Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Nieproszony Gość

Sławomir Pollok

Donośne walenie w drzwi obudziło go z poobiedniej drzemki. Z oczkami małymi jak kot podczas polowania podszedł do drzwi. Zły nawyk nie patrzenia przez wizjer, kto stoi za drzwiami zgubił go. Można by tu wymieniać procedurę towarzyszącą otwieraniu drzwi, ale, po co, wszyscy i tak ją znają.
Lecz gdy otworzył stanął jak wryty. Wiedział, że po niego przyjdzie. Owszem miał parę grzeszków na sumieniu (któż ich nie ma), ale dlaczego tak szybko. Boże nie - pomyślał. Zamknął drzwi nie wpuszczając gościa do środka, zerwał się jak szalony Max i zaczął uciekać przez długi, kręty przedpokój. Cały przedpokój wyłożony był na podłodze i ścianach boazerią, na których wisiały przepiękne stare obrazy ukazujące na ogół las i morze w czasie sztormu. Biegł tak długo, dopóki nie dopadł pierwszych drzwi, które znajdowały się po jego prawej stronie. Miał do wyboru jeszcze pięć wejść, w tym jedno na piętro na końcu korytarza, lecz wybrał te. Dlaczego? Bo były najbliżej.
Wpadł do gościnnego pokoju. Lecz intruz za drzwiami nie był gościem. W dodatku nie był zaproszonym gościem. Wręcz odwrotnie NIECHCIANYM. Zamknął drzwi na klucz. Rozejrzał się po pokoju. Przebywał w nim chyba z milion razy. Mógłby tu chodzić po ciemku, lecz teraz w nerwach nie wiedział, co chwycić, żeby zaryglować drzwi.
Tapczan stojący pod oknem naprzeciwko drzwi, był zbyt ciężki. Stolik ustawiony przez jego żonę po prawej stronie łóżka, za lekki. Krzesła rozrzucone niedbale po pokoju również za lekkie. Miotając się chodził po pokoju w poszukiwaniu rygla.
- Myśl. Myśl. Myśl. - Dobiegło z głębi pokoju - Dalej, myśl człowieku, myśl.

Nieproszony gość. Intruz. Niechciany Ktoś, wszedł tymczasem do środka domu. Zamknął drzwi i włączył alarm, chociaż nie wiedział, po co. Ofiara i tak nie ucieknie. Uwielbiał, gdy chowali się po domu. Szczególnie w tych dużych domach. Jednorodzinnych, dwu lub trzy piętrowych. Miał wtedy od cholery zabawy. Rzec by można mnóstwo.
Zaczął od małej penetracji domku. Parter liczył sobie pięć pokoi – ekstra – pomyślał, będzie, co robić. Przedpokój zrobił wrażenie na gościu. Same antyki na ścianach ukazujące morze i las na przemian. Na suficie dorodne żyrandole z XIX w.
I gdy tak się przyglądał wpadł na genialny pomysł. Nigdy tego nie robił, lecz cóż, raz można się zabawić. A pomysł był taki: zacznie poszukiwania od góry. Wszystkie jego ofiary zawsze uciekały na piętro. Każda z nich miała stuprocentową pewność, że będzie penetrował pokój po pokoju na parterze. I tak też zawsze robił. Ale nie teraz. Udał się, więc na koniec krętego korytarza, jego zdaniem przydługiego korytarza, w celu wejścia na piętro.

Gospodarz domu natomiast dalej szukał czegoś do podtrzymania drzwi. Krążył i krążył w koło swoich mebli, gdy wreszcie zajarzył, że najlepszym meblem będzie szafa stojąca koło drzwi. Podszedł, czym prędzej do starej dębowej szafy. Już miał ją zacząć pchać na drzwi, gdy usłyszał kroki na korytarzu. Stanął jak wryty z rękoma opartymi o mebel. Serce zaczęło walić mu jak młot pneumatyczny, chociaż i tak wcześniej nie lżej mu pikało. Jaja natomiast skurczyły się do rozmiarów orzeszka ziemnego. Zaczął sobie wyobrażać, co się stanie, jeśli… lecz wyobrażenia te są zbyt koszmarne, aby je tu teraz przytaczać.
Ale kroki nie stanęły koło jego drzwi. Nawet lepiej. Poszły dalej w głąb korytarza. Poprzestał na razie na przesunięciu szafy. Nasłuchiwał z uchem przytwierdzonym do dziurki od klucza.

Nieznajomy był już przy schodach. Obejrzał się przez ramię, czy przypadkiem jego ofiara nie jest mądrzejsza niż myślał, aby chciała go przechytrzyć. Niczego nie zauważywszy, ruszył spokojnym krokiem myśliwego na pierwsze piętro. Pokonał dwanaście schodów z takim wdziękiem i gracją, jakby wjeżdżał na ruchomych schodach.
Pierwsze piętro to był dopiero raj dla oka i duszy. Wydawać by się mogło, że i tu również będzie sporo pokoi. Lecz nie. Nic bardziej mylnego. Po wejściu na górę oczom ukazał się jeden wielki pokój. Musiał mieć chyba ze sto metrów kwadratowych. Kolorowe tapety pieściły chyba setki zachwyconych oczu. Na środku pokoju tał basen. To dopiero robiło wrażenie. Wielkie okno wychodzące na ruchliwą ulicę było bez zasłon. Z prawej strony okna umieszczono stół bilardowy. Pod nim widoczna była sztuczna trawa, prawdopodobnie do mini golfa. Z lewa natomiast stały spokojnie dwa leżaki i stolik z baldachimem. Trzeba przyznać, że robiło to jeszcze większe wrażenie niż parter.
Intruz rozpoczął przeszukiwanie pierwszego piętra. Tylko gdzie tu miałaby się niby schować „przestraszona myszka”. Przeszedł szybkim krokiem po pokoju, zaglądając w każdy zakamarek. I im mniej ich zostawało tym bardziej stawał się nerwowy.
Jeszcze koło stołu bilardowego. Nic jeszcze jedno miejsce i…

Postanowił wykorzystać okazję. Jeżeli słuch go nie mylił jest na górze, czyli nie ma dużo czasu. I tak jak postanowił, tak też zrobił. Wyciągnął klucz z kieszeni spodni. Płynnym ruchem wkładał klucz do zamka, ale wiadomo, spadł mu. Na szczęście na dywan. Nie było hałasu. Szybko podniósł go i ponowił próbę. Tym razem omal się udało. Znów spadł, tylko, że narobił tym razem trochę hałasu. Wątpił, żeby mógł ktoś to usłyszeć, ale zaczął przebierać rękami ciut szybciej. Jeszcze raz, próba, i tym razem… BINGO. Trafił. Powoli. Bardzo powoli zaczął przekręcać klucz w prawo.
Jeden przekręt - zapadka zaskoczyła.
Drugi przekręt - znów wyraźne odsunięcie zasuwy. I dopiero teraz staną przed egzaminem życia.
O T W O R Z Y Ć D R Z W I.

…I nic. Nie ma go. Jak mu się udało wykiwać gościa, tego i sam gość nie wie. Czym prędzej odwrócił się na pięcie i ruszył biegiem w stronę schodów.

Powoli chwytał ręką za klamkę. Mały nacisk na klamkę. Drzwi lekko się uchyliły. Z sercem bijącym na orbicie popchnął drzwi.

Zbiegał po dwa schody. Prawie się przewrócił. Jeszcze nigdy nie biegł tak szybko. Pierwsze sześć schodów pokonał w mig jak Mig. Zatrzymał się. Nasłuchiwał teraz on, tak jak kiedyś jego ofiara pod drzwiami. I to, co chciał to usłyszał. Cichy cichuteńki skrzyp. SKRZYYYP DRZWI. Tylko, których? Gość zaczął pokonywać kolejnych sześć stopni w dół.

Właściciel pchnął drzwi ciut za mocno. Dawno ich nie oliwił i zaskrzypiały. I wtedy już wiedział. Teraz albo nigdy. Zaczął biec w kierunku drzwi prowadzących na ruchliwą ulicę Gdańską. Już był przy nich. Naciskał klamkę, kiedy silne uderzenie rzuciło go na drzwi. Zemdlał.
Ocucił go dopiero silny strumień wody skierowany w jego twarz. Z początku rozmazany, ale z każdą chwilą coraz lepszy obraz stawał mu przed oczami.
- Jezu Chryste. - Krzyknął i skulił się jak pies.
- Tylko nie Jezu człowiecze - usłyszał odpowiedź.
Dalej leżąc skulony jak pies zapytał.
- Kim do diabła jesteś?
- I tylko nie do diabła. - Krzyknął urażony gość.
- Więc kim jesteś do ciężkiej cholery?
- Przecież wiesz.
- Nie. Nie wiem.
- Wiesz. Gdybym wydał ci się nieznajomym, delikatnie byś mnie spławił, a nie zatrzasnął mi drzwi przed nosem.
- Czego ode mnie chcesz.
- No misiu. Zastanów się. Czego mogę chcieć?
- A niby skąd mam wiedzieć. Pieniędzy? Biżuterii? Narkotyków, samo… - tak donośnego śmiechu gospodarz jeszcze nigdy nie słyszał. Ale i teraz żałuje, że go w ogóle usłyszał.
- Durniu. Omal mi nie uciekłeś. Jesteś jedyną osobą, której prawie się udało. Zaznaczam. Prawie. I ty myślisz, że przyszedłem tu po szmal? Jakie to typowe.
- Więc, po co?
- Po twoją duszę ośle!
- Ty nie możesz być nim (nią). - Powiedziawszy to jeszcze bardziej się wsunął i w siebie i w podłogę.
- Mogę nim i nią być i jestem nim i nią. Ale nie przejmuj się. Najpierw porozmawiajmy.
- O czym?
- O twojej duszy, kretynie! Kto ją weźmie: Bóg czy Szatan? Jak myślisz?
- Nie wiem. Może pójdzie do czyśćca.
- Ty frajerze. Nie żartuj sobie ze mnie. To, że jeszcze żyjesz, możesz podziękować tylko mi.
- A co to za różnica, przecież i tak jesteś na usługach szatana.
- Mylisz się mój przyjacielu. Nie jestem na niczyich usługach. Chcesz, to ci coś opowiem.
Cisza dochodząca z kąta pokoju rozzłościła gościa. Ten przeraźliwym głosem krzyknął.
-Czy chcesz usłyszeć tę historię, czy mam ciachnąć twą duszę na dwa kawałki. Równe a zapewniam cię, gdy dusza jest rozerwana to cierpi. Wierz mi. Czy mi wierzysz?
- T… tak.
- Dobrze. -Teraz już nieco spokojniejszym głosem - czy chcesz to usłyszeć?
- Tak. Proszę.
- Wspaniale. - Z radością w głosie zaczął - Jak pewnie pamiętasz z Biblii, Bóg stworzył Adama. Potem z jego żebra ulepił Ewę. To wiedzą wszyscy prawda. - Nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej - Również wiedzą i to, że Ewa skłoniła Adama żeby zjadł jabłko z zakazanego drzewa. Potem było wypędzenie z raju. Bla, bla, bla. Tylko, że nigdzie nie jest napisane, co się stało dalej. Tak, więc Adam i Ewa zostali wypędzeni z raju. Rozpoczęli długi i trudny żywot wygnanych.
A świat nie zaczął się kręcić po tym jak powstali oni, ani po tym jak rozmnażały się ich dzieci, lecz po tym jak zginęli. Równocześnie. W czułym objęciu strachu.
Bóg po paru stuleciach zauważył, że coś jest nie tak. Ludzie, zwierzęta, rośliny rozmnażają się tak jak trzeba. Ale jest tego wszystkiego za dużo. Postanowił, więc stworzyć kogoś, kto będzie zabierał życie ludzi, zwierząt, owadów itd. Wiesz, kogo wybrał.
- Nie.
- Nie?! To ci powiem mały gnojku. Zabrał życie Adama i Ewy i stworzył z nich dwóch mnie. ŚMIERĆ. Zapewne słyszałeś o mnie. Czyż nie?
- Tak.
- A co słyszałeś? - Z zaciekawieniem spytała śmierć.
- No to, że czasami pojawiasz się jako piękna dama, a czasami jako kostucha z siekierą. - Powiedział gospodarz twarz trzymając w dalszym ciągu w podłodze.
Dokładnie. Kiedy Bóg ukazał się ponownie Adamowi i Ewie po paru stuleciach, nie mógł ich rozpoznać. Adam wyglądał jak szkielet. Prawdopodobnie wyniszczyła go choroba. Mógł jednak nie jeść tego jabłka. A Ewa, wyglądała jak… jak bóstwo. I okazało się, że to nie jabłko było zakazanym owocem, lecz ona. Dlatego Bóg postanowił ukarać ich jeszcze raz za rozpieprzenie jego planu idealnego świata. Dlatego z tych dwóch postaci jestem ja. A teraz spójrz na mnie.
- Nie mogę. - Zapiszczał gospodarz domu.
- Dlaczegóż to. - Spytała urażona Śmierć.
- Boję się.
- Wierz mi, nie ma, czego.
Gospodarz powolnym ruchem, jak rozwijający się pączek kwiatu zaczął się prostować. Nie podniósł jeszcze głowy do góry. Ma to było jeszcze za wcześnie. Nie mógłby. Leżał tak przez pięć minut, dopóki nie doczekał się silnego kopniaka w żołądek. Wydał z siebie donośny okrzyk bólu, po czym wystękał.
- Za co?
Odpowiedziała mu cisza. Wiedział już, że albo podniesie głowę, albo zostanie zabity. Chociaż cóż miał do stracenia. I tak przecież go zabije – nie? Przecież jest Śmiercią.
Z zamkniętymi powiekami podniósł głowę. Cały dygocząc otwierał oczy. Powoli. Bardzo powoli. I to, co zobaczył nie spodobało mu się. Widział przed sobą…? No właśnie, co widział? Cały czas nie wie do końca, co widział.
Stała przed nim tak jak wszyscy się domyślają. Zakapturzona postać. Miała na sobie długo szary płaszcz, może jakąś narzutę. Powoli przyglądając się Śmierci coś poczuł. Był to smród rozkładającego się ciała, pomieszany z wilgocią utrzymującą się od ponad setek milionów lat.
Miała ponad dwa metry wysokości. Spojrzał na dół, była bosa. Nie. W ogóle nie miała nóg, więc jak do ciężkiej cholery słyszał kroki na korytarzu. To, co go kopnęło w żołądek? Tego już się nigdy nie dowie. Podejrzewał również, że i pod płaszczem nic nie ma.
I teraz dopiero strach pokonała ciekawość. Zaczął się przyglądać dokładniej. Odważył się usiąść na kolanach. Całemu temu zabiegowi przyglądała się towarzysząca cisza. Grobowa cisza. Przerwała ją śmierć.
- A teraz patrz. - Rzekła i odsłoniła swą twarz. Ściągnęła jednym ruchem kaptur. Oczom gospodarza ukazał się dziwny obraz. Twarz. Coś było z nią nie tak. Przyjrzał się chwilę. Nie przejmował się już, kto przed nim stoi. Wstał. Podszedł. Podszedł tak blisko jak mu na to pozwoliła.
Już wiedział, co było nie tak z tą twarzą. Ona falowała. Raz ukazywała piękną twarz kobiety, zakochał się, po czym przemieniła się w czaszkę. Ale również piękną. Takiej jeszcze nigdy nie widział. Nie omieszkał jej tego powiedzieć.
- To piękne. To, kurwa, cudowne.
- Tak ci się tylko wydaje. Spójrz dalej. Chwyć mnie za płaszcz.
Zrobił to bez najmniejszego już lęku.
- Teraz rozchyl go.
Posłuchał jej. Zrobił to jednym szybkim energicznym ruchem. I tak jak spojrzał, tak zemdlał. Ocucił się po chwili. Oszołomiony rozglądał się po pokoju.
To ten sam pokój, w którym się schował. Lecz dopiero teraz zobaczył ile mebli miał do przesuwania pod drzwi. Całe rzesze. Jego wzrok zatrzymał się na Śmierci. Zwymiotował żółcią.
-Przyjrzyj się głupcze. Widzisz, kim jestem. Jestem nosicielem wszelkich chorób, wszystkie wojny są za moja sprawą. To ja skłócam ludzi. Ja zabieram życie. Nie Bóg. Nie Szatan. Ja!!! Przyjrzyj się memu ciału.
Posłuchał. Patrzył z ciekawością. Nie było żadnego ciała. Serce. Jedno wielkie serce. Tylko, że to nie było jego serce. Całe ciało składało się z jednego wielkiego serca, w którym zamknięte były twarze. Krzyczące twarze do świata, aby im pomógł wyjść na wolność.
Lecz któż to mógł uczynić?
NIKT.
Śmierć opatuliła się płaszczem jak by było jej zimno.
- Widzisz teraz, kim jestem.
- Tak widzę. I teraz zapewne weźmiesz i moją duszę, gdyż widziałem za dużo.
- Wyobraź sobie, że nie. —Powiedział to tak rozbawionym głosem, że aż gospodarz zaniemówił — Nie zabieram twojej duszy. Nie obawiam się również o to, że komuś powiesz o naszym spotkaniu. I tak ci nikt nie uwierzy.
- Czyli, po co tu przyszłaś. Jeśli nie po mnie to, po kogo.
- Widzisz. Przyszłam, a może przyszedłem tu po ciebie. Ale jak już wspomniałam, byłeś jedynym, który prawie mi uciekł. Dlatego daruje ci życie. Nie wiem jeszcze na jak długo, ale daruję. Ale pamiętaj. Jeden twój występek przeciwko wszystkiemu, co żyje, i będę przy tobie tak szybko, że nawet się nie spostrzeżesz. Jeżeli zginie przez ciebie, choć jedna istota ty zginiesz zaraz po niej.
- Dobrze, dziękuje.
- Nie dziękuj. Bo choć daruję ci życie muszę wziąć inne. Kogoś bardzo ci bliskiego. Jak myślisz, kogo?
- Nie!!! - Krzyknął - Proszę nie. Dlaczego?
- Prawa buszu, kolego.
Wyszła z pokoju spokojnym krokiem zwycięzcy, zostawiając płaczącego jak dziecko mężczyznę. Właściciela domu. Samotnego właściciela domu.

Kierowca zapłacił na stacji benzynowej, za ropę, wszedł do samochodu i ruszył z wizgiem opon. Spojrzał na zegarek znajdujący się na desce rozdzielczej Opla Omegi. Za piętnaście ósma. – Boże – pomyślał kierowca. Zaczął przyspieszać. Wiedział, że nie powinien siedzieć tak długo w pracy. Lecz cóż mógł zrobić, skoro szef go o to prosił. Papierkowa robota. Zdarzała się najwyżej raz w miesiącu. To nie wina kierowcy, że przypadła w ten wyjątkowy dzień.
Samochód przyspieszył. Wskazówka powoli mknęła w prawo. Osiemdziesiąt, sto, sto dwadzieścia km. na godzinę i ciągle rosła. To było ryzykowne. Krajobraz za szybą przesuwał się bardzo szybko. Ciut za szybko.
Piętnaście minut zostało do umówionej kolacji. Jeżeli się tym razem znów spóźni, znów będzie źle. Kolejna kłótnia może już tylko wszystko popsuć.
Sto sześćdziesiąt to już była przesada. I tak nie zdąży.
- On mnie zabije - szepnął kierowca. I to powiedziawszy ujrzał kogoś na fotelu pasażera kątem oka. To przecież niemożliwe. Jedzie samotnie.
- Cześć. -Rzekła postać - Już czas.
Kierowca odwrócił głowę w stronę postaci siedzącej obok.
Nie zauważył znaku ”ostry zakręt w lewo”.
Samochód przerwał barierkę z prędkością stu osiemdziesięciu km. na godzinę. Leciał długo. Dla pasażerów Opla czas się zatrzymał. Kierowca zapytał
- Kim jesteś na Boga?
- Tylko nie Boga. Już to mówiłem. Nadszedł czas.
- Jaki czas?
- Twój czas!
Pasażer zniknął czas znów ruszył do przodu. Samochód leciał dalej. Leciał jak ptak. Przypominał orła pikującego po zdobycz. Lecz to on był zdobyczą. Niewinną zdobyczą.
Huk był ogromny.
W miasteczku oddalonym o parę dobrych kilometrów odbywało się wesele. Państwo młodzi przymierzali się do długiego pocałunku, gdy usłyszeli huk. Ogromny huk. Nie wiedzieli, co się stało, ale coś poczuli. Chłód. Przeraźliwe zimno jak by przeszła koło nich śmierć. Tego wieczoru już się nie całowali.

Donośne walenie w drzwi wyrwało go z płaczu. Z oczami czerwonymi od przyciskania ich dłońmi, podszedł do drzwi. Nie musiał się już o sprawdzenie drzwi. Tym razem wiedział, kto za nimi stoi. Oczekiwał na przybycie gości. Niechcianych gości. Nieproszonych, a tym razem znienawidzonych gości. Przynoszących wiadomość.
Otworzył drzwi jednym energicznym ruchem. Oczom gospodarza ukazały się dwie postacie. Wyższa i niższa. Obie ubrane w garnitury…
…Policyjne.
- Mamy dla pana wiadomość panie…
-Nie tylko nie to. - Usłyszeli. Wyższy przerwał raptownie oszołomiony. Spojrzał na niższego i zaczął jeszcze raz.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -