Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Dzielnica żywych trupów

Michał Dąbrowski

Nie mieliśmy już siły biec. One były wszędzie. Musieliśmy przedostać się z kwadratu naszych podwórek na bazar. Było to niedaleko, ale one wyłaziły zewsząd. Włócząc nogami szły w przed siebie, donikąd i bez celu. W końcu naszym oczom ukazały się budki targowiska. Nie tak dawno, nawet jeszcze wczoraj można tu było kupić warzywa, owoce czy mięso. Teraz panował prawdziwy bałagan. Trzeba było bardzo uważać – między stoiskami, w wielu zakamarkach tego terenu można było je spotkać.
- Ile jeszcze będziemy biec? – spytał mnie Marcel.
- Słuchaj, nie wiem, widzisz ten warzywniak?
- Aha
- To zaraz za nim powinniśmy być bezpieczni.
- Bezpieczni?
- Może wejdziemy na jego dach, tam jest drabina i one nie wejdą.
Poruszały się wolno, czasem kręciły się w kółko. Ich ciała były bezwładne, powykrzywiane i nierzadko zmasakrowane. Ich ruchy przypominały roboty, którym osłabły baterie.
- O, dzień dobry! – rzucił w biegu Marcel
- Komu ty dzień dobry mówisz?
- No, sąsiad tam szedł.
- Chyba to, co z niego zostało – uśmiechnąłem się krzywo – A odpowiedział ci chociaż?
- Tak, wycharczał, że mózg i w ogóle…
- No widzisz jaki uprzejmy.
To całe szaleństwo zaczęło się wczoraj. Poszedłem oddać butelki do sklepu. Sprzedawczyni nie było w polu widzenia, a jak wyszła to nie podziękowała za flaszki, tylko rzuciła się na mnie. Na początku myślałem, że ma jakieś pretensje czy co, ale bardzo szybko doszedłem do wniosku, że chce mnie po prostu ugryźć w głowę. Zatrzasnąłem jej drzwi przed nosem i zastanawiałem się gdzie oddać butelki. Poszedłem do innego sklepu, mijając bar z chińskim żarciem. Zawsze lubiłem tam chodzić. Pan Chińczyk był bardzo sympatyczny. Do dzisiaj, gdyż, gdy ukradkiem zerknąłem w głąb jego przybytku, ujrzałem go jak zagryza swojego klienta.
Był upał. Miałem straszliwego kaca. Butelki mi ciążyły. Byłem nieszczęśliwy. Znajomi wyszli z imprezy ode mnie, ja trochę pospałem, obudziłem się, chciałem się ogarnąć, a tu moja cała dzielnica wariuje. Nawet chłopaki w sportowych ubraniach dziwnie się zachowywali. Nie przestępowali z nogi na nogę jak to zawsze oni, nie pluli na chodnik, tylko warczeli do siebie i chodzili jak w transie. To na pewno jakieś nowe zioło, pomyślałem.
W pewnym momencie usłyszałem warkot silnika. Wielkie cielsko przegubowego autobusu wyłoniło się zza zakrętu i przejechało tuż przede mną taranując mały sklepik. Ten, do którego chciałem butelki oddać. Pojazd wywrócił się i szorował bokiem asfalt. Następnie zaczął dymić, aż w końcu eksplodował. Pomyślałem, że okolice mojego domu nie są najbezpieczniejszym miejscem.
Odstawiłem butelki pod resztki sklepu. Jak wielka była moja radość – ostały się dwa piwa z tej miazgi. Wziąłem je, otworzyłem jedną i zacząłem snuć się po dzielnicy.
Samochody na ulicach stały. Ale to nie był korek. Niektórzy kierowcy powychodzili z nich i snuli się po ulicach. Policjanci próbowali ich wylegitymować. Ale tamci na każde pytanie odpowiadali: „Mózg…mózg…”. Zdziwiłem się strasznie gdy paru z nich dopadło tych gliniarzy i, o dziwo, znaleźli to, czego chcieli.
Nie czułem się zagrożony, mam mózg, pewnie, ale nie o to chodziło. gdyż potwory były wolne, ślamazarne i wystarczyło tylko szybciej podejść i już było się bezpiecznym. Z drugiej strony te stwory, które zawładnęły dzielnicą zaczęły być coraz liczniejsze. Coś musiało się stać, gdy spałem snem sprawiedliwego melanżowca. Postanowiłem zadzwonić do swojej dziewczyny.
- No cześć kochanie. Słucha, nie mam czasu gadać. Jest u mnie trochę napięta sytuacja. Weź wyjrzyj przez okno. Jak ludzie u ciebie się zachowują?
- No normalnie. Bez zmian.
- To masz szczęście…
- Mó-ó-ó-ó-zg-u-u-u!
- Co tam u ciebie się dzieje? Znowu impreza?
- Niestety nie. U mnie wszyscy chodzą jak śnięci. Są bladzi i chcą jeść cudze mózgi.
- Maks, nie pomyślałeś o tym?
- O czym?
- O tym, że twoja dzielnica została opanowana przez zombich czyli ŻYWE TRUPY!
Tak, powiedziała to dużymi literami.
- Mam w takim razie nie lada problem, bo nikogo normalnego nie spotkałem.
- To uciekaj, schowaj się gdzieś! Znajdź jakiś patent.
- Dobrze kochanie. Będę kończył, bo mam tu jakąś starszą panią i dwóch chłopców, którzy chcą mi się do szarych komórek dobrać.
- Uważaj na siebie. Kocham cię.
- Ja ciebie też. Buziaki.
No i tak zostałem sam.
Ale zaraz, żywe trupy u mnie w dzielnicy? TE żywe trupy? Nie wiem, czy się cieszyć czy płakać, ale wiedziałem jedno – miałem jedno piwo, które mi ciążyło. Wszedłem na jakiś murek, zapaliłem papierosa i obserwowałem całe to przedstawienie.
Trupy snuły się, warczały, śliniły się, ale były jakieś niedorobione. Byłem w zasięgu ich wzroku, ale mnie nie widziały. Atakowały dopiero przy możliwości bezpośredniego kontaktu.
Przyfrunęła do mnie okładka dziennika „Fakt”. Tytuł krzyczał: „Zmarli chodzą!” Każdy numer składany jest na ostatnią chwilę, więc coś musiało się dziać już wczoraj w nocy.
Zauważyłem swojego sąsiada. Powłóczył nogami, w jednej ręce trzymał zakupy. Pewnie dopadły go, jak był na bazarze. Nigdy farfocla nie lubiłem, więc rzuciłem go butelką. Nie trafiłem, ale roztrzaskała koło jego nóg. Przystanął, wyraźnie zaciekawiony.
- Grrr? – spytał.
- A wal się, dziadu! Nigdy cię nie lubiłem!
I było to najgorsze, co mogłem zrobić. Nieboszczyki popatrzyły na mnie i zaczęły iść w moją stronę. Reagowały na głos. Na ludzki głos. Jak muzyka grała w jednym samochodzie, to nic sobie z tego nie robiły.
- Mó-ó-ó-ó-ó-ó-ó-zg! – rozległo się na całej ulicy.
Zeskoczyłem z murku i pognałem przed siebie.
W niedaleko bazaru spotkałem kumpla – Marcela. Stał na garażu i, idiota, darł ryja:
- Pomocy! Błagam! Niech mnie ktoś zabierze!
Oczywiście cały rząd garaży był okupowany przez trupy, które słysząc Marcela, postanowiły się do niego dobrać. Miałem nadzieję, że ma komórkę. Stanąłem za drzewami, tak aby go widzieć i zadzwoniłem. Zaczął grzebać w kieszeni.
- Maks? Ty żyjesz?
- Mó-ó-ó-ó-ó-zg! – wychrypiałem.
- Maks, ziomal, żyj!
- Żyję, durniu, jaki trup by ci na komórkę dzwonił?
- Gdzie jesteś?
- Spójrz przed siebie – pomachałem mu.
- Widzę cię. Co teraz?
- Zombie są powolne. Zeskocz szybko z garażu i dajemy dyla przez bazar.
- No dobra.
No i mu się udało.
A chwile później próbowaliśmy wejść na dach warzywniaka, ale niestety po nim snuł się trup ubrany w kombinezon faceta z firmy ustawiającej anteny.
- Cholera, co teraz?
- Tam, zobacz, tam jest jakaś zamknięta budka. Spróbować nie zaszkodzi.
Podbiegliśmy. Na szybie wisiała kartka: „Nieczynne z powodu choroby”. Była zamknięta na kłódkę. Marcel szybko znalazł cegłę, którą to tę kłódkę rozwalił. Otworzyliśmy drzwi. Chciałem coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów. Byliśmy w sklepie monopolowym. Budka spadła nam z nieba. Była cudem zamknięta, nie była zdemolowana, a poza tym materiał, z którego była zrobiona był na tyle wytrzymały, że trupy nie dałyby rady z dostaniem się do środka.
- Brzydzą mnie te stwory – stwierdził.
- Ciebie? Popatrz na swoją koszulkę – Marcel był zaprzysięgłym fanem kapeli Cannibal Corpse.
Popatrzył na mnie krzywo, ale zaraz się rozchmurzył.
- No, stary, możemy wznieść toast. Udało nam się.
- Fakt. Co przynieść?
- Najzimniejszą wódkę z najdroższych.
- Robi się – odpowiedział Marcel i zaczął szperać w lodówce. W końcu wyjął flaszkę, ja znalazłem sok i zaczęliśmy ucztę.
- Może włączymy radio? Może nam powiedzą, co się dzieje.
- Burdel się dzieje – powiedziałem, ale włączmy, pewnie.
„…wszystkie osoby proszone są o zostanie w domach! Panuje pewna choroba, która rozprzestrzenia się bardzo szybko. Służby rządowe odgrodziły warszawską Ochotę i teraz próbują wyłapywać zarażonych. Prosimy zachować spokój. Jeśli dojdzie do walki między zakażonym, a zdrowym jedynym sposobem na unieszkodliwienie takiego jest cios w głowę…”
I wyłączyliśmy, gdyż Marcel znalazł parę fajnych płyt rockowych. Właściciel tej budy ma niezły gust. A może miał.
- Wiesz jak się czuję? Jak w „Świcie żywych trupów”.
- Tym starym?
- Tym nowym. Wiesz, jak siedzieli w tej galerii. Totalna samowolka. Nie ma społeczeństwa, nie ma władzy.
- Ale nie chcę cię martwić. Tam oni wszyscy zginęli.
- Ale ich trupy biegały, a nasze są powolne strasznie. I głupie.
- Nasze są takie Romerowskie – stwierdziłem.
- Jak te z „Nocy żywych trupów”?
- Proste stary. Tylko, że tamte jadły mięso, nie tylko same mózgi.
- Ale jazda dzisiaj. Miałeś kontakt ze swoją rodziną?
- Spokojna głowa. Są na Mazurach. Poza tym to tylko Ochota ma ten trupi problem.
- No to dobrze.
Usłyszeliśmy hałas. Uchyliłem żaluzje.
- Coś się tam stało?
- Nic. Tylko trup jakiś się o szybę otarł. Podkręć muzykę. Nie usłyszą nas wtedy.
Byłem trochę rozczarowany tą sytuacją. Myślałem, że będzie tak jak na filmach. Grupa szczęśliwców, w tym wypadku Marcel i ja, schowa się gdzieś i będzie toczyć zażartą walkę z hordami żywych trupów. Zamiast tego siedzę z kumplem, który był na wczorajszej imprezie u mnie w domu, pijemy zimną wódeczkę, zombich mamy w głębokim poważaniu i co ciekawe, one też nie są nami specjalnie zainteresowane.
- Zastanawiam się czy z cmentarzy też wyszły.
- Tak jak w „Powrocie żywych trupów”?
- Tak.
- Wiesz, to ciekawe. Ale dzielnica nie ma żadnego, a z tego co w radio to tylko ta część miasta jest zaatakowana przez trupy. Zresztą w „Powrocie żywych trupów” to spalili jednego zombiego i deszcz spadł…
- Wiem, oglądałem.
- Właśnie. A tu to tak raczej nie było.
- Musimy to przeczekać. A tymczasem chlup!
I napiliśmy się.
- A nie pomyślałeś, że może być jak w drugiej części „Powrotu”?
- To znaczy?
- Że rząd za tym stoi. Że przestraszyli się niskich notowań i wypuścili zarazki i teraz mamy to, co mamy.
- Eksperyment genetyczny, celowo nieudany?
- No coś w tym rodzaju.
- To wypijmy za trioxin.
- Słuszny toast, słuszny.
- Ej, a może to jest tak jak w „28 dniach”?
- Jak?
- No, że zamelinujemy się tu, a trupy umrą z głodu?
- Nie sądzę. Tam zombie były doskonalsze, szybkie, wredne i transformacja była błyskawiczna. Mówię ci, te nasze są żywce wzięte z Romera.
- Co tak wcześnie się ode mnie urwałeś z imprezy w nocy?
- Druga w nocy to wcześnie?
- My do czwartej gadaliśmy w kuchni.
- Coś mi się wkręciło. Nie pamiętam.
- Ale jedno ci powiem, Marcel. Rano to ja sam wyglądałem jak rasowy zombie.
Roześmialiśmy się.
- Pamiętasz „trójkę” „Powrotu”?
- Proste, ta panna była ostra.
- W sumie to był jeden z niewielu filmów, a może nawet jedyny, gdy żywy trup kontaktował.
- Ale jednak nie panowała nad sobą.
- Zjadła czyjś mózg.
- Właśnie, ale chyba w tym przypadku to miłość zwyciężyła. Wiesz, nie wyobrażam sobie jak mogliby egzystować w zwyczajnym społeczeństwie. On żyje, a ona trup.
- Potem zaczęłaby gnić. Perfum by zabrakło.
Nasze siedzenie w sklepie obfitowało w przytaczanie scenek z filmów o trupach. W końcu bądź co bądź – temat na czasie. Wypiliśmy jeszcze parę piw, poczęstowaliśmy się papierosami, a gdy zgłodnieliśmy to zjedliśmy batoniki.
W pewnym momencie usłyszeliśmy warkot silnika. Dochodził z góry. To był helikopter.
- Marcel! Właź na górę! Pomachaj im! Może nas zobaczą!
Marcel najpierw wszedł na ladę, później złapał się za dach i podciągnął się. Słyszałem jak krzyczy. Helikopter unosił się nad blokiem. Wychodzili z niego jacyś ludzie. Nie – trupy.
- Proszę zostać tam, gdzie jesteście! Dzielnica jest oczyszczana z zarażonych! Ratunek nadejdzie lada chwila! – usłyszeliśmy głos z megafonu.
Marcel zlazł z dachu. Zrobił to nieporadnie. Chwiał się strasznie na nogach. Ja też nie byłem lepszy.
Zasnęliśmy na jakiś czas. Obudziły nas dźwięki ciężarówek. Spojrzałem przez okno. Wciąż ogarniał mnie sen. Żołnierze wyskakiwali z pojazdów i zarzucali sieci na wałęsające się trupy. Sieci te zaciskały się i zombie padał na ziemię unieruchomiony. Mężczyźni wnosili je do specjalnych pojazdów, a te odjeżdżały na sygnale.
- Ty, Marcel, chyba jesteśmy uratowani! – potrząsnąłem nim. – Wstawaj stary!
- Już wstaję, już wstaję…
- Czuje się obsyfiały.
- Masz rację, ja też.
Gdy w pobliżu nie było już żadnych trupów, nadjechała ekipa telewizyjna. Mniej więcej przed naszym schronieniem ustawił się reporter i zaczął coś mówić. Ale my ledwo trzymaliśmy się na nogach.
- To…do zobaczenia wieczorem…Maks…– wybełkotał Marcel.
- Proste…o siedemnastej, stary.
- Proszę zobaczyć...- usłyszeliśmy.

Wszyscy przyszli punktualnie. Miasto miało jeszcze problemy z komunikacją, ale jakoś się udało.
- Włączmy wiadomości! – powiedziałem.
„…znajduję się właśnie w ostatnim, rzecz można, bastionem zarażonych trującym gazem. Tu, na terenie tego bazaru ukrywają się ostatni z nich. Możliwe, że są tu jeszcze jacyś ludzie…”
W tym momencie drzwi od sklepu monopolowego otworzyły się i cała Polska zobaczyła mnie i Marcela wspierających się o sobie i wytaczających swoje ciała.
- Proszę zobaczyć! Oto jedni z ocalałych. – facet daje znaki kamerzyście, żeby podszedł. Obraz drga. Reporter jest wyraźnie podekscytowany, to materiał życia o żyjącej śmierci.
- Proszę panów, jak się panom udało przeżyć…
- Móóóóózg! – wydarliśmy się na niego.
Obraz oszalał. Kamera spadła i jedyne co jej się udało zarejestrować to reportera i kamerzystę spieprzających gdzie pieprz rośnie. Potem obraz zszarzał i pojawiło się studio wiadomości.
- To już jest koniec tego szokującego materiału. To jedyne nagranie jakie udało nam się zarejestrować. Miasto powoli wraca do normy, a zarażeni są odkażani specjalnymi szczepionkami, więc jeśli zobaczycie takiego to proszę udać się do najbliższego…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -