moja elokwencja w tej chwili gdzieś zaginęła a zdolności krasomówcze ograniczyły się jedynie do tych dwóch słów, które podsuwała świadomość.
No to stało się – pomyślałem. Kompletnie odjechałem. Stres i godziny spędzone w pracy zrobiły swoje. Zwariowałem i nic mi już nie pomoże. Pewnie siedzę właśnie na wózku ze zgrzytającymi metalowymi kołami a jakaś pielęgniarka pakuje mi do ust pomarańczową galaretkę.
Spokojnie, nie daj się zwariować – szepnąłem do siebie w myślach. Jesteś prawnikiem, więc zachowuj się jak prawnik i analizuj.
Było mi niesamowicie gorąco, więc odpadała wersja zwariowania. Skoro odczuwałem podstawowe bodźce to znaczy, że jestem sobą tylko w jakiś dziwny sposób nie do końca tam gdzie powinienem być. Ruszyłem przed siebie przy akompaniamencie szurania ciała o drewno, jęków i pomrukiwań.
Większość ciał na krzyżach wisiała zupełnie nieruchomo niby groteskowe imitacje Jezusa Nazarejczyka jednak nie wszystkie. Niektóre wiły się a raczej próbowały wić. Przeszkadzały im w tym niewątpliwie potężne gwoździe, którymi przytwierdzono ich za dłonie i stopy do krzyży. Z rozerwanej skóry jednego z mężczyzn ciekła krew i spadała leniwie na ziemię tworząc pod krzyżem całkiem sporą czerwoną i w połowie zakrzepłą kałużę. Mężczyzna nie spojrzał nawet w moją stronę, gdy przechodziłem. Co najbardziej przerażające jego twarz na wpół skryta pod długimi siwymi włosami nie wyrażała bólu czy gniewu. On się uśmiechał. Uśmiechał się z zamkniętymi oczyma jak gdyby celebrując własne cierpienie. Gęsia skórka od jakiegoś czasu stała mi na rękach i karku niczym żołnierze dywizji reprezentacyjnej przy przyjęciu prezydenta na płycie lotniska. Kawałek dalej kolejny krzyż zajmowała dla odmiany kobieta a raczej to, co w niej z kobiety pozostało. Ciało miała niezwykle wysuszone i definitywnie martwe. Upewniłem się w tej kwestii, gdy na ziemię upadło coś przypominającego biały rodzynek. Niewątpliwie kiedyś było to bardzo piękne oko.
Zrobiło mi się nieco wilgotno poniżej pasa i doznałem olśnienia. Zawsze zastanawiałem się nad sensem powiedzenia „ze strachu popuściłem”. Już nie będę się nad tym nigdy rozwodził. Problem został rozwiązany. Dróżka doprowadziła mnie do szczytu pagórka, z którego rozciągał się widok na resztę okolicy. Aż po sam horyzont rozciągało się to przerażające widowisko. Tysiące krzyży, tysiące ciał i wszechobecny smród rozkładających się zwłok. Jakoś nie zdziwiłem się za bardzo nie widząc żadnego żywego zwierzęcia czy rośliny.
Nieco niżej prawie u podnóża pagórka dostrzegłem za to jakieś poruszenie. Już miałem puścić się pędem na dół z nadzieją otrzymania jakiś choćby pobieżnych wyjaśnień, gdy dostałem czymś mokrym w czubek głowy. Podniosłem moje naczynie na mózg jak mawiał pewien znajomy do góry. Kolejny starzec wisiał tuż nade mną a z ust jego kapała brązowa ślina. Odsunąłem się natychmiast z wrażeniem, że rysy tego starca są mi dziwnie znajome. Charczał cicho pod nosem. Popatrzyłem na popękane z gorąca wargi i ślinę zmieszaną chyba z krwią cieknącą po brodzie. Rozważania nad znajomością starca przerwał mi jakiś odgłos dochodzący z podnóża. Ruszyłem niepewnie drogą w dół wzdrygając się na myśl, że cząsteczki czyjejś wydzieliny właśnie zdobią moje włosy. Na Boga, nigdy nie popatrzę już na brylantynę w ten sam sposób. Pod warunkiem oczywiście, że dane mi będzie jeszcze kiedyś brylantynę oglądać. W miarę zbliżania się do podnóża dostrzegłem coś, co wpompowało mi do krwi tą złudną odrobinę nadziei. Ruchy, jakie widziałem ze szczytu okazały się masą jakichś człeko-podobnych postaci. Nie, zdecydowanie byli to jacyś ludzie. Z tej odległości mogłem dostrzec już pojedyncze osoby. W końcu ktoś udzieli mi jakichś wyjaśnień. Należało mi się do cholery.
Zdziwiłem się docierając na sam dół wzgórza. Ludzka masa okazała się najzwyklejszą w świecie kolejką. Tylko, do czego na Boga? Nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na to pytanie od ostatniej osoby w kolejce. Od przedostatniej i kilku następnych również. Wszyscy stali w równym rzędzie z tępym wyrazem twarzy nie mówiąc zupełnie nic. Coś dziwnego było w ich twarzach. Na większości dostrzec mogłem delikatny i błogi uśmiech, który w obecnych okolicznościach bynajmniej nie rozładowywał atmosfery. Dodawał raczej dodatkowej szczypty groteski do tego przerażającego teatrzyku. Zabawne, że akurat do głowy przyszło mi skojarzenie z teatrem. W głowie przewinął się obraz podskakujących drewnianych kukiełek na sznurku. Czy te postaci były właśnie takimi kukiełkami? Jeżeli tak to gdzieś za tym wszystkim musi kryć się animator, władca marionetek czy jak też tytułują się te osoby.
Postanowiłem nie bawić się w zbędne uprzejmości i od razu ruszyłem do przodu omijając szerokim łukiem z prawej strony paskudne puste postaci. Ruszyłem nieco szybciej gdyż z tej pozycji nie mogłem dostrzec końca kolejki. Po jakichś dwóch minutach mijania ludzkich skorup krajobraz nieco się zmieniał. Płaski teren ustąpił miejsca skalnym ścianom tworzącym coś na kształt lejka a właściwie jaskini nie przykrytej sufitem skalnym. Wyglądało to jak wejście do kanionu. Kolejka do kanionu. Jak na jakiś pieprzony rolercoaster w wesołym miasteczku urządzony w stylu dzikiego zachodu. Brakowało tylko Johna Wayne i pistoletów na kapiszony.
Nie mogłem już dłużej mijać postaci łukiem, zadziwiające, bo od czasu do czasu któraś wydawała mi się całkiem znajoma. To takie uczucie, gdy tuż po obudzeniu usiłujesz przypomnieć sobie sen. Wiesz, że tam jest, ale już nie potrafisz dokładnie powiedzieć, czego dotyczył i kto brał w nim udział. No, więc to było uczucie właśnie z tego pokrewnego gatunku. Przeciskałem się łokciami przez linię postaci dopóki nie przebrnąłem około stu metrów do przodu tunelu. Nad głową cały czas mogłem podziwiać barwne karminowe niebo. Malarz dostałby na jego widok zapewne orgazmu. Odstępy między postaciami w kolejce robiły się coraz większe. Z nieba nieustępliwie sączył się piekący żar. Nie widziałem nad sobą krzyży, bo zasłaniały mi je skały. Czułem jednak, że tam są. Całe setki. Zapach drewna nasiąkniętego krwią, moczu, ekskrementów i zgnilizny tu w pieczarze był wyjątkowo obrzydliwy i skondensowany. Przestałem dawno zastanawiać się gdzie podziała się jakakolwiek roślinność. Przy takim smrodzie sam niedługo fiknę kozła, przyszło mi do głowy. Minąłem ostatnią postać przede mną i szok wyprowadził mi prawy prosty, którego nie powstydziłby się sam Mike Tyson. Gdyby nie plecy, które bolały mnie od leżenia na ziemi i pulsujący ból głowy to pewnie usiadłbym tak jak stałem. Przed oczami miałem drewniany stolik i karykaturalnie małe krzesełko, na którym wielkim tłustym zadem spoczywał nie, kto inny jak...Nie to nie było przecież możliwe.
-Dawidzie- Głos należał zdecydowanie do niego.
-Nie poznajesz mnie Dawidzie? – Zapytał – Czekaliśmy już jakiś czas na Ciebie.
Bill Dent z promiennym uśmiechem wpatrywał się we mnie swymi małymi kaprawymi ślepkami z nad szkieł okularów. Ten sam Bill Dent, którego moja krasomówcza zdolność nie uratowała w sądzie. Był wielokrotnym gwałcicielem i na koncie miał, co najmniej dwa udowodnione zabójstwa. Ile nieudowodnionych nie wiadomo. Wszystko byłoby do przyjęcia gdyby nie jeden fakt, który nie pasował do całości. Bill nie żył od czterech lat, usmażyli go na krześle w małym pomieszczeniu zakładu karnego na oczach rodzin dwóch zamordowanych kobiet.
-Czekaliśmy na Ciebie Dawidzie, nawet nie wiesz jak bardzo- Zarechotał jak żaba w okresie godowym.
-Co...?- Po raz kolejny elokwencja dała o sobie znać.
Bill patrzył na mnie przez chwilę tymi swoimi oczkami nim cokolwiek powiedział. Właściwie wyglądał całkiem nieźle jak na kogoś, kto od lat leży osiem stóp pod ziemią. Nie zmienił się nic od czasu, gdy go widziałem po raz ostatni. No może poza włosami. Wtedy jeszcze je miał. Teraz łysą czaszkę zdobił błyszczący od potu rondel z czerwonymi plamami po lewej i prawej stronie głowy.
-Co ja tu robię księciuniu?- Zarzucił dialogiem parafrazując małego zielonego ogra z bajki o Gumisiach
-Pewnie jesteś niesamowicie ciekaw gdzie właściwie się znalazłeś prawda panie prawnik? – Mówiąc to ocierał spocone czoło brudną chusteczką w kremowym kolorze.
Co jakiś czas dochodził mych uszu pomruk któregoś z petentów z kolejki. Coś niedaleko z mlaśnięciem uderzyło w ziemię. Wiatr nieco mocniej dmuchnął i zapach w kanionie stał się jeszcze gorszy. Myślałem ile jeszcze wytrzymam do następnych wymiotów. Chyba niedługo.
-Wygląda mi to na zjazd weteranów z Wietnamu – Zebrałem się w sobie by wydusić jakieś zdanie.
- He he, wyszczekany jak zawsze, co panie prawnik? – Mówiąc to mlasnął paskudnie jęzorem wyrzucając na świat kropelki śliny.
-Szkoda tylko, że nie wyszczekałeś mnie z winy w sądzie panie prawnik- Oko błysnęło mu zza szkła okularów. – Ale nie będziemy przecież nic wypominać, było minęło.
- Dokładnie, było minęło, a teraz interesuje mnie, co dzieje się w tej chwili. – Postanowiłem powstrzymać swój sarkazm na pewien czas, przynajmniej dopóki nie dowiem się, co jest grane.
- Od razu lepiej panie prawnik- Zachichotał przy tym i znów kropelki śliny pofrunęły w stronę ziemi.
-Słyszałeś na pewno starą anegdotkę o specjalnym miejscu, do którego po śmierci przenoszą się prawnicy prawda? – Po sekundzie dodał – No, więc, bynajmniej nie jest to mityczna Valhalla.
-Co chcesz przez to powiedzieć? – Dokładnie wiedziałem, co miał na myśli jednak mózg postanowił przyjąć fakt ten dopiero, gdy usłyszę to z jego plugawych ust.
-Taki bystry i nie łapie? – Znów zachichotał – No, więc jesteś w piekle panie prawnik.
-Niech no spojrzę w akta – Podniósł ze stolika plik brudnych dokumentów i szukał czegoś chwilę.
-Przecież ja nie umarłem do jasnej cholery! – Krzyknąłem – Chyba bym coś pamiętał?
I właśnie wtedy jak na zawołanie stanął mi przed oczami kontuar z kilkoma kieliszkami w Nowojorskim „Pushers”. Obraz rozwiał się i następne, co zobaczyłem to drzwi mego apartamentu. Lekko piekący policzek przypomniał o dywanie, po którym przesunęła się moja twarz.
-O kurwa...- Przebłysk elokwencji numer trzy.
- Hieh heh – Zamruczał Bill – Pan prawnik sobie przypomniał.
-Technicznie rzecz biorąc jeszcze nie jesteś do końca martwy, będziesz dopiero za spójrzmy – Rzucił okiem na zegarek z rozbitym cyferblatem – za dokładnie piętnaście minut.
-Jeszcze próbują cię resuscytować – Uśmiechnął się – Nie uda im się.
I faktycznie w płucach czułem jakieś mrowienie. Racjonalna część mózgu krzyczała, że to wszystko tylko sen. Nos podpowiadał, że jednak nie. Nawet gdybym popuścił przez sen to nie śmierdziałoby tak straszliwie jak to miejsce.
- Rany boskie, nie chcę nawet się zastanawiać, w jaki sposób taka kanalia jak ty się tu znalazła – znowu się uśmiechnął, gdy to mówiłem, może powinienem zostać komikiem skoro potrafiłem tak doskonale rozbawiać ludzi.
- Ta kanalia znalazła się tu, bo nie wybroniłeś jej w sądzie – Jakiś pomruk przeszedł po stojących w rzędzie pustych osobach. Mężczyzna tuż za mną bezwiednie drapał się ręką w nagie udo. Pod paznokciem uzbierał już całkiem sporo własnej zdartej skóry.
- Wiesz, o co mi chodziło, co ty tutaj robisz z tym całym stołeczkiem i resztą majdanu – Postanowiłem błysnąć jeszcze raz pomimo przerażającej sytuacji.
-Co z nimi? – Zapytałem – Faszerujecie ich meskaliną czy jak?
-Oni? – Podszedł do jednej z kobiet w kolejce, która miała wyraźną czerwoną linię oddzielającą jej szyję z głową.
- Po śmierci dusza trafia do nas a że ciało jest dobrym nośnikiem bólu – Mówiąc to wsadził kobiecie palec w linię na szyi powiększając ją do rozmiaru otworu, z którego buchnęła krew.
Usta kobiety wygięły się w nienaturalnym bolesnym grymasie. Oczy pozostały puste. Nie wykrztusiła żadnego słowa. Mruczała tylko cicho pod nosem ni to z bólu ni o zgrozo z przyjemności?
- Zostawiamy duszę i podstawowe procesy myślowe – Doktoryzował się – Czują ból i wiedzą, dlaczego się tu znaleźli.
Wyjął palec z szyi kobiety. Wargi wróciły na swe dawne miejsce a grymas bólu zniknął.
- A ty?
- Ja? – Po twarzy przebiegł mu sprytny grymas – Powiedzmy, że to, co komuś nie podobało się na górze bardzo spodobało się tym na dole.
To by wiele tłumaczyło pomyślałem. Morderca i gwałciciel, czego wymagać więcej.
- Ale dlaczego znalazłem się tu ja? – Zastanawiałem się czy to pytanie ma w ogóle jakiś sens.
- He he, broniłeś największych szuj doskonale wiedząc, że są winni, więc proszę nie pytaj o takie banały panie prawnik.
Żar z nieba lał się nieugięcie. Ciała dokoła wydzielały zapach kwaśnego potu, na który już przestałem zwracać uwagę. Powiadają, że po pewnym czasie człowiek przywyka do każdego zapachu.
- Jesteś kimś wyjątkowym Dawidzie, pozwól, więc że osobiście oprowadzę cię po naszej przytulnej okolicy. – Oblizał suche wargi, lecz to w niczym im nie pomogło. W dalszym ciągu skóra pozostała spieczona i popękana w kilku miejscach.
- Co ze mną będzie? – Czułem się coraz słabszy.
-Oj głuptasie – Użył tonu, jakim matki mówią do swoich dzieci – Powiesimy cię na krzyżu tak jak całą resztę i pozwolimy by słońce powoli cię zabiło.
-Ale...- Zgubiłem się w domysłach – Przecież technicznie jestem martwy.
- I to jest właśnie najpiękniejsze panie prawnik – Zachichotał doprowadzając mnie niemal do szału.
-Słońce powoli wysuszy twoje ciało jak winogrono na słońcu, skóra popęka a kiedy zgaśnie już twoja iskierka to wszystko zacznie się na nowo.
-Umrzesz i będziesz umierał wciąż na nowo – Zamyślił się – I tak do końca wszystkiego, może nieco monotonna wizja jednak uwierz mi, że jak najbardziej niemiła.
-Jezu- Wyszeptałem.
-Ciiii – Przyłożył brudny tłusty paluch do spękanych warg – Tego imienia tutaj nie wypowiadamy.
-Kilku innych zresztą też, więc proszę zachowuj się godnie panie prawnik.
Minęliśmy grupę krzyży wewnątrz kanionu w nieco mniej nasłonecznionym miejscu o ile takie mogło istnieć na tym przeklętym terenie. Z pośród trzech wiszących na krzyżach postaci dwie nie ruszały się wcale. Jedna natomiast właśnie wymiotowała gęstą błotnistą substancją na swoją klatkę piersiową. Być może były to jej jelita.
- Dostaniesz piękne miejsce Dawidzie – Podrapał się po brodzie – Będziesz miał cudny widok na dolinę.
-Może się dogadamy? – Instynkt prawniczy chwycił rozpaczliwie ostatnią deskę ratunku – Zrobię wszystko.
-Głuptasku – Pogłaskał mnie spoconą ręką po włosach i spojrzał w oczy – Nie masz niczego, co mógłbyś nam dać.
Przez chwilę wydawało mi się, że jego oczy zmieniły się. Wcale mi się to nie podobało.
Dotarliśmy po chwili na wzgórze. Bliźniacze do tego, z którego zbiegałem. Kanion skończył się bardzo szybko, jak gdyby ktoś odciął z plasteliny jego pozostałą część i wstawił w to miejsce brązową, pełną pyłu górę. Dotarcie na szczyt zajęło nam zadziwiająco mało czasu.
Cóż, czas działał w tym miejscu według innych zasad, doszedłem do wniosku.
-Spójrz Dawidzie, jaki piękny widok.
Nie miałem siły odpowiedzieć. Przede mną rozciągał się krajobraz składający się tylko i wyłącznie ze wzgórz i dolin wypełnionych krzyżami. W powietrzu smród podkreślał swoją obecność a z oddali niosły się krzyki i pojękiwania setek tysięcy umęczonych ciał. Samotna łza popłynęła po moim policzku i prawie natychmiast zniknęła w upale pozostawiając tylko słony ślad.
-To nie może tak się skończyć – Popatrzyłem na Billa. – Nie może.
- Obejrzyj się Dawidzie – Wykonał dłonią ruch nakazujący mi obrócić się.
Spojrzałem i chciałem upaść, lecz jakaś siła powstrzymała mnie od tego. Patrzyłem jak rósł przede mną drewniany krucyfiks. Gwoździe, okropnie grube gwoździe już leżały na ziemi.
Mimowolnie zacząłem ściskać dłonie i wbijać stopy w pomarańczową ziemię.
-Po którymś razie przyzwyczaisz się Dawidzie – Po chwili dodał – Wtedy znajdziemy dla ciebie nowe urozmaicenia.
Szyderczy śmiech przewiercił mi uszy.
-Boże, nie daj mi tak skończyć.- Wyszeptałem pod nosem. Zabawne jak szybko postanowiłem zrobić z siebie najbardziej zagorzałego chrześcijanina na świecie.
-Ciiii dziecko – Bill szeptał mi do ucha – On ci już nie pomoże, teraz jesteś na kolonii u nas a rodzice są daleko.
-Nieeeee! – Wrzasnąłem z całych sił – To się tak nie skończy!
...Sygnał...
-Ależ zapewniam cię Dawidzie, że tak – zarechotał.
...Sygnał...
-Nie możecie mi tego zrobić, nie możecie.
-A, kto nam w tym przeszkodzi Dawidzie? – Dodał po chwili – Jesteś sam panie prawnik, Bóg cię opuścił.
...Mocniejszy sygnał...
-Błagam nie rób tego – Głowa zaczęła mi pulsować, miałem wrażenie, że zaraz pęknie.
-Za długo na ciebie czekałem Dawidzie słyszysz?
Słyszałem, ale głos dochodził do mnie coraz słabiej. Jak przez mgłę widziałem moje własne ciało, moje własne stopy, które wbrew rozkazom mózgu poczęły kierować się w stronę drewnianej konstrukcji. Patrzyłem jak moje własne ręce rozkładają się w geście krzyża.
...Znów sygnał...
- Ha ha ha – Słyszałem śmiech tego drania, który drażnił wszystkie połączenia nerwowe.
-Długo czekałem Dawidzie, teraz jesteś mój.
Podniósł coś z ziemi, po chwili dostrzegłem, że to drewniany młotek z bardzo pokaźnym trzonkiem.
-Drewnianym gwoździe wbija się znacznie dłużej – Wyjaśnił zadowolony z siebie Bill głosem profesora uniwersytetu.
-Proszę- Zdołałem wyszeptać tylko tyle, gdy przeszła mnie fala bólu po pierwszym uderzeniu.
Skóra na dłoni eksplodowała małą fontanną krwi i każdym mięśniem, każdym nerwem w dłoni poczułem zimny i obrzydliwy dotyk metalu.
-Jesteś mój panie prawnik i zrobię z tobą, co tylko zechcę mlah hah – Zapluł się wyrzucając z siebie te słowa.
Uderzył ponownie. Pulsowała mi cała ręka, pulsowała głowa a postacie na krzyżach dokoła mruczały zupełnie tak jakby podobało im się to przerażające widowisko. Poczułem ukłucie bólu a potem była już tylko ciemność.
Zemdlałem a ostatnie, co dotarło do mej świadomości zanim ktoś nacisnął wielki przycisk OFF był charkoczący i podniecony głos Billa.
-Jesteś mój Dawidzie, długo na ciebie czekaliśmy. Ciszę rozdarł jeszcze jakiś sygnał, którego źródła nie potrafiłem sobie uświadomić. Potem nie było już nic poza pustką.

Epilog

Karetka mknęła ulicami Nowego Yorku z prędkością znacznie przekraczającą obowiązujące ograniczenie prędkości. Sygnał w asyście błysków koguta rozrywał ciemność nocy.
-Jeszcze dwa miligramy adrenaliny John – Jakiś głos
Powoli uniosłem ciężkie jak ołów powieki i przez czerwoną zasłonę zobaczyłem nad sobą pochylające się postacie. Dwóch lekarzy rozpoznałem natychmiast. Trzecia była Klara. Moja kochana.
-Ja...Klaro...- Z trudem składałem słowa.
-Wrócił do nas Hutch!- Lekarz darł się, mimo że jego partner był niespełna metr od niego.
-Klaro...- Zakrztusiłem się własną krwią.
-Nic nie mów Dawidzie.-Łza popłynęła po jej policzku – Wszystko będzie dobrze.
Przewróciłem oczami, było mi duszno, więc obróciłem głowę na bok. Wszędzie widziałem krew. Moją własną.
Czułem się bardzo zmęczony, ale szczęśliwy. To wszystko było tylko obrzydliwym i strasznym snem. Klara jest przy mnie. Rzucę te pieprzoną robotę i wyjedziemy gdzieś razem. Oszczędności w zupełności wystarczy. Będziemy rodziną a nasze dzieci wyrosną na zdrowe i silne. Chciało mi się spać.
-Puls spada na łeb na szyję John!- Ktoś krzyczał, ale słyszałem go bardzo słabo.
-Proszę się odsunąć panienko. – Lekarz odciągnął Klarę na bok.
Szum w głowie nie pozwalał mi zbyt jasno myśleć.
...Dawidzie...
Dobrze, że to był tylko pieprzony sen. Teraz wszystko zmieni się i będzie cudownie.
Przeszyte setkami woltów ciało podskoczyło na niewielką wysokość.
...Dawidzie...czekam...
-Dawidzie wróć do mnie!- Klara cała we łzach ściskała moją dłoń.
Chciałem trzymać ją mocno i nie puszczać, lecz nie mogłem. Palce odmówiły mi posłuszeństwa a dłonie piekły niesamowitym bólem.
...Czekam...
-Hutch, krwawienie na dłoniach! – Słyszałem gdzieś z bardzo daleka – Podkręć defibrylator, tracimy go!.
Wszystko gdzieś znikało i rozpływało się. Została tylko ciemność. A w niej głos. Jakże znajomy w dodatku. Rozbrzmiewał gdzieś w mojej głowie i wiedziałem, co to znaczy.

-Długo na ciebie czekałem Dawidzie...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -