Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Jestem głodny

Robert Cichowlas

23 kwietnia 2004, Piątek

Jestem głodny.
Pewnie zaraz po odłożeniu pióra zaszyję się w kuchni i upichcę „małe co nieco”. Marzy mi się jajecznica na bekonie z kilkoma plasterkami pomidora. Na samą myśl o tym cieknie mi ślinka.
Dziś obudziłem się wyjątkowo późno, bo grubo po siódmej. Głowa pękała mi w szwach i jedyne, na co miałem ochotę, to aspiryna i szklanka wody mineralnej. Nie zwykłem spać do późna - jestem jednym z tych, którzy twierdzą, że spanie to strata cennego czasu. I słusznie, prawda?
Wygramoliłem się z łóżka i poczłapałem do łazienki.
Z determinacją szorowałem zęby, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Zakląłem pod nosem.
Znowu ta stara bździągwa spod szesnastki chce pożyczyć cukier – pomyślałem, lecz kiedy podszedłem do drzwi i spojrzałem przez wizjer, zamiast sąsiadki, ujrzałem mężczyznę w eleganckim czarnym garniturze. Trzymał w dłoni teczkę.
Zdawało mi się, że już kiedyś go widziałem, jednak za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć kiedy.
Otworzyłem drzwi.
Mężczyzna był wysoki i postawny. Miał krótko ostrzyżone włosy, kozią bródkę i pachniał drogimi perfumami. Zobaczyłem, że przedmiotem, który trzymał w ręku nie jest teczka, tylko lśniąca czarna walizka.
- Dzień dobry - powiedział piskliwym głosem, który zupełnie do niego nie pasował. Zapytałem o co chodzi.
- Mogę wejść? – zagaił uprzejmie, po czym dodał, lekko się uśmiechając - Zajmę panu naprawdę niewiele czasu, a wiem, że będzie pan zainteresowany tym, co mam do zaoferowania.
Kolejny przedstawiciel handlowy – stwierdziłem niepocieszony, po czym odparłem krótko:
- Jestem bardzo zajęty.
Miałem właśnie zamknąć drzwi, ale mężczyzna zwinnie wsunął się do mieszkania i z przepraszającym wyrazem twarzy powiedział:
- To naprawdę nie zajmie wiele czasu, a na pewno pana zainteresuje.
Popatrzyłem na niego uważnie.
- Nie interesują mnie żadne promocje, ani informacje o odkurzaczach – prototypach, czy żelazkach, które same prasują.
- Nie przyszedłem tutaj, aby irytować pana tego typu opowiastkami.
Gdy zamilkł na moment, posłałem mu pytające spojrzenie.
- Wiem, że jest pan doskonałym kucharzem – rzekł wreszcie – Przyrządzanie dań jest pańską pasją, nie mylę się, prawda? Wiem także, że zna się pan na perfumach. To pańska druga pasja. Zapach ma dla pana ogromne znaczenie i przywiązuje pan do niego dużą wagę.
Niewątpliwie miał rację. Ciekawe, skąd to wiedział. Tak, czy owak, nadal drzemał we mnie sceptyzyzm.
- Proszę wybaczyć, ale nie jestem niczym zainteresowany - powiedziałem spokojnie i poprosiłem nieproszonego gościa, aby opuścił moje mieszkanie. Ku mojemu największemu zaskoczeniu facet roześmiał się, a potem energicznie potrząsnął głową.
Podszedł żwawo do niewielkiego dębowego stolika i otworzył walizkę.
- Proszę spojrzeć – polecił.
Niechętnie rzuciłem okiem. Walizka była wypełniona dwoma rzędami kolorowych, od kilku do kilkuset mililitrowych, flakoników wypełnionych perfumami.
- Po blisko ośmioletniej pracy w perfumerii wie pan jak odróżnić dobry zapach od kiepskiego, zgadza się?
Pociągnąłem nosem, nie odzywając się słowem.
Mężczyzna mówił płynnie. Starannie dobierał każde słowo, jakby bał się, że najmniejsze zająknięcie może go srogo kosztować.
- Nie przyszedłem tu po to, aby wcisnąć panu chłam. Nie jestem akwizytorem, ani nikim podobnym. Sądzę jednak, że mam coś, co bardzo się panu spodoba. Zaraz powiem, o co chodzi.
Gadał jak skończony wariat, ale trzeba było przyznać, że pasja, z jaką cedził każde słowo, spowodowała, że spytałem:
- Zatem, co pana do mnie sprowadza?
Krążył naokoło walizki jak psiak zainteresowany małą myszką, która właśnie wyszła ze swojej norki.
- Czuję, że jest pan zaintrygowany - powiedział z dumą - Bardzo się cieszę. Czy moglibyśmy zatem usiąść i spokojnie porozmawiać?.
Kiedy uśmiechnął się szeroko, zobaczyłem jego nieskazitelnie czyste uzębienie. Wyglądał na człowieka zamożnego I absolutnie niegroźnego. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Zaprowadziłem go do jednego z dwóch pokoi i poprosiłem, aby usiadł w fotelu. Zaproponowałem kawę, lecz odmówił. Nie miał też ochoty na lampkę wina, ani szklaneczkę whiskey.
Usiadłem w drugim fotelu i potarłem dłonie. Chrząknąłem, czując lekkie zakłopotanie. Ciekawiły mnie flakony w jego walizce. Naprawdę ciekawiły. Wpatrywałem się w nie uważnie, zastanawiając, kto jest ich producentem. Kształtem nie przypominały żadnych znanych mi perfum.
Widząc moje narastające zainteresowanie, mężczyzna ponownie się uśmiechnął, po czym zaczął mówić:
- W walizce znajduje się dziesięć flakonów. Pomimo, że jest pan doskonale obeznany w branży, zapachy, które mam przy sobie, są panu obce. Nie są tanimi podróbkami, które tak często sprzedaje się na rozmaitych targach po zaskakująco niskiej cenie. To są wyjątkowe perfumy.
Słowo "wyjątkowe" wypowiedział przymykając na chwile oczy tak, jakby chciał podkreślić magię tego wyrazu. Ostrożnie wyciągnął jeden z flakonów i podał mi go do ręki. Buteleczka, koloru wiśniowego, była niewielka i chłodna w dotyku. Znajdowało się w niej niewiele ponad dziesięć mililitrów płynu.
- Proszę odkręcić – usłyszałem podniecony głos.
W skupieniu popatrzyłem na flakonik, po czym delikatnie odkręciłem błyszczący korek. Prawie natychmiast poczułem tę woń. Była ujmująca; słodka, jakby owocowa. Mężczyzna miał rację: nigdy czegoś podobnego nie wąchałem. Przejmujący zapach, który szalenie przypadł mi do gustu.
Przymrużyłem oczy.
- Owocowy? - zapytałem po krótkiej chwili.
Mężczyzna w garniturze podrapał się po głowie.
- Wszystko, co dotyczy tych perfum, jest na razie tajemnicą – odparł - Mogę zdradzić nazwę firmy, która je produkuje, choć jestem przekonany, że nic ona panu nie powie.
- Jak brzmi ta nazwa?
- Hunger. Nie ma jej jeszcze na rynku.
- Hm - westchnąłem cicho, nie przestając delektować się niebiańskim zapachem. Z pewnością nie był on zwyczajny. Pachniał luksusem.
- Widzę, że woń przypadła panu do gustu.
Przytaknąłem.
- Owszem. Jest wyjątkowa.
- To tylko jeden z dziesięciu zapachów, jakie mam przy sobie. Za moment pozna pan resztę tego cudu.
Nie mogłem się doczekać, kiedy poprosi, abym otworzył kolejną butelkę. Byłem przejęty jak niemowlę, które za chwilę napije się mleka z piersi matki. Przez moment próbowałem porównać ten zapach do jednego z wielu, które znałem. Jednak żaden z zapachów Hugo Bossa, Giorgio Armaniego, Kenzo, Yves-Saint Laurent czy Gucciego nie przypominał tego z małej wiśniowej buteleczki. Nie potrafiłem trafnie opisać tego zapachu. Był słodki, bardzo słodki. Brzoskwiniowy, albo morelowy. Cholernie subtelny.
Kiedy została mi wręczona druga buteleczka, zadygotałem z podniecenia. W pośpiechu otworzyłem flakon i zacząłem wąchać. Zapach prawie powalił mnie na kolana: ostry, intensywny jak Chanel nr5, słodkawy jak Hugo i tajemniczy jak Rush od Gucciego. Zdecydowanie damski zapach. Rozkoszny. Skojarzył mi się z domem nad brzegiem jeziora, polnymi kwiatami, wanilią.
- Wspaniały – mruknąłem.
Mężczyzna w czarnym garniturze przytaknął.
- Bardzo by pan chciał posiadać jeden z tych zapachów, prawda? – zapytał w końcu – Jest pan podekscytowany.
- Owszem – odparłem niemal natychmiast - Jednak obawiam się, że nie stać mnie na kupno ani jednego.
- Zatem mam dla pana niespodziankę. Proszę ocenić, który z nich jest najlepszy i najbardziej fascynujący, a potem proszę go sobie zatrzymać.
Popatrzyłem na niego uważnie.
Żartuje sobie ze mnie? – pomyślałem. Nie miałem pojęcia, gdzie tkwił haczyk
- To jakaś forma promocji? Reklamy? – zapytałem.
- Nie, nic z tych rzeczy. Jestem tu, bo wiem, że zna się pan na sprawie i potrafi rozpoznać dobry zapach. Dlatego też firma, po przejrzeniu pana dokumentów, stwierdziła, że najbardziej nadaje się pan na osobę, która mogłaby wydać opinię na temat owych perfum. W zamian za to jeden z nich może należeć do pana.
Generalnie rzecz ujmując, nie miałem powodów, aby dalej węszyć spisek.
Pokręciłem znacząco głową
- Rozumiem – wymamrotałem po chwili – Cóż, zatem nie widzę problemu. Myślę, że powinienem czuć się zaszczycony.
Mężczyzna wyszczerzył zęby i bez wahania podał mi dwa kolejne flakony. Zacząłem wąchać i oceniać zapachy. Musiałem przyznać, że były ujmujące, wprost niebiańskie. Nie miałem wątpliwości, że firma szybko zabłyśnie na rynku. Kiedy skończyłem delektować się ostatnim zapachem, usłyszałem:
- Teraz proszę wybrać sobie jeden.
Podjęcie decyzji zajęło mi kilka sekund. Chwyciłem do ręki kilkudziesięciomililitrową złotą buteleczkę i oświadczyłem, że ten zapach najbardziej mi się podoba.
Mężczyzna uścisnął mi dłoń.
- Zatem, jest już pana.
- Dziękuję serdecznie.
- To ja bardzo dziękuję. Na wszelki wypadek zostawię swoją wizytówkę. Myślę, że niedługo pan się ze mną skontaktuje. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Podniosłem na niego wzrok, zaciekawiony.
- Dlaczego miałbym dzwonić? – zapytałem.
- Hmm - facet roześmiał się - Po prostu, aby porozmawiać - dokończył już bardziej poważnym tonem.
Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować.
Miałem właśnie raz jeszcze podziękować za prezent i pożegnać się z nieznajomym, gdy w moim umyśle zrodziło się ostatnie pytanie:
- Kiedy zaczynaliśmy rozmowę, powiedział pan, iż wie, że znam się na gotowaniu – zacząłem ostrożnie, nieznacznie się uśmiechając – Wiedział pan, że z zawodu jestem kucharzem. Ponadto dodał pan, że to spotkanie będzie dotyczyło także tej dziedziny. Czy mogę się dowiedzieć, co pan miał na myśli?
Gdy na mnie spojrzał, dostrzegłem błysk w jego oku.
- To, proszę pana, również jest tajemnicą - odrzekł - Sam pan zobaczy, co miałem na myśli.
- Obawiam się, że nie rozumiem.
- Proszę mi wierzyć, zrozumie pan niebawem.
To był wyjątkowo dziwny facet. Stuprocentowy ekscentryk. Kiedy wyszedł, przez moment stałem na korytarzu, zastanawiając się nad tym, co powiedział. Po chwili wszedłem do pokoju i usiadłem w fotelu. Wpatrywałem się w złotą buteleczkę mojego nowego perfumu.
Resztę dnia spędziłem przed komputerem, grając w szachy. Co jakiś czas odbierałem telefony od znajomych i rodziców, a równo o szesnastej wyszedłem z psem na spacer. O dwudziestej wyskoczyłem do pobliskiego marketu po kilka puszek heinekena i mrożoną pizzę.
A teraz... teraz znowu boli mnie głowa. Poza tym odczuwam głód. Chyba pójdę coś przekąsić. Tylko co? Sam nie wiem, na co mam ochotę. Może usmażę mielone klopsiki? To nie jest zły pomysł.
Smażone klopsiki. Hmm. Tak sobie teraz pomyślałem, że chyba lepsze byłyby surowe.



24 kwietnia 2004, Sobota

Jestem potwornie zmęczony. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo wyczerpujący. Wyczerpujący i, jakby to powiedzieć... dziwny.
Wstałem równo o piątej i wyszedłem z psem na spacer. Cała dzielnica Chelsea pogrążona była we mgle. Podążałem spokojnie ulicą Cheyne Walk, delektując się świeżym powietrzem. Obok mnie rzeka leniwie mknęła swoim kursem. Rozmyślałem o mężczyźnie w czarnym garniturze, o perfumach i... klopsikach.
Na siedemnastą byłem umówiony z Robertem na partyjkę pokera. Robert jest moim znajomym jeszcze z czasów studiów - jedną z nielicznych osób z tamtego okresu, z którą utrzymuję stały kontakt. Mieszka na West Endzie wraz z żoną, dwójką dzieci i wielkim, kudłatym psiskiem. Ostatnio dość często spotykamy się popołudniami, aby pograć w karty, wypić kilka piw i powspominać lata, kiedy w naszych sercach tkwił młodzieńczy bunt. Stary, poczciwy Robert...
Jednak w chwili obecnej nie o Robercie chciałem wspomnieć, a o Berniem – moim owczarku niemieckim.
Jak już pisałem, wyszliśmy na spacer.
W pewnym momencie, ni stąd, ni zowąd, psiak wyrwał się ze smyczy i zaczął podążać w kierunku, stojącej przy korycie rzeki, starszej kobiety. Zawołałem: „Bernie! Bernie”, lecz on nie zareagował. Pędził, zdeterminowany, ku staruszce.
Ujrzałem białego pudla, który, wesoło merdając ogonkiem, podbiegł do kobiety i zapiszczał donośnie, spragniony pieszczot. Ta schyliła się i zaczęła drapać go za uszami. A potem...
Doprawdy, nie mam pojęcia, co odbiło Berniemu. Był zawsze taki spokojny i usłuchany.
W tamtej chwili stał się dziką, żądną krwi, bestią. Patrzyłem jak z furią podbiega do pudla i jak rzuca się na niego, na przemian warcząc złowieszczo i szczekając. Toczył pianę z pyska. Był naprawdę wściekły.
Momentalnie ruszyłem w jego kierunku krzycząc, aby przestał. Lecz on dalej gryzł, szatkując łapy swojej ofiary i zlizując z nich krew. Nigdy nie zapomnę tego widoku.
Zdesperowana staruszka wrzeszczała na całe gardło:
- Moja Sofie! O Boże, moja droga Sofie!
Otępiały podbiegłem do Berniego i krzyknąłem, aby natychmiast się uspokoił.
Widok rozszarpanego pudla przeraził mnie. Zwierzak leżał bezwładnie na trawniku, a jego sierść kleiła się od krwi. Miał otwarty brzuch, w którym połyskiwały trzewia.
Staruszka zawodziła głośno, oskarżając mnie o zabicie jej ukochanej Sofie. Przykucnąłem nad pudlem nie bardzo wiedząc, co robić. Byłem kompletnie roztrzęsiony. A potem spojrzałem na Berniego, na jego zakrwawiony pysk.
- Do nogi – syknąłem.
Ale on zamerdał tylko ogonem, po czym położył się na trawie, jakby nieświadomy tego, co zrobił.
Starsza pani poprzysięgła mi odwet.
- Pożałuje pan – zawodziła – Pożałuje pan, jak boga kocham.
Kiedy wracaliśmy do domu, ukradkiem spoglądałem na Berniego. Co chwilę oblizywał pysk. Szedł równo przy mojej nodze, radośnie wymachując ogonem.
W domu skarciłem go za to, co zrobił. Krzyczałem na niego tak głośno, że skulił się na podłodze i zaskomlał.
Rozdygotany otworzyłem lodówkę i wyciągnąłem z niej karmę Chappi i dwie butelki heinekena.
Bernie nie chciał nic zjeść. Pomyślałem, że jest przestraszony i że niedługo pochłonie wszystko, co do ostatniego kawałka.
- Ładnie mnie dzisiaj urządziłeś – warknąłem.
Nie wiem, do diabła, dlaczego widok tego cholernego pudla tak bardzo go zirytował. Myśląc o tym, zabrałem piwo i poszedłem do pokoju.
Byłem zmęczony i podenerwowany.



Otworzywszy oczy, ujrzałem zegar ścienny. Wskazywał czternastą.
Musiałem przysnąć – pomyślałem, ziewając.
Niechętnie udałem się do łazienki i wziąłem prysznic. W ogromnym, lekko zaparowanym lustrze zobaczyłem wąską twarz czterdziestolatka z głęboko osadzonymi, brązowymi oczami i trzydniowym zarostem. Wyszczerzyłem ostentacyjnie zęby, następnie odszukałem maszynkę do golenia.
Kilka minut później użyłem nowego perfumu. Długo napawałem się jego zapachem, następnie wróciłem do pokoju. Bernie spał na kanapie, cicho pochrapując.
- Mam ochotę urwać ci łeb – mruknąłem.
Kiedy zegar wybił piętnastą trzydzieści, sięgnąłem po marynarkę i wyszedłem z domu. Po drodze zahaczyłem o supermarket. Kupiłem sześciopak heinekena dla siebie i Roberta, białe wytrawne wino dla jego żony, Sandry i po paczce czekoladowych cukierków dla dzieciaków.
Ponad czterdzieści minut ślęczałem w korkach, klnąc na czym świat stoi.
Do Roberta zajechałem kilka minut spóźniony. Sandra uśmiechnęła się szeroko, po czym odwiesiła moją marynarkę na wysoki, drewniany wieszak.
- Nie muszę ci mówić, że masz się czuć, jak u siebie, prawda? – zachichotała. Niezwykle urokliwa z niej kobieta - niska, szczupła o wielkich błękitnych oczętach i długich, blond włosach. I te piersi, ciężkie, okrągłe. Nigdy nie mogę się powstrzymać od zerknięcia na nie ukradkiem.
Z kuchni dobiegał do mnie zapach lazani, oraz muzyka Beethovena. Osobiście nie przepadam za klasyką, wolę starsze, rockowe brzmienia jak: Deep Purple, Led Zeppelin, Queen, czy Aerosmith. Ale... przecież nie pojechałem tam, aby słuchać muzyki, tylko grać w karty.
Na mój widok, Robert klepnął mnie w plecy i zaprosił do niewielkiego, nowocześnie urządzonego, pokoju. Stała tam szeroka sosnowa szafa, sosnowy stolik z dwoma skórzanymi fotelami i nowoczesny sprzęt stereo. Okienne szyby przysłonięte były błękitnymi, jedwabnymi firankami w pstrokate wzory.
Graliśmy prawie do dwudziestej pierwszej, słuchając nowego album Tiny Turner i wspominając stare, dobre czasy. Wygrałem czterdzieści funciaków, które przed wyjściem podrzuciłem do pokoju Alana i Sioban. Dzieciaki klasnęły w dłonie i rzuciły się na mnie z okrzykiem zadowolenia.
W drodze do domu prowadziłem nadzwyczaj ostrożnie. Kręciło mi się w głowie, odczuwałem silne zmęczenie.
Gdy wkroczyłem do mieszkania, duchota niemal zwaliła mnie z nóg.. Ściągnąłem przepoconą marynarkę, po czym poczłapałem do kuchni. Zgasiłem pragnienie kilkoma łykami wody mineralnej i głośno beknąłem. Marzyłem tylko o tym, aby położyć się do łóżka i jak najszybciej usnąć.
Chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę pokoju.
Widok, jaki rozpostarł się przede mną, gdy przekroczyłem jego próg, kompletnie mnie przeraził.
Ujrzałem, leżącego na parkiecie, Berniego. Był cały umazany krwią, a dookoła niego walały się szczątki surowego kurczaka. Kurczaka i czegoś jeszcze, co wyglądało na sporej wielkości, rozprutego gołębia. Jego chrząstki i szczątki mięsa porozrzucane były po całym pomieszczeniu. W powietrzu unosiły się ptasie pióra, jakby jatka zakończyła się dosłownie przed chwilą..
- Bernie – wymamrotałem.
Ale Bernie spał. Ani drgnął, gdy po raz drugi wypowiedziałem jego imię.
- Kurwa mać, Bernie!



Jakim, do diabła, sposobem mój pies wydobył z zamrażalnika kurczaka? Dlaczego... dlaczego, do jasnej, cholery najłagodniejsze pod słońcem psisko rozszarpało na strzępy gołębia? I jaki cudem to ptaszysko dostało się do domu?
Przykucnąłem przy Berniem. Oddychał miarowo, co jakiś czas cichutko pochrapując. Ogarnęła mnie kolejna fala mdłości i tym razem nie udało mi się nad nią zapanować. Zwymiotowałem na podłogę.
A potem rzuciłem okiem na rozszarpanego gołębia.
Serce załomotało mi klatce piersiowej, po czym nagle zamarło. Przełknąłem ślinę, a następnie nieznacznie rozchyliłem usta.
Coś było nie w porządku. Bardzo nie w porządku. Nabrałem do płuc powietrza, starając się opanować dreszcze.
Spojrzałem na swoje dłonie.
Chwytały właśnie resztki ptaka i zbliżały je do mych ust.
Poczułem niepohamowany głód. Metaliczny zapach krwi spowodował, że gwałtownie, jednym ruchem szczęki, odgryzłem kawałek gołębia.
Głód był obezwładniający. Myślałem tylko o tym, aby jeść, jeść, jeść. Czułem, spływającą z podbródka krew, a w moim umyśle narodziła się złość. Byłem wściekły, że Bernie zostawił mi jedynie ochłapy.
Dostrzegłem, że wnętrzności ptaka są niemal nienaruszone. Na chwilę zamarłem w bezruchu, próbując opanować drżenie dłoni. Następnie wyszarpnąłem z ciała gołębia miękki, śliski organ. Mogło to być serce, albo kawałek wątroby. Cokolwiek to było, smakowało wyśmienicie. Każdy kolejny kęs potęgował pragnienie i nakazywał działać szybciej. Raz za razem wyszarpywałem następne organy, po czym połykałem je bez gryzienia.
Byłem głodny jak nigdy dotąd.
Smak krwi podekscytował mnie do tego stopnia, że machinalnie pochyliłem się nad podłogą, wbijając wzrok w kleistą ciecz.. A potem zacząłem zlizywać ją z paneli. Okrężne ruchy językiem stawały się coraz szybsze. Zamknąłem oczy, mając nadzieję, że to tylko sen. Że za moment obudzę się z krzykiem, podreptam do łazienki i opłuczę twarz zimną wodą.
Moja żądza stawała się coraz silniejsza. Uświadomiłem sobie, że to nie sen, lecz przerażająca rzeczywistość. Zlizywałem krew z podłogi. Ba, pragnąłem jej, jakby stanowiła główny element mojej drabiny pokarmowej.
Pamiętam, że w pewnym momencie krzyknąłem.
Rozejrzałem się po pokoju, nie pojmując sytuacji. Zrobiło mi się potwornie duszno, jakby nagle w pomieszczeniu zabrakło powietrza.
- Boże – wyjąkałem, czując, jak w moich oczach gromadzą się łzy.
Wtedy obudził się Bernie. Spojrzał na mnie mętnym wzrokiem i leniwie przeciągnął. Następnie zamerdał ogonem i ziewnął.
- Co tu się dzieje? - zapytałem patrząc mu prosto w ślepia.
Bernie zaskomlał tylko, po czym wskoczył na kanapę i zwinął się w kłębek.



Ponad dwie godziny zajęło mi doprowadzenie pokoju do jako takiego ładu. Przez cały czas odczuwałem uporczywy głód. Gdy zmyłem z podłogi ostatnią plamę krwi, podreptałem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Zobaczyłem, że mam tylko pomidory, ogórki w słoiku, czerwoną paprykę, dwa tuziny jajek, kilka plastrów wysuszonej szynki, kilka jogurtów truskawkowych i od cholery chrzanów, majonezów i ketchupów. Niczego surowego. Żadnego mięsa.
Zamknąłem lodówkę.
Na dziś mam serdecznie dość pisania. Jest już grubo po północy. Moja głowę wypełniają myśli. Przerażające myśli. Muszę się położyć. Wypiję jeszcze piwo i spróbuję usnąć.
Jestem cholernie głodny. Pójdę coś...
Nie. Żadnych jajek. Żadnej kanapki z szynką. Żadnej pizzy.
Sama myśl o tym, co bym zjadł, napawa mnie depresyjnym lękiem.



25 kwietnia 2004, Niedziela



Natychmiast po przebudzeniu poczułem ten zapach – słodkawy, subtelny, ujmujący.
Nie – pomyślałem – To przecież niemożliwe.
Wygramoliłem się z łóżka, po czym sztywno ruszyłem w stronę korytarza.
Woń roznosiła się po całym mieszkaniu. Z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej intensywna, wręcz dusząca.
Niepewnie wkroczyłem do łazienki. Spojrzałem na półkę z kosmetykami. Pośród butelek z płynami po goleniu, dezodorantów, kremów nawilżających i zużytych, jednorazowych maszynek do golenia, stał, szczelnie zakręcony, złoty flakonik. Ten sam, który otrzymałem od tajemniczego gościa w czarnym garniturze z uśmiechem a'la Jack Nicolson.
- Co, do diabła – wykrztusiłem.
Zapach był tak intensywny, iż w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że stracę przytomność.
Usiłowałem sięgnąć po flakonik, lecz ten zdawał się oddalać ode mnie. Był coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie zniknął mi z oczu.
Po chwili spostrzegłem, że leżę na podłodze. Dusiłem się, wierzgając nogami i mimowolnie ściskając swoje gardło. Pamiętam, że przez kolejnych kilka godzin nie mogłem się podnieść. Łzawiły mi oczy, a w gardle czułem okropną gorycz.
- Jezu – wydusiłem, krztusząc się własną śliną – Zaraz się uduszę...


Dzieje się, coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. To jest silne, naprawdę silne. Sprawuje nade mną kontrolę. Steruje każdym ruchem, każdą myślą i pragnieniem.
Głód. Cholerny głód.
A może jestem obłąkany?
Po tym, co się dzisiaj wydarzyło, zaczynam myśleć o sobie jako o kimś, dla kogo najlepszym miejscem na spędzanie czasu byłby dom wariatów. Dom bez klamek, białe ściany, cisza i spokój. Może właśnie tego potrzebuję?
Wciąż piszę. Obserwuję swoją drżącą dłoń i metalowy, zimny długopis.
Przeszkadza mi tylko głód. Jest uporczywy, nieznośny. Obezwładnia mnie.
Musze dotrwać do jutra, zająć się czymś, nie myśleć o...
Byle dotrwać do jutra, byle dotrwać...
A potem pobiegnę do mięsnego.



Ze mną i z Berniem nie jest dobrze.
Wróciłem z mięsnego z czterema kilogramami surowej kiełbasy. Zdeterminowany wpadłem do mieszkania i, myśląc jedynie o tym, aby pokonać głód, zabrałem się za jedzenie..
Ugryzłem pierwszy kawałek, potem drugi. Wtedy pojawił się Bernie. Z pyska ciekła mu piana i warczał na mnie.
- Czego chcesz? – spytałem, pochłaniając kiełbasę.
Bernie szaleńczo rzucił się na szafkę kuchenną. Zaczął toczyć pianę z pyska i szamotać się, jakby opętał go straszliwy demon.
- Co z tobą! – krzyknąłem, lecz zwierzę nadal atakowało szafkę kuchenną.
- Bernie, do cholery!
Podałem mu kawałek kiełbasy. Pies dosłownie wchłonął go bez gryzienia. Widok był szokujący. Jeszcze nigdy nie widziałem Berniego tak podnieconego. Kiedy po raz kolejny rzucił się na szafkę, wiedziałem, że nie da mi spokoju. Byłem zmuszony zaserwować mu kolejny kawałek mięsa. Także i tym razem dopadł do niego z ogromną furią.
Byłem wściekły. Miałem ochotę kląć na niego i kazać, aby natychmiast pobiegł do pokoju.
- Spokój! – warknąłem, gdy usiadł przede mną, obserwując, jak przeżuwam mięso.
- Ile chcesz? Myślisz, że kupiłem to dla ciebie?
Rzuciłem na podłogę dwie kiełbasy. Zrobiłem to tylko dlatego, aby odczepił się ode mnie, aby pozwolił mi się w spokoju zasycić.
- Dosyć!
Zdawał się mnie nie słyszeć. Łapczywie pożerał kiełbasę. Trzęsły mu się uszy i wydawał ciche pomruki.
Boże, co się dzieje? – pomyślałem. Opanował mnie niepokój. Kończyła się kiełbasa, a ja czułem ogromny niedosyt.
Spojrzałem na Berniego. Psiak ziewnął i polazł do pokoju uwalić się na kanapie. Zostałem sam wraz z pustą siatką po mięsie i odrażającymi myślami.
Nadal pragnąłem jeść. Odczuwałem wściekłość i niepohamowaną żądzę krwi.
Cholerne dwie kiełbasy – myślałem – Co mnie naszło, aby rzucać mu tyle żarcia? Pieprzony zwierz. Niech go szlag!
A potem zadygotałem.
To coś znowu było w mojej głowie. Bojkotowało moje myśli:
- Mięso... jak ono... smakuje... surowe...
Jęknąłem, nie mogąc zapanować nad upiornym bełkotem.
- Mięso... jak smakuje... surowe... psie mięso?



Jestem przerażony. Myślę już tylko o jednym. Wyobrażam sobie smak, jaki posiadają jego organy - soczysta wątroba, mięsisty żołądek, miękkie płuca i serce.
Bernie, staruszku....
Zaczynam obawiać się następnych kilku godzin. Próbuję pisać, ale nie potrafię się skoncentrować.
Głód nie pozwala mi logicznie myśleć.
Położę się do łóżka.
Tak, położę się. Będę czekał na moment, kiedy usnę. A jutro... jutro ponownie odwiedzę sklep mięsny. Muszę się dobrze zaopatrzyć.
Przede mną długa noc. Muszę wytrwać. Postaram się, lecz...
...co, jeśli nie będę mógł się pohamować i zrobię to?
Co, jeśli głód będzie tak bardzo uporczywy, że...
Co wtedy?
Boję się. Cholernie się boję.
Bernie! Mój, staruszku.



26 kwietnia 2004, Poniedziałek

Nie wiem jakim cudem udało mi się zasnąć ostatniej nocy.
Krótko po tym, jak skończyłem pisać w pamiętniku, moje powieki nagle zrobiły się ciężkie jak ołów. Pamiętam jedynie, że, głodny, rzuciłem się na łóżko.
Miałem koszmarny sen. Znalazłem się w niewielkim pomieszczeniu, w którym unosiła się słodkawa, bardzo przyjemna woń jakiegoś bliżej mi nieznanego perfumu. Dookoła płonęły ogromne świece, stojące w wysokich, złotych lichtarzach. Okna przysłonięte były jedwabnymi zasłonami, a z sufitu zamiast lampy, zwisała goła żarówka. Wyczuwałem czyjąś obecność. Ktoś bacznie obserwował mnie z ukrycia. Choć nie byłem w stanie dostrzec postaci, doskonale wiedziałem, że to mężczyzna w czarnym garniturze. To jego perfumy roznosiły się po pomieszczeniu.
- Halo! – zawołałem – Proszę pana?
Odpowiedziała mi cisza.
- Proszę pana...
Wtedy ni stąd, ni zowąd, na maleńkim, stojącym na środku pokoju, stoliku, pojawiła się plastikowa misa, wypełniona po brzegi, ociekającym krwią, mięsem. Poczułem, przebiegające po ciele, lodowate dreszcze. Postąpiłem dwa kroki w przód, po czym zastygłem w bezruchu.
W misie znajdowały się sporej wielkości płuca. Były niemal czarne, połyskujące. Choć bił od nich nieprzyjemny, mdły zapach, miałem ogromną chęć, aby skosztować choć kawałek.
Na samą myśl o tym zacisnąłem pięści i wziąłem głęboki oddech.
- Jezu... – wyjąkałem.
A potem dopadł mnie niepohamowany głód. W jednej chwili zacząłem trząść się, moje usta popękały, a oczy zaszły łzami.
Boże, nie...
Ponownie podszedłem do stolika.
Nie potrafiłem się pohamować. To tak, jakby ktoś sterował każdym moim ruchem, najmniejszym gestem. Opuszkami palców dotknąłem jedno z płuc Było miękkie, chłodne, a gdy ścisnąłem je w dłoni, natychmiast wyślizgnęło się i z głośnym mlaśnięciem spadło z powrotem do misy. Niezgrabnym ruchem sięgnąłem po nie, po czym pośpiesznie przyłożyłem do ust. Było moje, było już częścią mnie. Nie wyobrażacie sobie ulgi, jaką poczułem, gdy odgryzłem pierwszy kawałek.
Konsumowałem łapczywie, co chwila krztusząc się krwią.
Kiedyś, gdy pracowałem jako inspektor restauracyjny i musiałem ocenić smak podanego dania, zamykałem oczy. To wyostrza zmysły, potęguje koncentracje.
Gdy pałaszowałem surowe płuco, moje powieki były lekko podniesione. Mogłem nie tylko czuć wyjątkowy smak i skupić myśli na konsumpcji, ale także zobaczyć danie. Niesamowite uczucie.
Po prostu jadłem, a sprawiało mi to więcej przyjemności, dostarczało więcej doznań, niż seks z najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem w życiu.
Nagle zastygłem w bezruchu. Resztki płuca zaczęły spływać między moimi palcami i spadać na blat stolika.
W rogu pokoju dostrzegłem jakiś kształt. Ludzki kształt.
Zgasły świece. Jedynym źródłem światła była teraz, zwisająca z sufitu, goła żarówka. Wytężyłem wzrok, po czym ruszyłem niepewnie w stronę postaci. Podszedłem bardzo blisko, tak blisko, że poczułem smród zgnilizny bijący z jej ust.
Wtedy ponownie rozbłysły świece.
Najpierw wrzasnąłem, a potem odskoczyłem, potknąłem się o krzesło i runąłem jak długi na podłogę.
To była moja nieżyjąca matka – naga, bez włosów na głowie. Jej klatka piersiowa była dosłownie rozpruta, jakby ktoś potraktował ją piłą łańcuchową. Patrzyła wprost na mnie czarnymi jak u rekina oczyma.
Zobaczyłem, wylewające się na czerwony dywan, wnętrzności.
- Mamo... jęknąłem, po czym spojrzałem na nogi kobiety. Miała rozerwaną łydkę.
- O boże, mamo...
Nagle z jej ciała wytrysnęła fontanna krwi, zalewając całe pomieszczenie. W jednej chwili poziom cieczy wzrósł o kilkadziesiąt centymetrów. Spanikowany, znowu krzyknąłem, lecz nie ruszyłem się z miejsca. Nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
Ciało mojej matki wygięło się pod nienaturalnym kątem.
A potem... potem zalała ją krew.
- Mamo! – zawodziłem – Mamo! Mamo! Mamo!
Mój podkoszulek był mokry od potu, a ja trząsłem się z przerażenia.
Z początku nie byłem pewny, gdzie jestem i co się dzieje.
Spojrzałem na, stojący na nocnej szafce, zegarek. Wskazywał piątą rano.
- Dzięki ci, Boże – wychrypiałem, ścierając pot z czoła.
Nie miałem zamiaru wstawać. Byłem osłabiony i w dalszym ciągu odczuwałem senność.
Nie – pomyślałem, ciężko oddychając – Nie będę już spał. Nie będę już...
Uzmysłowiłem sobie, że jestem głodny. Jednak, ku mojemu sporemu zaskoczeniu, mogłem zapanować nad łaknieniem.
Leżałem na plecach, wbijając wzrok w sufit, gdy zadźwięczał telefon. W całym mieszkaniu rozległo się głośne piiip – piiip, piiip – piiip. Rozdygotany wygramoliłem się z łóżka i poszedłem odebrać. Gdy przyłożyłem słuchawkę do ucha, usłyszałem znajomy głos:
- Witam pana.
- Dzień dobry – odpowiedziałem twardo.
- O, jak miło, że mnie pan poznaje. Już myślałem, że będę musiał się przedstawić - w jego głosie wyczułem nutę ironii.
- Nie musi pan.
- Jak sprawuje się perfum?
Czułem, że o to zapyta. Odniosłem nieodparte wrażenie, że facet miał wiele wspólnego z tym, co się wydarzyło.
- Dlaczego pan... – wymamrotałem.
- Pytam z czystej ciekawości – odparł natychmiast.
- Wszystko w porządku...
Nastała chwila ciszy, po czym usłyszałem:
- Obaj wiemy, że nic nie jest w porządku, panie Greenwood.
- O co panu chodzi, do diabła?
- Pan doskonale wie, o co chodzi.
Mój rozmówca był wyraźnie rozbawiony.
- Wie pan, prawda? – zapytał, następnie zaśmiał się sardonicznie.
- Obawiam się, że...
- Za bardzo się pan jąka, panie Greenwood. Niech pan posłucha. Perfum, który panu ofiarowałem... – podjął, zaciągając się dymem z papierosa. Jego głos brzmiał jowialnie, lecz był bardzo donośny – Ten perfum jest dość specyficzny, ma pewne właściwości. Sam pan zdążył się już o tym przekonać, zgadza się?
- To wszystko pańska sprawka – wykrztusiłem, kurczowo ściskając słuchawkę.
- Och...
Znowu chichot
- Od razu moja sprawka. Raczej środka, który pan przyjął. Nic pan nie podejrzewał, prawda?
Poczułem przygnębienie i strach. Paniczny strach.
- Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co się ze mną dzieje?
- Ależ oczywiście, że zdaję sobie sprawę. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę! Tak apropos, rozumie pan już teraz, dlaczego podczas naszego spotkania poruszyłem kwestię kulinariów?
Nie odpowiedziałem. Po raz pierwszy tego dnia poczułem ssący głód.
- Zatem, panie Greenwood, wydaje mi się, że należą się panu wyjaśnienia dotyczące całej sprawy. Mam zamiar poinformować pana o przedsięwzięciu firmy produkującej perfumy firmy Hunger.
- Nie interesuje mnie to – burknąłem – Chcę jedynie powrócić do normalności.
Zapanowała chwila ciszy. Usłyszałem jak mój rozmówca zapala kolejnego papierosa.
- Widzi pan – rzekł wreszcie - Obawiam się, że z tym może być mały problem. Preparat, jak pan zauważył, pobudza organizm do jedzenia. Człowiek zaczyna pragnąć krwi i mięsa. Z resztą, pan to przecież wie...
- Do czego pan zmierza?
- Powiem krótko. Musi pan zjeść żywą istotę.
Zamurowało mnie.
- Słucham?
- Doskonale wiem, że ma pan ochotę na mięso i zapewne myślał pan o tym, aby, hm, jak by to ująć...
- Odjebało panu? Zjeść czyjeś mięso? – krzyknąłem.
- O właśnie – rozległ się krótki, urywany śmiech.
Wzdrygnąłem się, a potem usłyszałem:
- Musi pan poczuć smak prawdziwego, świeżego mięsa.
- To wszystko jest jakimś głupim żartem, prawda?
- Niech pan posłucha. Wiem, że ma pan psa. I że już myślał pan o tym, aby go skonsumować.
- O czym ty, kurwa, do mnie mówisz?
- Niech pan nie zadaje idiotycznych pytań – ciągnął spokojnym głosem nieznajomy - Tylko to może pana ocalić. W pańskim mieszkaniu umieszczone są kamery. Muszę mieć zarejestrowany moment, w którym zabija pan psa i spożywa jego mięso. Jest to absolutnie konieczne. Wie pan, firma potrzebuje takiej taśmy.
Zaszokowany i przerażony stałem w przedpokoju, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Miałem mgłę przed oczyma, a mój żołądek skurczył się do rozmiarów piłeczki ping – pongowej.
- Kamery? – zapytałem - Jakie kamery, na miłość boską!
- Panie Greenwood, nie wie pan, co to kamera?
Ironiczny śmiech, a potem:
- Ma pan wspaniale poczucie humoru. Niech pan się zabiera do roboty...
- Pan chyba żartuje! Za chwilę pójdę do łazienki i wyrzucę ten cholerny flakon za okno!
- Niczego pan nie osiągnie, a jedynie pogorszy swoją sytuację. Skutki tego środka są nieodwracalne. Tylko antidotum może pomóc. Zatem, jeśli wyrzuci pan tę butelkę, pański stan utrzyma się. I nie będzie już mowy o antidotum. Proszę o tym pamiętać.
Poczułem irytację. Ścisnąłem słuchawkę tak mocno, że zbielały mi kłykcie.
- Do czego pan zmierza?
- Proszę uważnie posłuchać. Powiem panu, co zrobić. Krótko i zwięźle. Użyje pan ponownie tego, jak pan to nazywa, perfumu. Wtedy głód na mięso zwiększy się i znikną opory przed spożyciem zwierzaka. Zarejestruję to na video i z miejsca prześlę panu antidotum.
Długo myślałem, zanim zadałem pytanie:
- Skąd mogę mieć pewność, że rzeczywiście dostanę antidotum? Na wizytówce, którą mi zostawił nie ma nawet nazwiska, jest tylko numer pańskiej komórki.
- Nie może pan mieć pewności. Może pan jedynie uwierzyć mi na słowo. Chodzi tylko o zarejestrowanie tego na kasecie. Dla osobistych celów firmy.
- Do cholery! – wybuchnąłem – Jakich celów, kurwa!
Cała sytuacja wydawała mi się niedorzeczna, kompletnie absurdalna. I właśnie to przerażało mnie najbardziej. Czułem się jak uwięziony na statku kosmicznym, gdzie mogłem tylko czekać, aż obce istoty zdecydują, co ze mną zrobić..
- Panie Greenwood – usłyszałem po chwili - Obiecuję, że kaseta nie ujrzy światła dziennego.
- A co potem? – wybełkotałem, z trudem łapiąc powietrze.
- Potem? Potem dostanie pan antidotum i będzie żył tak, jak jeszcze parę dni temu. Niech pan się szybko zdecyduje. Bo widzi pan... pański pies...
- Co mój pies?
Chichot.
- On. robi się coraz bardziej głody i wściekły. A wiem, do czego taka wściekłość może doprowadzić.
Spojrzałem na Berniego. Leżał na kanapie w pokoju. Widziałem jak podnosi łeb i spogląda na mnie. Zawarczał, ziewnął, a potem znowu zapadł w sen.
Głos po drugiej stronie stał się cichszy, ale nadal napawał mnie przerażeniem.
- Daję panu czas do wieczora. Proszę podjąć decyzję i zadzwonić.
Miałem właśnie odłożyć słuchawkę, gdy ponownie go usłyszałem:
- Jeszcze jedno, panie Greenwood.
- Co takiego?
- Jeśli usłyszę, że próbuje pan kombinować... Nie posądzam pana o brak inteligencji, ale gdyby wpadło panu do głowy, aby poinformować kogoś... wie pan, to się źle skończy.
Milczałem.
- I proszę do wieczora nie wychodzić z mieszkania.
- Miałem zamiar iść do sklepu.
- Nie potrzebuje pan sklepu, ma pan psa.
- Ty gnoju! – wrzasnąłem, uderzając słuchawką o ścianę.



Już późny wieczór. Ja i Bernie mamy się kiepsko. Powiedziałbym, że bardzo kiepsko. Przez cały dzień nie jedliśmy. Kiedy nasypałem psu suchej karmy, nawet jej nie powąchał. Nie spojrzał też na gotowane jajka na bekonie. Wiem, czego mu trzeba...
Mnie potrzeba dokładnie tego samego.
Mięsa. Oddałbym wszystko za kilka krwistych kawałków soczystego, surowego mięsiwa. Na samą myśl cieknie mi ślinka.
Myślę o Berniem.
Jestem głodny.
Jestem bardzo głodny. Drżą mi ręce. Mam problemy z pisaniem.
Na moim biurku leży karteczka z telefonem do świra, który wpakował mnie w całe to gówno. Nie wiem, jakim sposobem zapach może oddziaływać na apetyt... Nie wiem już nic.
Co chwilę spoglądam na numer telefonu.
Jestem głodny.
Spoglądam też na Berniego. Pies był dzisiaj względem mnie bardzo agresywny. Kilka razy próbował mnie ugryźć. Nie karciłem go za to. Doskonale rozumiem jego zachowanie. Biedny psiak ma niepokojąco mętne oczy.
Teraz kończę. Muszę załatwić pewną sprawę. Muszę zadzwonić. Lęk, który przeniknął do mojego wnętrza nie pozwala mi trzeźwo myśleć.



27 kwietnia 2004, Wtorek

Jestem umazany krwią. Nie potrafię opanować drżenia rąk.
Biedny Bernie.
Boże, co ja zrobiłem? Och, Boże...
Musiałem to zrobić. Musiałem stawić temu czoła.
Biedny zwierzak.
Teraz jest mu lepiej, tak to sobie tłumaczę. Spoglądam na, umazane jego krwią, dłonie i chce mi się płakać.
Jestem taki bezradny. Pozostaje mi tylko czekać na jakiś znak od tego pieprzonego szaleńca. Czekam na antidotum. Mam nadzieję, że nie łgał. Boże, spraw, aby ten horror się skończył.
Znowu jestem głodny. Nie umiem powstrzymać pragnienia. Muszę wyjść. Muszę wyjść, aby...
zapolować.
Nie mogę uwierzyć w to, co piszę. To wszystko mnie przerasta.
Straciłem chęć na piwo. Chcę tylko jeść, chcę jeść, tak bardzo jestem głodny.
Mijają minuty, godziny, a ja stale siedzę tutaj i walczę z głodem. Dłużej już nie potrafię tego powstrzymać. Muszę natychmiast wyjść.
Tylko raz, tylko jeden raz, jedno świeże ciało.



28 kwietnia 2004, Środa

Dzwonił.
Przywiezie mi antidotum. Powiedział, że jest ze mnie dumny. Chrzanię go. Mam ochotę go zabić.
Myślę o ostatniej nocy.
Kobieta.
Lat około trzydziestu.
Śliczne, sięgające ramion, kasztanowe włosy. Blizna na brzuchu, zapewne poporodowa.
Jej smak. Niebiański. Delektowałem się każdym kawałkiem jej ciała. Spijając jej słodką krew czułem, że odzyskuję siły. Niebo nade mną zdawało się należeć do mnie.
Ale znowu czuję głód.
Są jeszcze kości. Choć tyle mi zostało. Muszę poczuć ten zapach. Muszę.
W lewej ręce trzymam kość, w prawej długopis. Kość jest biała, obgryziona do czysta. Długopis zimny, metalowy.
Co mam teraz zrobić? Czekam na antidotum.
Chcę być syty. Mam dość strachu.
Tak szybko robię się głodny. To tak bardzo boli. Nie mam energii, aby walczyć. Poddaję się.
Ostatni raz. Muszę. Jedno świeże ciało...



29 kwietnia 2004, Czwartek

Antidotum nie działa.
Jestem głodny, znowu głodny. Zabijam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Jest coraz gorzej.
Mój umysł przepełniony jest skrawkami przeplatających się myśli. Widzę mózg czternastoletniej dziewczynki, widzę swoje zęby wbijające się w szyję młodej kobiety, widzę krew, krew i jeszcze raz lejącą się strumieniami krew.
Jest coraz gorzej. Dłużej nie dam rady.
Ten głód. Boże, ten głód...



Autorem fragmentów pamiętnika, który właśnie skończyliście czytać, jest mój brat, Joseph Greenwood.
Kiedy wszedłem do jego mieszkania, zastałem istną rzeź. Wszędzie walały się rozszarpane ciała ludzi i zwierząt. Panowała niczym nie mącona cisza. I ten smród. Smród rozkładającego się mięsa.
Zastanawiam się, co tam naprawdę miało miejsce. Na samą myśl o tym ogarniają mnie zimne dreszcze.
Czuję strach i panikę. Nie opuszczają mnie złe przeczucia. Są ze mną gdy pracuję i gdy prowadzę samochód. Są, kiedy wraz z żoną odpoczywamy przy kominku, popijając Martini. Są, kiedy pomagam synowi odrobić lekcje.
Nie potrafię wymazać z pamięci widoku krwi.
Kiedy wchodziłem w głąb mieszkania brata, co chwila potykając się o zwłoki, ujrzałem coś co po dziś dzień nawiedza mnie w nocnych koszmarach.
Zobaczyłem Josepha. Był wysmarowany krwią. Nie posiadał rąk ani stóp. Jego brzuch był rozpruty, a wnętrzności wylewały się na podłogę.
Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci było...
On się zjadł, rozumiecie? Najpierw poodgryzał sobie palce u rąk, a potem skonsumował resztę kończyn górnych. Następnie poodgryzał i strawił palce u stóp. A na końcu udało mu się nadziać się na ostry, przymocowany na ścianie w przedpokoju, hak.
Nie mam pojęcia, co tam się wydarzyło. Pamiętnik, który prowadził miał być cenną wskazówką dla policji. Tymczasem niemal każda zawarta w nim informacja jest nieprawdziwa. W jego mieszkaniu nie odnaleziono żadnej kartki z numerem telefonu rzekomego "gościa w czarnym garniturze", nie znaleziono kamer, ani mikrofonów. Wszystkie odciski palców, które pobrano, należały wyłącznie do Josepha.
Dopiero gdy wszedłem do łazienki i spojrzałem na półkę z kosmetykami, moją uwagę przykuła mała, stojąca między dezodorantami i zużytymi maszynkami do golenia, buteleczka.
Kiedy wziąłem ją do ręki, poczułem słodkawy zapach. Był oszałamiająco piękny, inny od wszelkich znanych mi zapachów.
A potem dopadł mnie lęk.
Spojrzałem w lustro i zobaczyłem swoją twarz. W oczach miałem łzy, które po chwili zaczęły spływać po policzkach.


4 maja 2004, Wtorek

Wiem, co mnie czeka. W oczach mam obraz, leżącego we krwi, Josepha. Myślę o swojej, wiecznie rozpromienionej, pełnej wdzięku i miłości, żonie. I o dwunastoletnim synu. Nie potrafię opisać uczucia, jakie tkwi we mnie. Jest przepotężne. Przytłacza mnie. Boję się. Tak bardzo się boję. Najgorsze jest to uczucie. Ono ssie mnie. Nie wiem, co mam robić. Tracę kontrolę nad sobą. Teraz będzie już tylko gorzej.
Myślę o żonie. Burczy mi w brzuchu.
Jestem głodny.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -