Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Jej włosy

Agnieszka Bukowczan

"Nie podważyłbym się odmawiać prawdziwości rozlicznym opowieściom o duchach,
z tym jednakowoż szczególnym, a przecie zrozumiałym zastrzeżeniem,
że w każdą z nich osobno wątpię, lubo wszystkim razem pewną daję wiarę."

(I. Kant)


Początek nowego roku akademickiego zwykle niewielu napawa jakąś bezgraniczną szczęśliwością, ale Edgara akurat nastrajał zgoła pozytywnie. Chłopak złożył papiery na dobrą uczelnię, opłacił wszystkie składki, zaklepał miejsce w akademiku i powoli zwoził się do nowego lokum, w którym miał spędzić kolejne kilka barwnych lat swojego życia. Miał własny samochód, wprawdzie był to stary Volkswagen, nie jakaś wypasiona gablota, jaką wozili się znajomi, ale zawsze to własne cztery koła, no i jadą do przodu bez większej pomocy nóg, a to już spory plus.

Tak więc, jak już mówiliśmy, większość czasu Edgara, którego w ciągu naszej opowieści będziemy nazywać "Szczęściarzem", zajmowała przeprowadzka do akademika, oddalonego o dobre kilkaset kilometrów od sennej mieściny, w jakiej przyszedł na świat i w jakiej wegetował przez ostatnie dwie dekady. Spytacie pewnie, czemu "Szczęściarz", przecież to najgłupsza bodaj ksywa, jaką można ochrzcić młodego chłopaka. Są ku temu dwa powody. Po pierwsze: dwadzieścia lat wcześniej, dokładnie trzynastego stycznia o godzinie trzynastej nasz bohater przyszedł na świat jako trzynasty z kolei potomek swoich rodziców, a przy tym – o ironio! – urodził się w tak zwanym "czepku", co miało mu wróżyć szczęście przez resztę życia. Po drugie: nie podoba nam się imię ‘Edgar’ i zupełnie nie rozumiemy, co myślała sobie matka chłopaka, kiedy chrzciła go imieniem niekompletnie zdrowego na umyśle fanatyka historii "z dreszczykiem", który – oprócz tego, że był uzależnionym od narkotyków i alkoholu wrakiem, to jeszcze przy tym pedofilem. No ale, nie my wybieramy sobie przecież imiona, tylko zostajemy nimi obdarowani i niewiele mamy przy tym do powiedzenia. Ale wróćmy do naszego bohatera, który właśnie wraca swoją zdezelowaną gablotą do domu, nieźle się przy tym denerwując, jako że zabawił dłużej u znajomych i teraz musi wracać po nocy, a tak w ogóle to jego drugi kurs i niedokładnie pamięta drogę...

I.

Było już dobrze po północy, kiedy Szczęściarz w końcu musiał przyznać sam przed sobą, że najprościej w świecie zabłądził i tyle. Zwiesił ręce na kierownicy i jadąc z zawrotną prędkością około czterdziestu kilometrów na godzinę, zastanawiał się, co zrobić dalej. Oczywiście, nie miał przy sobie mapy, bo to mija się z celem, skoro się wie, którędy jechać. Tymczasem znaki, którymi usiana była trasa, jakoś nagle zniknęły, albo też stopiły się z mrokiem tak, że od dobrej godziny chłopakowi zdawało się, że wjechał do lasu. Wokół tylko drzewa i drzewa, a przed maską szosa, a za szybą noc ciemna, choć oko wykol i nic poza tym.

Szczęściarz otarł rękawem pot z czoła i wytężył wzrok, próbując dojrzeć cokolwiek, co dałoby mu najmniejszą choćby nadzieję, że dobrze jedzie. Tymczasem noc stawała się coraz gęstsza, a przy tym jakby wjechał w jakąś mgłę, która dodatkowo otuliła okolicę ciasnym płaszczykiem, gęstym jak świeża śmietana. Czarna, smolista śmietana, tchnąca niespokojem i niemal namacalną wrogością.

Nocne błądzenie w gęstwinie zapewne przeraża każdego, kto kiedykolwiek zgubił się w nieznanym lesie za dnia i nieźle się napocił, zanim znalazł drogę powrotną (nie licząc oczywiście tych, którzy jej nie znaleźli...); dobrze wiedzą, o czym mówimy, ci z was, których niefortunnie zastał w lesie nadchodzący zmrok. Wyobraźcie sobie teraz, że nie udało się wam wyjść z tego lasu, a zrozumiecie sytuację naszego bohatera. Pół biedy, kiedy jeszcze uda się jakimś cudem trafić do zagubionej w lesie leśniczówki, albo zwykłej chaty, w której przyjmą takiego niedoszłego ‘zaginionego w akcji’ miską ciepłej zupy i dadzą mu kąt do spania. Nie polecamy jednak wpraszać się w gościnę na siłę, szczególnie do domów, w których nocą nie palą się światła, ogień nie buzuje w kominku, a pulchna gospodyni nie krząta się po kuchni, zaglądając raz po raz do pieca, w którym właśnie dochodzi pyszna, domowa szarlotka. Widzicie, czasami mieszkańcy takich śródleśnych, martwych na pierwszy rzut oka domów nie życzą sobie nieproszonych gości. A bywa i tak, że nawet przemarznięty, głodny i nieźle zmęczony nieproszony gość nie życzyłby sobie takich gospodarzy, jacy się nieraz trafiają zagubionym pośród leśnej głuszy delikwentom.

Robi się strasznie, co? No, mamy taką nadzieję, bo jeżeli do tej pory nie zrobiło się wam zimno, to albo nędznie czytacie, albo macie słabiutką wyobraźnię. Tak czy inaczej, tym wielce odważnym proponujemy mniej inteligentny rodzaj rozrywki, chyba, że zechce wam się zacząć od początku, zaś resztę zapraszamy do starego, zagubionego w ciemnościach domostwa, do którego zaraz trafi nasz pechowy bohater.

II.

Szczęściarzowi właśnie wydało się, że dojrzał coś w nieprzeniknionych ciemnościach lasu, czarnego jak oblicze samej śmierci. Jakiś wielki, symetryczny kształt zamajaczył mu przed oczami, aby po chwili wynurzyć się z mroku, niczym morski potwór z głębi mórz. O tak, dobre porównanie! Właśnie taki leśny potwór zwabił zmarzniętego i głodnego chłopaka, wodząc go na pokuszenie perspektywą gorącej herbaty i choćby starej, zimnej pieczeni, po której wchłonięciu w dosłownym rozumieniu tego słowa, mógłby wreszcie położyć się do łóżka, czy na kanapę, czy choćby zdrzemnąć się w miękkim fotelu przed kominkiem, albo choćby i bez kominka. Teraz czuł, że zaśnie, choćby z cegłówką pod głową.

Tymczasem domostwo zdawało się być samo pogrążone we śnie. Ze wszędąd biła ciemność i martwa niemal cisza, w której dźwięczał jedynie wiatr między gałęziami, a Szczęściarz – nie wiadomo czemu – pomyślał, że mieszkańcy z pewnością udzielą mu schronienia na noc, a może przy tym mają jeszcze kanister benzyny, bo można by było trochę dolać do baka, jeśli ma wrócić do domu.

Zostawił samochód na drodze, która – nie wiadomo kiedy – zmieniła się z asfaltowej szosy w leśny trakt i ruszył piechotą w stronę swej przyszłej, jak mniemał, noclegowni, obwarowanej wiekowymi drzewami, jakby w geście odstraszającym potencjalnych turystów. Po ciemku niewiele widział, więc dobył ze schowka starą latarkę, którą dostał od ojca w razie, gdyby przyszło zmieniać po ciemku koło. Teraz chłopak modlił się w duchu, aby baterie jeszcze pociągnęły choć trochę.

III.

Wąska smuga światła padła na czarną ziemię, usłaną igłami i liśćmi, a posiadacz latarki przedzierał się powoli przez labirynt drzew, aby w końcu dotrzeć na podnóże kamiennych schodów, prowadzących na ganek, a tamtędy – do ciepłego wnętrza i gorącej herbaty. Szczęściarz wdrapał się na galerię schodów, których może nie było za wiele, ale leżały jakoś tak uciążliwie, że potykał się o kolejne stopnie, zaczepiając o nie czubami butów. Noskami, ściślej biorąc. A własnym nosem się o mało nie podparł, kiedy nastąpił na ganku na przewróconą kamienną rzeźbę dziewczyny, trzymającej na uniesionych wzdłuż korpusu dłoniach dwa naczynia. Wtedy właśnie Szczęściarzowi po raz pierwszy i ostatni przeszło przez myśl, że chyba jednak dom stoi pusty. Skrzywił się nieco za ulatującą w sferę marzeń herbatą, ale postanowił wejść do środka: a) przez głupią ciekawość; b) łudząc się, że być może poprzedni mieszkańcy zostawili dom w takim stanie, że można się gdzieśkolwiek przekimać, chociaż tę jedną noc.

Drzwi pchnięte młodą ręką skrzypnęły ciężko i uchyliły się ze starczym trudem. Światło wdarło się brutalnie do wnętrza, burząc spokój starego domostwa, przynosząc ze sobą nie chcianą wizytę obcego, który zdecydowanie nie był tu mile widziany. Tylko, że on jeszcze o tym nie wiedział.


IV.

Chłopak zaczął cicho, po złodziejsku, penetrować dom. Najpierw zwiedził dół, gdzie nie odkrył nic godnego uwagi, prócz zakurzonych sprzętów, toteż następnie, zgodnie z logiką (chybione stwierdzenie, jak się za chwilę przekonacie), przeniósł się po schodach na piętro, gdzie zaczął myszkować w pierwszym lepszym pokoju.

Kiedy z niemałym zapamiętaniem oglądał jakieś stare puzderko, pokryte dawno porzuconą przez właściciela pajęczyną, usłyszał skrzypnięcie i odwrócił się gwałtownie, wyciągając przed siebie latarkę w zaczepno-obronnym geście. Blade, słabiutkie już światło padło na stojącą w drzwiach dziewczynę. Wyglądała na szesnaście, może siedemnaście lat, jeśli rok może tu robić jakąś różnicę i nie byłoby w niej może nic szczególnego, gdyby nie jej włosy. Otóż, być może nie uwierzycie, ale Szczęściarz stał jak głupi z wzrokiem wbitym w istne morze złotych włosów, które spływały wzdłuż ciała dziewczyny, falując lekko, aż do jej stóp. Otulały ją niczym płaszcz, gdyż miała na sobie jedynie cienką koszulę nocną, spod której wystawały małe, bose palce. Twarz jej była blada taką bladością, jaką zwykle noszą na obliczu ci, których wyrwie się z długiego, przyjemnego snu. Oczy smutne, mętne, bez wyrazu, nieokreślonej, jasnej barwy. Właśnie taką ją ujrzał nasz bohater w trupim świetle latarki. Ujrzał ją piękną, choćby dla samego siebie.
- Przepraszam... – wydusił wreszcie, po krótkiej chwili. - ...nie chciałem tu myszkować... Ja... ja tylko...

Spojrzenie dziewczyny zamknęło mu usta. Podeszła wolnym, falującym w takt włosów krokiem i wyjęła mu z rąk owo bezcenne najwyraźniej puzderko, które jakiś obcy śmiał tknąć w jej własnym domu. Nie odezwawszy się ani słowem, wyszła, zamykając za sobą drzwi.


V.

Szczęściarz zgłupiał do reszty, zostawiony sam w pokoju, w którym najwyraźniej nie wolno mu było niczego dotykać. Kiedy za drzwiami zniknęło ostatnie złote pasmo włosów, poczuł się nagle tak straszliwie samotny, że pobiegł za nią. I byłby ją złapał jeszcze na półpiętrze, gdyby nie przeszkodziły mu w tym zamknięte drzwi. Bezskutecznie szarpał za klamkę przez dobre dziesięć minut, a potem niewiele brakowało, iżby wyważył drzwi "z kopa", ale zanim jeszcze uniósł niszczącą stopę, dotarło do niego, że przecież cudze drzwi to zdecydowanie coś, co nie należy do niego, a więc nie ma prawa ich niszczyć nawet w tak szczytnym celu, jak pogoń za dziewczyną. Koniec końców stanęło na tym, że siądzie i poczeka, co będzie się dalej działo. A było na co czekać.

Jakieś pół godziny później, które minęło zdecydowanie szybciej, niż zwyczajowo mija przeciętnemu człowiekowi pół godziny, coś zaczęło się dziać. Hmmm... ‘coś zaczęło się dziać’ to chyba zbyt mało powiedziane, zważywszy na to, CO się zaczęło dziać. Otóż, moi drodzy, domostwem wstrząsnął, dosłownie wstrząsnął tak przeraźliwy, okropny i przejmujący wrzask, jakiego nieszczęsny Szczęściarz w życiu dotąd nie słyszał. Był to wrzask zwiastujący coś strasznego, co miało przyjść w jego następstwie. Ale nie sam tylko wrzask dał się wówczas słyszeć; wraz z nim rozległy się jakieś huki, jakby ktoś przewracał coś ciężkiego, tupot nóg, odgłosy bieganiny, a do rozpaczliwego wrzasku dołączył jeszcze drugi – inny, potępieńczy wrzask, jakby ktoś śmiał się, krzyczał i płakał jednocześnie, schrypnięty, głęboki niczym studnia, właśnie taka, jak ta, znajdująca się na podwórzu, między drzewami, choć Szczęściarz nie miał prawa dostrzec jej w tych egipskich ciemnościach, zaślepiony kompletnie wizją gorącej herbaty.


VI.

Tymczasem zostawmy studnię, choć ona również gra jedną z ról w naszej opowieści, i wróćmy do domu, w którym rozgrywają się sceny z piekła rodem. A zamknięty w jednym z pokoi chłopak może jedynie słuchać odgłosów tych scen, których niemymi świadkami są stare, pokryte obdrapaną farbą i Bóg jeden wie czym jeszcze, ściany. Wrzask, potem drugi, cały chór wrzasków, następujących po sobie, huk, jakby uderzenie, w ścianę – raz, w podłogę – dwa, głuche, tępe uderzenie i trzask, jakby ktoś wyrywał deski z podłogi, potem wyraźny odgłos spadania czegoś dużego, ciężkiego ze schodów, kroki, bieganina, jeszcze kilka uderzeń, tym razem bez krzyków, potem cisza. Znowu wrzask, tym razem inny. Nieokreślony. Rozpaczliwy. Cisza. Płacz. Za chwilę kroki. Nerwowe, w tę i z powrotem, jakby ktoś chodził w kółko i zastanawiał się, co dalej zrobić. Później kroki oddalają się, w końcu milkną. W domu zapada cisza. Martwa cisza.

A w jednym z górnych pokoi siedzi zamknięty chłopak, który całkiem przypadkiem wplątał się w tę makabrę i traci rozum ze strachu.


VII.

Szczęściarz odsiedział już swoje i dziewczyna doszła do wniosku, że teraz może go wypuścić. Od tamtych wydarzeń minęło parę godzin, a on wciąż siedział zamknięty w pokoju. Dopadła ją niepokojąca myśl, czy aby przypadkiem nie zwariował pod wpływem rzeczy, które tej nocy słyszał i nie rozbił sobie głowy o coś twardego, rzucając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki. Ale z tego pokoju nie było ucieczki, podobnie jak zresztą z tego domu, a ona wiedziała o tym najlepiej.

Niespiesznie udała się po schodach na piętro, kierując się prosto do pokoju, który kiedyś należał do jej matki, a chwilowo został przekształcony w schowek dla więźniów. Otworzyła drzwi i zastała Szczęściarza siedzącego na podłodze z kolanami podciągniętymi pod brodę i wzrokiem co najmniej przerażonym. Zbliżyła się do niego i kucnęła. Zajrzała mu w oczy przyjaźnie, co trudnym wcale nie było, zważywszy na fakt, że oczy zajmowały obecnie większą część twarzy chłopaka. Przyłożyła dłoń do jego policzka, a potem pogłaskała po zjeżonych, krótko ściętych włosach. Jej jedwabiste włosy spłynęły na jego zaciśnięte w pięści, drżące dłonie.

- Co tam się działo? – szepnął przez ściśnięte gardło, ledwie zdobywając się na jakikolwiek ruch drżących warg. Tymczasem ona nie odpowiedziała; położyła jedynie palec na ustach, nakazując mu tym jednym gestem milczenie i jednocześnie zabraniając dalszej rozmowy na temat wydarzeń, jakie miały niedawno miejsce w tym dziwnym domu, gdzie gości zamyka się w pokojach na klucz, a na temat gospodarzy już lepiej nic nie mówić.


VIII.

Przerażony, zdziwiony, a przede wszystkim zdezorientowany Szczęściarz został pozbawiony jakichkolwiek wyjaśnień, ale wynagrodzono mu to towarzystwem pięknej gospodyni, które to towarzystwo, pomimo jeszcze świeżego roztrzęsienia, udało mu się maksymalnie wykorzystać na ogromnym, zabytkowym łożu z kolumnami w czterech rogach, podtrzymującymi ciężki, aksamitny baldachim i pewnie z tonę kurzu na nim spoczywającą. Być może w ten sposób dziewczyna pragnęła uspokoić swojego gościa, który zapewne po długim okresie samotności wydał jej się miłym, a może tylko odwrócić jego uwagę od tego wszystkiego, czego był ślepym świadkiem przed paroma godzinami, możliwe też, że chciała mu wynagrodzić zamknięcie – tego nigdy się zapewne nie dowiemy, chyba, że ktoś z miłych czytelników trafi kiedyś do tego domu, czego żadnemu z was nie życzymy, no może prawie żadnemu...

Mniejsza z tym, wróćmy do naszego bohatera, który właśnie leży w nieco zatęchłej pościeli i upaja się upojnym uczuciem miłosnego upojenia, obserwując leżącą obok na jasnej płaszczyźnie rozsypanych wszem i wobec włosów dziewczynę. Dopiero teraz zwrócił uwagę na czarną, aksamitną tasiemkę, którą nosiła zawiązaną na szyi. Dotknął jej palcem. Dziewczyna szarpnęła się do tyłu.

- Przepraszam. – powiedział cicho. – Nie wiedziałem, że to też jedno z wielu tabu w tym domu. Nosisz po kimś żałobę?
Skinęła głową. Przesunęła delikatnie dwoma palcami po wstążce i westchnęła ciężko.
- Pewnie to był ktoś bliski... – myślał głośno Szczęściarz. Po chwili zamilkł, zdając sobie sprawę z tego, że nie powinien rozdrapywać jej ran. Stare rany trudno się goją, a niektóre do końca pozostają żywe.

IX.

Jakoś się tak niefortunnie złożyło, że wyczerpany tym wszystkim, co zdarzyło się nocą, nasz bohater przespał cały następny dzień. Kiedy się obudził, znów było ciemno; noc w lesie zapada wprawdzie wcześniej, ale to i tak zbyt wcześnie jak na październik. W posępnym domostwie, skrytym w środku lasu na jakimś zadupiu, noc najwyraźniej zapadała wcześniej, zapewne po to, by ukryć przed nieproszonymi, wścibskimi oczyma straszne wydarzenia, jakie zaczynały rozgrywać się pod tym dachem niedługo po nastaniu zmroku. Tym razem jednak tak się niefortunnie złożyło, że Szczęściarz znalazł się w samym epicentrum piekła, nie zdążywszy się ukryć (czy też zostać ukrytym), zanim się ono na dobre rozpętało.

Gdy ciemność objęła las w swe niepodzielne posiadanie, a Szczęściarz zorientował się, że coś właśnie nadchodzi wielkimi krokami, znajdował się na dole, w olbrzymim holu, rozciągającym się od drzwi aż po dwa rzędy schodów, prowadzących na piętro. Siedział sam na wielkiej, zakurzonej kanapie, którą mole, myszy i inne paskudztwa zjadły w znacznej części i układał sobie wszystko w głowie, nie mogąc wyciągnąć z owej układanki żadnych konkretnych wniosków. Właśnie w chwili, gdy myślał nad tym, dlaczego do tej pory nie wrócił do domu, usłyszał na górze krzyk. Zerwał się z kanapy, wzbudzając wokół tuman kurzu. Kaszlnął i spojrzał w górę, skąd dochodziły wrzaski. Wyraźnie słychać było, że ktoś przed kimś uciekał, a owego ktosia gonił inny ktoś, wrzeszcząc równie głośno. Słychać było bieganinę, ktoś się przed kimś chował po kątach, a po chwili rozległy się pierwsze uderzenia. I dokładnie w momencie, gdy Szczęściarz w najwyższym zdumieniu uświadomił sobie, że dokładnie to samo słyszał z pokoju zeszłej nocy, z ciemności na piętrze wypadły na schody dwie osoby. Goniący i goniony, a ściślej – goniona, której burza jasnych włosów wirowały w pędzie, rozsypując się na wszystkie strony.

X.

Jasnowłosa dziewczyna z bladą jak jej własna śmierć twarzą wypadła na schody i w ostatniej bodaj chwili schwyciła się balustrady, bo by niechybnie wylądowała z rozpędu na podłodze dobre parę metrów niżej. Zatrzymała się na poręczy, odbijając od niej całym ciężarem ciała. Włosy pofrunęły do przodu, załopotały niczym flaga na wietrze, po czym skręciły i popłynęły za właścicielką na ścianę, w stronę której się szarpnęła, by uniknąć ciosu. Z tyłu miotał się ogromny, sporo starszy od niej mężczyzna. Włosy do ramion miał rozczochrane, koszulę rozchełstaną, na ustach pianę, a w oczach obłęd i żądzę mordu. W obu dłoniach dzierżył potężną siekierę, której czyste jeszcze ostrze lśniło morderczym blaskiem niewiadomego pochodzenia, jako że niebo było pochmurne tej nocy. Mężczyzna krzyknął chrapliwie i uderzył z całą mocą, wbijając siekierę w ścianę tuż ponad głową dziewczyny, która wrzasnęła, zasłoniła się rękoma i – nie zdążywszy złapać w porę równowagi – stoczyła ze schodów z głośnym hukiem, lądując gdzieś na przedostatnim stopniu. Jeszcze żyła, próbując się czołgać do wejścia w iście żółwim tempie. Nie miała żadnych szans. Mężczyzna w kilku susach już był na dole i zamierzał się siekierą, z dzikim wrzaskiem unosząc ją nad głową. Uderzył na oślep. Głowa dziewczyny, otoczona koroną włosów, odskoczyła niczym gumowa piłka i potoczyła się w kierunku drzwi. Z pustej szyi bryznął potok krwi. Morderca uklęknął w kałuży, położył siekierę na kolanach, nabrał w dłonie rubinowego płynu, ściekającego z drżącego jeszcze korpusu i podniósł do ust. Wysmarował dłońmi policzki i zemdlał z dzikim, szaleńczym śmiechem na ustach.

Ocknął się, kiedy krew już zakrzepła, obolały, zdezorientowany i zastawszy własne dzieło podniósł wrzask. Nie był to jednak ten sam rodzaj wrzasku, z jakim mordował słabszą od siebie, bezbronną dziewczynę. Był to wrzask żalu i rozpaczy. Po policzkach mężczyzny płynęły dwie strugi łez, zmywając z nich krew. Na czworakach doczołgał się do bezgłowego ciała, a kiedy się nad nim pochylił, wstrząsnął nim spazm i wybuchnął bezradnym, żałosnym płaczem. Delikatnie dotykał poranionych rąk, zapinał guziki u koszuli, tulił do piersi chłodne już ciało. Przesunął zbolałym wzrokiem po pomieszczeniu, a gdy dostrzegł pod drzwiami jasny, okrągły kształt, ryknął niczym zraniony niedźwiedź. Podczołgał się w jego kierunku i ujął w dłonie ów przedmiot. Przytulił go do piersi. Spojrzał po raz ostatni w te ukochane oczy, które teraz były blade, martwe, bez wyrazu, niewidzące.

Twarz dziewczyny nie wyrażała żadnego uczucia, choć śmierć powinna wypisać na niej przerażenie. Była blada, śmiertelnie blada, a szeroko otwarte oczy patrzyły obwiniająco na mordercę.

Mężczyzna nie mógł znieść widoku tych oczu. Ułożył ciało dziewczyny w holu, prowizorycznie przymocował odciętą głowę do tułowia jedyną znalezioną w domu rzeczą, jaka mogła się go tego nadawać, złożył jej ręce na piersi i tak zostawił, leżącą, czekającą na odkupienie, zemstę, czy choćby zwykły chrześcijański pochówek. Sam, wciąż łkając, raniąc dłonie paznokciami, rwąc włosy z głowy, wyszedł z tego domu, nie mogąc dłużej ścierpieć widoku ścian – owych nienawistnych niemych świadków krwawych wydarzeń. Ale na zewnątrz był tylko las, a drzewa jakimś sposobem dowiedziały się o jego zbrodni i zaczęły burzyć się, wszystkie naraz, machać gałęziami, jakby już chciały go ukarać. Uciekając przed nimi dotarł do studni na podwórzu. Zajrzał do środka i napotkał ciemność. Ona go nie odpychała, nie obwiniała. Przyjęła go razem z jego zbrodnią. Nocny wicher, który zerwał się tej nocy, zamknął raz na zawsze drzwi tego przeklętego domu, aby już nikt nigdy nie odświeżał starych zbrodni, ani nie zakłócał spokoju umarłym. Niestety, temu ostatniemu nie udało się na dłuższą metę zapobiec.

XI.

Szczęściarz ocknął się na kanapie wierząc, że to był jedynie koszmarny sen. Za oknami powitał go świt: blady, ale wystarczająco jasny, aby odgonić wszelkie koszmary. Obok niego siedziała dziewczyna, opierając głowę na jego ramieniu. Najwyraźniej spała w tej dziwnej pozycji, bo oczy miała przymknięte, a pierś lekko unosiła się. Ręce złożyła na kolanach.

Odetchnął z ulgą. "Tylko sen" – pomyślał, gładząc długie włosy dziewczyny. Odgarnął je na chwilę, aby popatrzeć na jej twarz i wtedy wpadło mu do głowy, aby spróbować zapleść je w warkocz. W życiu nie plótł warkocza, ale kiedyś widział, jak matka zaplatała włosy siostrze. Mniej więcej pamiętał, jak to szło.

Delikatnie zgarnął włosy i ułożył je na ramieniu dziewczyny. Podzielił na trzy pasma równej długości i zaczął splatać w luźny warkocz. Po chwili musiał wstać i odsunąć się kilka kroków, potem jeszcze dalej i jeszcze trochę, aż udało mu się zapleść warkocz niebagatelnej długości grubo ponad metra. Trzymał koniec w dłoni, siedząc na skraju kanapy. Nie miał pod ręką nic, czym mógłby go związać. Rozejrzał się wokół i jego wzrok padł na czarną tasiemkę, związaną wokół szyi dziewczyny. Bez trudu rozsupłał węzeł i czarna wstążka spłynęła mu na dłoń. W tym momencie dziewczyna otworzyła oczy tak szeroko, jakby ktoś ścisnął ją za gardło i krzyknęła.

XII.

Ciężar pociągnął drugi koniec warkocza ku podłodze, kiedy głowa dosłownie stoczyła się z ramion dziewczyny i zatrzymała, bo Szczęściarz wciąż trzymał w dłoni cieńszy koniec warkocza. Korpus osunął się na kanapę, rozsypując się w proch, ale głowa wciąż tkwiła na końcu długiego pasma jasnych włosów, leżąc na podłodze, patrząc na znieruchomiałego ze strachu chłopaka szeroko rozwartymi, zaciągniętymi bielmem oczyma i... krzycząc. Niewiele myśląc, a tak między Bogiem a prawdą to w ogóle nic nie myśląc, lecz pchany samym tylko instynktem samozachowawczym, Szczęściarz puścił włosy, zerwał się z kanapy, przypadł do drzwi i wyleciał na ganek jak z procy, ścigany wciąż wrzaskami, od których dom trząsł się w posadach, a do których dołączyły po chwili drugie, bardziej chrypliwe, gardłowe, przypominające echo wrzaski dochodzące gdzieś z dziedzińca, a konkretniej ze studni, jaka znajdowała się niegdyś na podwórzu, a obecnie oddała się we władanie młodych drzew i krzewów, które skryły w swym cieniu jeszcze jeden grób.

Tymczasem chłopak dopadł do samochodu i szarpał za drzwi, a kiedy wreszcie znalazł się w środku, ruszył pełnym gazem na oślep, przed siebie, byle tylko znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego domostwa w środku lasu, do którego zagnał go najzwyklejszy w życiu pech. Mniejsza o to, że nasz bohater doświadczył takowego pecha po raz pierwszy w swoim niedługim życiu, które jednak, dzięki chwilowemu obrotowi spraw, udało mu się na krótko ocalić.

Pewnie spytacie, co ma znaczyć owo ‘na krótko’? Hmm... Wystarczy tu tylko cicho napomknąć o czarnej tasiemce, którą Szczęściarz wciąż nieświadomie dzierżył między dygocącymi palcami lewej dłoni. A powinien był się jej pozbyć i to jak najprędzej! No cóż, teraz już na to za późno...

A wiecie, co jest najlepsze w tej całej pokręconej historii? To, że w chwili, gdy postawimy kropkę na końcu zdania, a zanim jeszcze nasz bohater zakończy szaleńczą podróż ku własnemu przeznaczeniu, kolejna zagubiona dusza pobłądzi na pechowej trasie, wiodącej przez mroczny bór prosto do posępnego domostwa. Mamy nadzieję, że wy nie wybieracie się przypadkiem na wycieczkę za miasto..?



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -