Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Nocna Zmiana (czyli Święto Zmarłych na VG)

Michał Galczak

Dzięki Darius – Ty już wiesz za co...

„Ja Tobie cieniem, lecz Ty piekłem widzisz mnie…”
Paweł „Drak” Grzegorczyk


Darek usiadł na skraju łóżka i schował głowę w dłonie. Przycisnął je mocno do czaszki, próbując stłumić tępe piszczenie w uszach. Po chwili nieprzyjemne uczucie zawrotów, towarzyszące dźwiękowi ustało. Chłopak ziewnął i przeciągnął mięśnie karku, które cicho zatrzeszczały poddane takiej gimnastyce. W ustach poczuł niesmak nocy. Wiedział czym go zdusić. Sięgnął po papierosy i jednego z nich włożył do ust. Po omacku wyszukał pudełko z zapałkami i po chwili jedną z nich nieco rozświetlił pogrążony w ciemności pokój. Zerknął na koniec papierosa.
- To ten drań ze snu.. – mruknął pod nosem.
Jeszcze kilka minut temu, we śnie przeżywał obrazy, które przemykały przed jego oczami wyobraźni. Widział ciemność i złowieszczo nachylone konary drzew. Czuł chłód nocy i strach. Czuł zapach palonego tytoniu. Widział czyjąś postać, co chwilę wciągającą kolejne porcje dymu w płuca. Chwilę wcześniej postać wyszarpnęła się ostatnim gałęziom, uwalniając się z otoczenia lasu. Teraz próbowała uspokoić się papierosem, którego została niecała połowa. Naraz coś uderzyło w klatkę piersiową człowieka, atakując jego płuca i dalej, przeżerając błyskawicznie kolejne organy, sięgnęło krtani, a nawet mózgu. Darek widział postać, która wykrzywiona w cierpieniu, wyrywała ostatnie oddechy z zimnego powietrza nocy, odrzucając papierosa i przykładając dłonie do szyi. Opuchnięte gardło w błyskawicznym tempie zawężało tchawicę cierpiącego i po chwili eksplodowało, rozbryzgując wokół krople czarnej posoki wraz z fragmentami tkanki. Skąpana we własnej krwi postać klęknęła, a w chwilę później bezwładnie opadła na ziemię, charcząc i desperacko próbując złapać najmniejszy choćby oddech. Jeszcze przez moment jej ciałem wstrząsały drgawki, lecz po chwili zastygła w bezruchu. Powiew powietrza przyniósł ze sobą chichoty i trupi smród, które zapanowały cała przestrzenią sny Darka. Nad postacią pochyliły się dwa smukłe charty, obwąchując zwłoki. Chłopak poczuł ich oddechy na swej twarzy. Jeden z psów gwałtownie szarpnął wciąż ciepłym ciałem palacza. Wtedy właśnie Darek obudził się, niepewnie sprawdzając swoją szyję, czy aby na pewno jest cała.
Teraz, tuż przed przypaleniem papierosa, ponownie sięgnął do gardła. Pod nieogoloną skórą wyczuł własne tętno. Przesunął dłonią w dół, a następnie ku górze.
- Ciekawe, czy gdzieś tu jesteś… - szepnął przymykając oczy.
Zdawał sobie sprawę z tego, że każdym wypalonym papierosem przechyla szalę na korzyść ewentualnego nowotworu. Nie zamierzał jednak rezygnować z palenia. Czemu miałby pozbawić się praktycznie jedynej przyjemności, na jaką stać go każdego dnia?
- Cholerne fajki, cholerne VG! – zaklął pod nosem.
Syknął, parząc sobie palce dopalająca się zapałką. Wyciągnął od razu następną i potarł o brzeg pudełka. Kolejna maleńka pochodnia zapłonęła w jego dłoni. Przyłożył ją do papierosa i mocno zaciągnął się pierwszym obłokiem dymu. Wnętrze pokoju od razu stało się bardziej przyjazne, bardzie znośne. Gdyby jeszcze nie ta dobowa zmiana. Aż strach pomyśleć, że sam to wyprosił. Dwa tygodnie temu postanowił przedstawić szefowi swoją propozycję. Miał dosyć nocnych zmian dwa razy na tydzień, które dawały mu marne pieniądze i poczucie ogłupienia przez resztę tygodnia. Komendant przyjął jego chęci z otwartymi ramionami i przydzielił do nowego systemu – dwadzieścia cztery na dwa: pracujesz dwadzieścia cztery godziny, a potem dwa dni masz wolne. Na pozór zupełnie sprawiedliwy układ, ale po dwóch takich zmianach nie przypominasz już człowieka, a pozbawionego życia zombie.
Darek zerknął za okno. Na zewnątrz wciąż było ciemno. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta. Niebawem budzik zakłóci sen pozostałych domowników i znów będą mieli do niego pretensje o nocne hałasy. Zupełnie, jakby mógł coś na to poradzić. Choć z drugiej strony… I tak od dłuższego czasu budził się przed budzikiem. Jego organizm chyba uznał, że nie potrzebuje więcej niż trzy do czterech godzin snu na dobę i codziennie fundował mu pobudki koło piątej rano. Darek dopalił papierosa i zadusił go w przepełnionej popielniczce. Ubrał się i zszedł na dół do kuchni. Po drodze mijał uchylone drzwi pokoi. Z każdego dobiegały spokojne oddechy pogrążonych w śnie członków jego rodziny.
„Nawet nie wiecie, jak wam zazdroszczę” pomyślał przechodząc przez ciemny korytarz. Zapalił światło w kuchni. Pierwszy błysk stuwatowej żarówki kazał mu natychmiast zamknąć oczy i uniknąć bólu rażącego światła. Po chwili jego wzrok przyzwyczaił się do odmiany. Darek wstawił na gaz czajnik z wodą, odpalił kolejnego papierosa (matka będzie się na niego darła, że znów palił w kuchni) i zabrał się za robienie kanapek. Kilka minut później niedopałek dogorywał w zlewie, a w kuchni, prócz tytoniowego dymu, rozniósł się aromat świeżo zaparzonej kawy.
- Kawa, kawusia, kawunia moja! – parsknął śmiechem chłopak, przypominając sobie skecz jakiegoś kabaretu, który widział niedawno w telewizji.
Pierwszy łyk gorącego płynu od razu go oprzytomnił. Dla kubka gorącej kawy spokojnie mógłby zrezygnować z kanapek. Mógłby, ale nie musiał. Przeżuł szybko śniadanie, koncentrując uwagę swoich kubeczków smakowych na kawie. Po skończonym posiłku wrzucił naczynia do zlewu i skierował się do wyjścia. Zamykając drzwi wejściowe spojrzał jeszcze na śpiącego na swoim posłaniu Greka. Brązowo-szary wyżeł z niesmakiem obrzucił go leniwym spojrzeniem, po czym odwrócił łeb, zdegustowany zamieszaniem o tak wczesnej porze.
Chłopak zatrzymał się przy wiacie przystanku PKS i wyjął pudełko z papierosami. Przeliczył jego zawartość. Wyszło mu siedemnaście sztuk. Na całą dobę na pewno mu nie wystarczy. Będzie musiał znowu wejść do Maria, na stację benzynową. Już miał wyciągnąć sobie jednego papierosa, gdy przed oczami pojawiły się obrazy krztuszącej się postaci z jego snu. Znów poczuł ból i cierpienie, jakie przyszło z atakującym nowotworem.
- A diabli by to wzięli… - splunął przed siebie i schował papierosy do kieszeni spodni.
Między drzewami leniwie zaczynały przeświecać pierwsze, nieśmiałe promienie rodzącego się ponownie słońca. Autobus podjechał punktualnie, jak zwykle. Darek przecisnął się między fotelami, z których spoglądały na niego zaspane, nieprzytomne oczy innych ludzi, którzy podobnie, jak on mieli to szczęście podróżować o tak nieludzkiej porze. Po niespełna godzinie był na miejscu. Wyskoczył z ikarusa i poczłapał na stację benzynową po fajki. Następnie ruszył przez las, w stronę dawnej fabryki – jego obecnego miejsca pracy. Kumple dziwili się, gdy mówił, że pracuje w nieczynnej fabryce. Prawdę mówiąc – sam się czasem temu dziwił. Lepsza jednak cicha i spokojna nieczynna fabryka, niż tętniąca życiem hala produkcyjna. Poza tym w budynkach VG zostało jeszcze trochę sprzętu – kilka starych komputerów, maszyny produkcyjne, trochę materiału z zaopatrzenia – i na pewno kierownictwo firmy nie chciało tego wszystkiego oddać w ręce miejscowych szabrowników.
Po kilkunastu minutach marszu Darek dotarł pod główną bramę fabryki. Studenta jeszcze tam nie było, postanowił więc poczekać na niego kilka minut. Na początku było mu obojętne, że dostał zmianę ze Studentem. „Współpracownik, jak każdy inny” – pomyślał sobie wtedy. Niestety już pierwszego dnia okazało się, że bardzo się mylił. Student okazał się prawdziwym wrzodem na dupie. Potrafił gadać od świtu do nocy, a później całą noc, do kolejnego świtu. Opowiadał bezsensowne historie, przeskakiwał z tematu na temat, ale co najgorsze – nie było dosłownie niczego w tych opowieściach, co mogłoby choć trochę zainteresować Darka. Bełkotał, mylił się i lekko zacinał. Stanowił absolutne zaprzeczenie sztuki konkretnej wypowiedzi. Do tego Student śmierdział jak stary cap, brudem i potem. Jego oddech cuchnął trawioną kawą i wiecznie odbijającym się posiłkiem. Obcowanie z tym człowiekiem było dla Darka prawdziwą męczarnią. Część tego cierpienia zniknęła jednak na ostatnich dwóch zmianach. Przez pierwsze trzy chłopak myślał, że oszaleje w towarzystwie swojego partnera. Na kolejnej zmianie jednak Student zamilkł. Zagadnięty rzucał jedynie kilka urywanych w połowie zdań, po czym odwracał się i wychodził na obchód terenu. „Zawsze to lepiej, niż gdyby miał tak gadać jak wcześniej” pomyślał wtedy Darek „No i źródło tego smrodu trzyma się w końcu z daleka ode mnie”. Na ostatniej zmianie Student nie odezwał się już ani słowem, a cały czas spędził poza budynkami VG. Wyglądał na przybitego, więc chłopak postanowił nie dopytywać się o nic. Tak na wszelki wypadek, by nie drażnić współpracownika.
Student nie pojawiał się przez dłuższy czas, więc Darek szarpnął bramkę wejściową i ruszył w stronę dyżurki. Otworzył drzwi wejściowe i zagłębił się w mroku korytarza. Skręcił do głównego pokoju i stanął za fotelami, na których w najlepsze pochrapywali jego zmiennicy.
- Jasne. Wartownicy od siedmiu boleści… - westchnął kręcąc głową.
Złapał latarkę i z całej siły zaczął nią uderzać o metalową szafkę.
- Wojna! Wojna! – krzyknął głośno – Wooojnaaaaaaaa!
Z fotela stojącego najbliżej szafki poderwał się mężczyzna. Z zamkniętymi oczami obrócił się w miejscu, po czym schował się pod biurko.
- Zaraz ci z dupska wybiję te głupie żarty! – warknął z drugiego fotela zaspany Pionek. Stanął na nogi i przeciągnął się szeroko, głośno przy tym ziewając.
- Ładnie pilnujecie, nie ma co! – zachwycił się Darek.
- Odwal się! – odszczeknął wyczołgujący się spod biurka Andrzej. Rozejrzał się dookoła i zdziwiony spojrzał na Darka.
- Co jest? Sam dzisiaj jesteś? Gdzie Student?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Wszystko jedno, nawet lepiej, jak sam będę.
Mężczyźni zebrali swoje rzeczy i gotowali się do opuszczenia posterunku.
- No to trzymaj się, młody! – pokrzepił Andrzej podając Darkowi swoją wielką dłoń.
- No, do zobaczenia za dwa dni… - mruknął przechodzący obok nich Pionek.
Po chwili Darek został sam.
- No i dobrze, że go nie ma. – mruknął sam do siebie.
Wypełnił odpowiednie rubryki w formularzu warty, po czym wyciągnął nogi na blacie biurka, odpalił papierosa i otworzył książkę, wracając do przerwanej ostatnim razem historii.
„Gdy sięgał w jego wnętrze - czytał jak z otwartej księgi. Śledząc wydarzenia przeszłe i teraźniejsze studiował historię świata, a zarazem wypełniał luki w swej pamięci. By wykonać taką skomplikowaną operację potrzebował niemal całkowitej ciszy i skupienia, nie chciał zakłócić snu kamienia. Dlatego musiał całkowicie odciąć się od świata zewnętrznego, pozbawić zmysłów by móc zjednoczyć się z kamieniem. Przez wiele dni tkwił w kompletnym bezruchu siedząc skulony w mrocznej wnęce jaskini. Powoli kończył sesję i powracał do świata żywych. W samą porę, bo cierpliwość demona osiągnęła właśnie swój kres.
- Krew i popioły!!! – zaklął Piołun – Cholerne zadupie! Na tym pustkowiu nic się nie dzieje. Nudzę się!...”
Darek uniósł na ułamek sekundy wzrok nad książką. Wydawało mu się, że coś przemknęło przed szybą okna dyżurki.
- Krew i popioły… - szepnął, odkładając otwartą książkę i wstając z fotela. Wychodząc na korytarz zaciągnął się jeszcze dymem z papierosa, a następnie zgasił go podeszwą buta na kamiennej posadzce. Odpiął zatrzask na pojemniku z gazem łzawiącym i bezszelestnie wysunął się na zewnątrz. Trzymając się ściany budynku kroczył w stronę, w którą poszła postać. Minął okna dyżurki i zbliżył się do końca ściany. Wziął głęboki oddech, mocniej ścisnął przytroczoną do pasa buteleczkę z gazem i na sekundę wychylił się, lustrując wzrokiem teren fabryki. Pośrodku placu stał Student i wpatrywał się w pobliskie zarośla, paląc papierosa. Darek westchnął z ulgą. Otarł rękawem pot z czoła i wyszedł kilka kroków w stronę partnera.
- Dzień dobry! – zawołał.
Mężczyzna stał dalej nieruchomo plecami do Darka.
- Hej! Dzień dobry! – powtórzył chłopak.
- Bry… - burknęła przygarbiona postać, nie przestając gapić się na zarośla.
Darek wzruszył ramionami. Odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem do dyżurki. Wrócił do lektury i do kolejnego papierosa. Kolejne kilka godzin spędził na czytaniu, co jaki czas tylko zerkając za okno. Odpuścił sobie patrole na terenie fabryki, skoro na zewnątrz w dalszym ciągu znajdował się Student. Na całe szczęście zabrał ze sobą książkę, inaczej zanudziłby się tu na śmierć. Nie było telewizora, ani radia (był co prawda stary, poobijany grundig, ale odbierał wyłącznie stacje na długich falach, co sprowadzało się do programu w obcym języku na tle irytującego szumu, a to powodowało rozpacz już po kilku minutach słuchania). Koło południa zrobił sobie krótką przerwę. Wyszedł na zewnątrz i wyjrzał na plac, na którym widział ostatnio Studenta. Mężczyzna wciąż znajdował się na placu, choć przesunął się nieznacznie w stronę zarośli. Darek nabrał powietrza. Już miał się odezwać i zapytać – o cokolwiek, gdy usłyszał dźwięki ze strony Studenta. Mężczyzna odpalił papierosa i mamrotał pod nosem, wypuszczając z ust obłoki dymu.
Chłopak wypuścił powietrze i postanowił wrócić do dyżurki. „Jeśli Student ma zamiar sterczeć na dworze przez całą zmianę – to tylko i wyłącznie jego sprawa” pomyślał Darek. Zatrzasnął za sobą drzwi i usiadł przy kubku kawy.
- Rozpuszczalna, ale kawa… - westchnął i pociągnął mały łyczek.
Rzucił okiem na kalendarz wiszący na ścianie, chcąc sprawdzić datę.
- Zaraz, zaraz… - mówił sam do siebie – Wczoraj był czwartek, więc dzisiaj jest… Trzydziesty dzień października…
Postawił palec na kratce z datą.
- Jutro Święto Zmarłych…
Pochylił się nad blatem biurka i od niechcenia zaczął szkicować na jednej z kartek bezładne kształty. Zdecydowanymi pociągnięciami ołówka kreślił okręgi i łuki, poprawiając co chwilę ich krawędzie. Nawet nie zorientował się, gdy minęły kolejne godziny i okolicę powoli zaczynał spowijać wieczorny mrok. Darek odrzucił ołówek i wyciągnął się w fotelu. Kręgosłup chrupnął w okolicach krzyża, sprawiając przyjemną ulgę swojemu właścicielowi. Chłopak przetarł oczy, masując przy tym powieki. Spojrzał za okno i w jednej chwili znieruchomiał. Pośrodku placu przed dyżurką siedziały dwa psy. Charty. Oparte były o siebie i z wywieszonymi językami wpatrywały się w niego. Darek zerwał się z fotela i nachylił nad biurkiem, nie spuszczając wzroku ze zwierząt. Jeden z psów wyszczerzył zęby na widok wstającego człowieka, a następnie warknął groźnie w jego stronę. Chłopak usiadł posłusznie z powrotem. Nie mógł uwierzyć swoim oczom. Charty siedzące przed oknami dyżurki były identyczne, jak te z jego snu. Odruchowo przysunął rękę do szyi, przypominając sobie pękającą krtań i potok krwi bryzgający z rany postaci, o której śnił. Strach maleńkimi łapkami przemknął po jego plecach, stawiając na baczność każdy najmniejszy nawet włosek na jego ciele. „Boże… Chyba nie przyszły po mnie?” przeraził się i przycisnął mocniej dłoń do gardła. Dyskretnie powiódł wzrokiem po pomieszczeniu dyżurki, szukając czegokolwiek, co pomogłoby mu w ewentualnej konfrontacji z chartami. Zwierzęta były jednak potężne i potrzebowałby chyba solidnej strzelby, żeby je zatrzymać. W jego otoczeniu znajdowało się jedynie kilka półtoracalowych rurek, przyniesionych kiedyś z magazynu fabryki.
- Dobre i to… - pokrzepił się chłopak.
Zerknął przez okno. Psy zniknęły. Przybliżył się do szyby, poszerzając kąt widzenia. Na zewnątrz nie było żadnego psa. Zwierzęta zniknęły zupełnie bez śladu.
- Może to złudzenie…
Darek opadł na fotel, wciąż wpatrując się w coraz bardziej pogrążony w mroku plac. „Za chwilę powinny się włączyć na zewnątrz lampy nocne…”
Prawie jednocześnie z jego myślami zamrugały żarówki olbrzymich reflektorów znajdujących się na ścianach fabryki. Początkowo żółte światło zaraz przeistoczyło się trupio bladą poświatę, rozjaśniając okolicę budynku dyżurki. Darek pochylił się po jedną z rurek i przycisnąwszy ją do kolan wlepił wzrok w plac za oknem. Po godzinie czuwania zaczęła ogarniać go senność. Powoli głowa sama przechylała się na jedno z ramion, a powieki zamykały się, sprowadzając na niego drzemkę. Darek bronił się przed snem jeszcze przez jakiś czas. Walczył z nim, chwilę potrząsając głową i przecierając zmęczone oczy. Jego wysiłki spełzły jednak na niczym i w końcu pogrążył się w odpoczynku.
Przebudził się i od razu spojrzał na zegarek. Do północy brakowało zaledwie dwudziestu minut. Zerknął do kubka, z nadzieją, że zastanie w nim resztki kawy. Niestety naczynie było zupełnie puste. Zaczął przygotowywać nową porcję. Włączył elektryczny czajnik i nasypał do kubka odpowiednią ilość granulowanej kawy. Po chwili namysłu postanowił zasypać to większą ilością cukru, niż zwykle. Przełącznik czajnika kliknął i chłopak napełnił naczynie wrzątkiem. Mieszając zawartość zbliżył się do swojego fotela. Brunatny płyn zalał pokaźną kałużą blat biurka, gdy Darkowi drgnęła ręka po spojrzeniu na plac przed dyżurką. W tym samym miejscu, co wcześniej, siedziały na wprost niego te same dwa charty. W bladym świetle lamp ich wygląd sprawiał wrażenie złowieszczego. Chłopak odstawił kubek i wytarł oblaną dłoń w spodnie. Opadł ciężko na fotel i patrzył tępym wzrokiem na uśmiechające się do niego psy. Ogromne łby zwierząt kiwały się do góry i na dół, podążając za wywieszonymi jęzorami. Sprężyste mięśnie drgały pod ich gładką skórą. Nagle psy obejrzały się w swoją prawą stronę, nastawiając uszu i unosząc nosy ku górze, po czym błyskawicznie umknęły z pola widzenia Darka. Fala gorąca przetoczyła się przez ciało chłopaka, oblewając je kroplami potu. Strach zablokował jego przełyk i Darek musiał zdobyć się na duży wysiłek, by przełknąć ogromną kulę trwogi i móc dalej swobodnie oddychać. Wychylił się, spoglądając w miejsce, w które uciekły charty, lecz nie dopatrzył się tam żadnego ruchu. Odsunął się od okna i usiadł w fotelu. Cieszył się, że jest w zamkniętym pomieszczeniu i nie zamierzał go już opuszczać aż do zakończenia zmiany. Przed oknem zamajaczyła postać Studenta, który najwidoczniej postanowił pojawić się w dyżurce. Po chwili chłopak usłyszał szczęk otwieranego zamka i kroki mężczyzny na korytarzu. Uspokoił się odrobinę, mając świadomość obecności drugiej osoby. Student wszedł do pomieszczenia i stanął na środku. Darek pochylił się nad rozlaną kawą i zaczął zbierać chusteczkami jednorazowymi jej brązowe kałuże.
- Nie wie pan, skąd nagle na naszym terenie psy? – spytał nie odwracając wzroku – Nie wiedziałem, że je nam przydzielili.
Odpowiedziała mu cisza.
- Na dobrą sprawę to dobrze… - ciągnął dalej – Odpadają nam patrole na zewnątrz, nie?
Usłyszał za sobą bulgot i charczenie.
Darek odwrócił się do swojego współpracownika. Otworzył szerzej oczy, nie mogąc uwierzyć temu, co zobaczył. Na środku pomieszczenia stał Student, lekko pochylony. Jego twarz pokrywały sine plamy, a w oczach tańczyły ogniki obłędu. Mężczyzna obnażył zęby i wyszczerzył się w diabolicznym uśmiechu.
- Psy, mówisz… - syknął przez zaciśnięte usta – A może tygrysy?
Z kącika ust Studenta spłynęła pokaźna porcja śliny. Darek stęknął.
- Co? – wyszeptał przerażony.
Zerknął na biurko, w miejsce, na które odłożył rurkę. Musiałby być naprawdę szybki, by jej teraz sięgnąć. Mężczyzna zbliżał się powoli, wwiercając w niego swój skupiony wzrok. „Teraz, albo nigdy” pomyślał chłopak i rzucił się w stronę przedmiotu. Położył dłoń na zimnym metalu i zacisnął na nim palce. Napiął mięśnie ramienia i przygotował się do zadania ciosu. Jego współpracownik był jednak szybszy. W jednej chwili znalazł się za Darkiem i ogłuszył go potężnym uderzeniem, zadanym w tył głowy. Chłopak opadł na podłogę tracąc przytomność.
Obudził go pisk w uszach i zapach papierosowego dymu. Uderzenie zamroczyło go i teraz wolno wracał do rzeczywistości. Przed sobą zobaczył Studenta. Stał pochylony nad Darkiem, z przekrzywioną głową i tlącym się w kąciku ust papierosem, i patrzył w jego stronę. Nie patrzył jednak na niego, bardziej przez niego, przez podłogę i dalej, wgłąb ziemi. Chłopak zaczął czołgać się do tyłu. Zatrzymał się dopiero na ścianie.
- Już niedługo, mój drogi… - wyszeptał mężczyzna, wciąż patrząc gdzieś poza Darka.
Chłopak zmrużył oczy. Podsunął dłoń pod nos i wytarł nią strużkę krwi wypływającej z jednej z dziurek.
- Jeszcze tylko kilka minut… - Student powrócił wzrokiem do rzeczywistości i spojrzał na zegar – Tylko kilka minut…
Darek podążył za spojrzeniem mężczyzny. Wskazówki prawie spotykały się na godzinie dwunastej, dochodziła północ.
- Co się stanie za kilka minut? – wybełkotał drżącym głosem.
Mężczyzna roześmiał się głośno i powiódł ramieniem wokół, jakby chciał złożyć dworski ukłon.
- Za kilka minut, mój przyjacielu…- odparł pochylając się nad Darkiem – Złożona zostanie ofiara. Samhain ma prawo zabrać dzisiaj jedną duszę. Jedną z tych, które żywe kroczą po ziemi…
Darek czuł na sobie oddech mężczyzny. Wydychane przez mężczyznę powietrze śmierdziało zgnilizną.
- Skathach zniknie tuż po północy i światy żywych i zmarłych przenikną się nawzajem. Jedno ziemskie istnienie jest przywilejem Samhaina. Tym istnieniem będziesz ty. Nie lękaj się, to nie będzie takie straszne… - mężczyzna sięgnął po strażacki topór, który wcześniej musiał wydobyć z szafki z gaśnicą – To potrwa tylko chwilę…
- O czym ty mówisz, człowieku? – wrzasnął Darek – Jaki Samhain? Jaka ofiara?
W oczach chłopaka pojawiły się łzy.
- Ty oszalałeś!
Student uśmiechnął się tylko. Splunął w dłonie i roztarł ślinę, trzymając topór między udami. Następnie chwycił trzonek narzędzia i uniósł ostrze nad głowę. Zawiesił broń w oczekiwaniu i wlepił wzrok w tarcze zegara.
Darek postanowił nie czekać na rozwój wydarzeń. Z całej siły kopnął podeszwą w piszczel stojącego nad nim mężczyzny. Student zachwiał się i tracąc równowagę - wypuścił z rąk topór. Uderzona noga uciekła mu do tyłu, a sam mężczyzna runął wprzód, prosto na Darka. Chłopak poderwał się z podłogi i rzucił do ucieczki. Kilkoma krokami pokonał krótki korytarz i nie oglądając się za siebie pchnął drzwi prowadzące na zewnątrz budynku. Wybiegł wprost w chłodne, nocne powietrze. Dopiero na środku placu przypomniał sobie o psach, które dwukrotnie wystraszyły go tego dnia. Rozejrzał się nerwowo dookoła, lecz nigdzie nie dostrzegł żadnego z nich. W drzwiach dyżurki pojawiła się natomiast postać Studenta. Mężczyzna ciągnął za sobą czerwony, strażacki topór, ostrzem rysując podłogę korytarza. Darek spojrzał w stronę bramy głównej. Dzieliło go od niej ponad dwadzieścia metrów, do tego odcinek ten przebiegał przed wejściem, w którym stał teraz Student. Chłopak spojrzał w drugą stronę, na zarośla, przed którymi cały dzień spędził jego partner. W zasadzie był to niewielki lasek, który w pewnym momencie ograniczało ogrodzenie z siatki.
„Może uda mi się dobiec do siatki …” pomyślał Darek i rzucił się biegiem w stronę krzaków. Kilkoma susami doskoczył do pierwszych gałęzi i nie bacząc na ich ostre kolce wbił się w gąszcz, chowając przed napastnikiem. Biegł przed siebie, co chwilę przyjmując kolejne uderzenia w twarz, brzuch i nogi. Po kilkunastu metrach dopadł ogrodzenia. Powiódł wzrokiem w górę i od razu zorientował się, że nie da rady przez nią przejść. Na szczycie siatki zamontowane zostały zwoje drutu kolczastego, który w połączeniu z gęstymi gałęziami stanowił zaporę nie do przebycia. Darek oparł się ciężko plecami o ogrodzenie. Co miał teraz zrobić? Dokąd mógł uciec? Nieopodal usłyszał ciężkie kroki Studenta. Mężczyzna przebijał się przez zarośla, pomagając sobie toporem.
- Przecież nie masz dokąd uciec! – nieopodal rozległo się wołanie Studenta.
Był naprawdę blisko. Zarys jego postaci wynurzył się spomiędzy drzew. Mężczyzna stanął w rozkroku, ciężko dysząc. Darek przesunął się wzdłuż siatki. Nie miał dokąd uciekać – to był fakt. Za plecami miał siatkę, przez którą nie uda mu się przeskoczyć, a przed sobą – wariata z toporem, który ubzdurał sobie, że złoży dzisiaj z niego krwawą ofiarę. Chłopak postanowił zrobić jedyną rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Schylił się i oparł na ramionach. Czołgając się chciał spróbować przemknąć się obok Studenta. Starał się poruszać możliwie jak najciszej. Ostrożnie stawiał każdy kolejny krok, uważając by nie robić żadnego hałasu. Był tuż obok mężczyzny. Słyszał jego ciężki oddech i dźwięk kciuka rytmicznie pocierającego ostrze siekiery.
- Wiesz, że w końcu cię znajdę! – warknął wściekle Student.
Darek zadrżał. Wyobrażał sobie, że jego dotychczasowy współpracownik wpada nagle na niego i nie słuchając żadnych próśb, ani błagań zatapia topór w jego ciele. Chłopak zaczął poruszać się szybciej. Jeśli uda mu się dobiec do bramy – być może ocali życie. Wyciągnął rękę przed siebie i oparł się na niej, przenosząc jednocześnie cały ciężar ciała do przodu. Poczuł, jak w dłoń wbija mu się ostro złamana gałąź. Drewno przebiło skórę i zagłębiło się w mięśniach, ocierając się o kości śródręcza. Darek stęknął z bólu i syknął. Mężczyzna, przed którym uciekał, ruszył od razu w jego stronę.
- Mówiłem, że mi nie uciekniesz! – usłyszał za sobą chłopak – Mówiłem, że ciebie znajdę!
Darek usłyszał następnie świst przeszywający powietrze gdzieś nad jego głową. Odruchowo przeturlał się w bok. Następną rzeczą jaką zobaczył był topór zagłębiający się z głuchym uderzeniem w ziemi, dosłownie centymetry od jego ramienia. Poderwał się na nogi i rzucił do ucieczki, z powrotem w stronę dyżurki. Za sobą słyszał ciężkie kroki goniącego go Studenta. Wypadł z zarośli i zrobił jeszcze kilka kroków, po czym zastygł w bezruchu na środku placu. W połowie drogi między budynkiem, a bramą główną stały przyczajone dwa olbrzymie charty. Warczały cicho, a ich białe kły błyszczały w świetle księżyca, nie wróżąc niczego dobrego.
- Chyba skończyły ci się możliwości ucieczki? – usłyszał za sobą głos Studenta.
Zrezygnowany chłopak opuścił ręce. Diabelski chichot przeszył okolicę fabryki. Obydwa psy zawyły w odpowiedzi na ten śmiech. Darek wiedział co robiły. Oznajmiały gdzie się znajdują.
- Teraz chyba nie muszę się już za Tobą uganiać. Zbliża się, czujesz? – rzekł Student opuszczając topór na ziemię i wyjmując z kieszonki koszuli paczkę papierosów. Wyjął sobie jednego i odpalił. Zaciągnął się łapczywie dymem i spojrzał na chłopaka.
- Chcesz? - spytał.
Darek pokręcił głową, na co mężczyzna wzruszył ramionami.
- Nie to nie. – skwitował.
Psy skończyły swój koncert i ponownie wlepiły wzrok w chłopaka. Węszyły z nosami przy ziemi, łapiąc każdy najmniejszy zapach, jaki tylko mogły wyczuć. Nagle zaskomlały i przylgnęły płasko do wysypanego piaskiem placu. Coś sunęło w powietrzu w ich stronę. Kształt w powłóczystych szatach płynął nad ziemią, pławiąc się we mgle, która go spowijała. Zatrzymał się przy bramie i czekał. Darek czuł na sobie jego zimne spojrzenie.
- Co do diabła… - wyszeptał i cofnął się kilka kroków.
- Bez przesady… - zaśmiał się Student – Nie mieszaj w to diabła!
Zdezorientowany chłopak wpatrywał się w postać, która teraz szeptała słowa, które brzmiały, jakby mówione na wspak. Student poruszył znacząco brwiami.
- Czujesz? – zapytał – Już za chwilę nadej…
Głos mężczyzny ugrzązł już na zawsze w jego gardle. Student odrzucił papierosa i chwycił się za gardło. Ze zdziwieniem spojrzał na unoszącą się nieopodal bramy postać, bezgłośnie zadając pytanie „ja?”. Przed oczami Darka pojawiły się obrazy ze snu, tym razem jednak rozgrywały się w rzeczywistości. Szyja studenta napuchła jak balon, blokując przepływ powietrza. Rak z przeraźliwym chrzęstem rozdzierał kolejne organy wewnętrzne, które pękając krwawiły i rozlewały się po całym ciele mężczyzny. Krtań ofiary eksplodowała nagle, wyrzucając między jej palcami strumienie krwi i tkanki. Student opadł na kolana, krztusząc się i starając złapać choćby odrobinę życiodajnego tlenu. Cały zalany był krwią, która wytryskała z jego szyi w rytm słabnącego pulsu, zalewając ubranie i obficie zraszając ziemię. Mężczyzna wycharczał coś niezrozumiale, po czym upadł na twarz. Drgnął kilka razy i zastygł w bezruchu. Wszystko odbyło się dokładnie tak, jak o tym śnił Darek. Chłopak był jeszcze niedawno przekonany, że ten dziwny sen miał dotyczyć jego. Teraz, gdy był najbliższym świadkiem wydarzeń, cieszył się, że nie on grał tu główną rolę.
Charty podbiegły cicho na sprężystych łapach i nachyliły się nad zwłokami Studenta. Do uszu Darka dobiegły odgłosy rozrywania i mlaskania. Odwrócił głowę, by na to nie patrzeć. Niepewnym krokiem ruszył w stronę bramy. Zwolnił zbliżając się do uniesionej nad ziemią postaci i drżąc na całym ciele uniósł do góry głowę. Spowita w mgłę osoba gestem dłoni wskazała chłopakowi bramę, która otworzyła się bezgłośnie, jak pod dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Darek raz jeszcze spojrzał w stronę postaci, która zdążyła się już jednak rozmyć we mgle. Nie oglądając się za siebie minął skrzydło bramy i ruszył środkiem asfaltowej drogi, gotowy do powrotu do domu nawet na piechotę. Wiedział co zrobi następnego dnia. Z samego rana zadzwoni do komendanta i powie mu, że może sobie całą tą robotę na VG wsadzić w dupę.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -