Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Królowa jednego wieczoru

Paweł Dałek

Gordon Kint wypadł ze swojego biura z wyrazem smutku i złości na twarzy. Prawie w biegu zakładał kraciastą, granatową marynarkę. Skierowawszy się w stronę wind, wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i znalazłszy numer swojego asystenta Marka O’Neila, nacisnął przycisk z zieloną słuchawką. Czekając na połączenie, stanął naprzeciw zamkniętych jeszcze drzwi do windy.
Już od kilku dni nie był zmuszony do tego, by opuścić biuro w godzinach pracy. W głębi duszy miał nadzieję, że jego siedmioletnia córka Margot przestanie TO robić. Spokój prysł kilka minut temu, kiedy odebrał telefon od zapłakanej żony. Sara szlochając wyjaśniła mu całą sytuację.
Dzisiejszego dnia Margot nie poszła do szkoły, bo, jak stwierdziła, nie będzie przebywać wśród tej bandy skretyniałych kretynów. Miała na myśli koleżanki i kolegów ze swojej klasy. Sara starała się ją przekonać, że nie wolno się tak wyrażać o innych dzieciach.
- Mam to gdzieś. – odparła oschle, po czym cisnęła szklanka z mlekiem podłogę.
- Posprzątaj to. – powiedziała stanowczo Sara. – Natychmiast!
Margot spojrzała na matkę z pewnym niedowierzaniem, po czym rzekła spokojnie:
- Chyba ci się coś pomyliło. Przecież nie jestem sprzątaczką.
To powiedziawszy wstała z taboretu i ostentacyjnym krokiem wyszła z kuchni, kierując się do swojego pokoju na górze.
Sara odwiodła zrezygnowanym wzrokiem swoją córkę, nim ta nie zniknęła jej z oczu. Nie zauważyła nawet, kiedy do kuchni wbiegł Burton – ich sześcioletni terier szkocki. Burton podreptał do kałuży mleka i zręcznie wylizywał je spomiędzy szklanych odłamków.
- Uciekaj stąd. – syknęła Sara.
Reakcja psa w przeciwieństwie do reakcji córki wskazywała na jednogłośne zwycięstwo kobiety nad zwierzęciem. Burton odskoczył od nowo zdobytego smakołyku jak rażony prądem, ale już po chwili przyjacielsko merdał czymś, co kiedyś, przed obcięciem, można było nazwać ogonem. Patrzył na Sarę tak, jakby chciał powiedzieć: „Hej, nie bądź taka. Wiem, że mnie lubisz, więc nie odbieraj mi tej jednej z przyjemności pieskiego życia, co?”. Kobieta jednak była nieugięta i w gwałtownym geście pokazała palcem drzwi. Pies spuścił łeb i powolnym krokiem wyszedł z kuchni w atmosferze klęski.
- Przynajmniej ty mnie słuchasz. – pomyślała czując, że do oczu cisną się jej łzy.
- Przynajmniej ty, Burton.
Tymczasem Margot była już w swoim pokoju pełnym najcudowniejszych zabawek świata. Nie było chyba lalki, której Margot by nie miała. Były dosłownie wszędzie. Do tego dochodziły jeszcze wszelkiej maści misie i pajacyki, a także Harold i Maude – dwie złote rybki w kulistym akwarium wielkości szkolnego globusa. Margot ostatnio tęskniła za nimi wszystkimi, gdyż po jednej z awantur a właściwie po jednej z prób dochodzenia swoich praw przez Margot, tata zamknął pokój na klucz a w nim wszystkie wspaniałości dziecięcego świata na prawie tydzień – najdłuższy tydzień w jej dotychczasowym życiu. Dziewczynka nie mogła tego znieść, ale wiedziała, że jeśli nadal będzie krzykiem i siłą starała się wpłynąć na odwołanie kary, zostanie ona drastycznie przedłużona. Codziennie, gdy wracała ze szkoły, pytała Sarę tylko, czy ta nakarmiła rybki. Matka zawsze odpowiadała, że to obowiązek taty, bo to on zastosował tą karę. Potem Margot szła do salonu, odrabiała lekcje a następnie wpatrywała się w telewizor. Na pytania o szkołę nie odpowiadała wcale, jak z resztą na wszystkie inne pytania. Po prostu milczała. Wieczorem zasypiała na kanapie, gdzie spędzała całe popołudnie. Salon był jej pokojem.
Kara została anulowana wczorajszego wieczora. Nie można opisać radości, jaką czuła Margot. Nareszcie była z powrotem królową w swoim własnym, małym królestwie. Teraz dziewczynka leżała na łóżku a wokół niej porozkładanych było mnóstwo kartonów, farby i słoiczek z brudną już wodą. Umiejętność malowania farbami wodnymi przegrywała jedynie z umiejętnością zamieniania życia swoich rodziców w piekło. Malowała wprost prześlicznie. Wszystkie jej rysunki i obrazki były radosne, pełne kwiatów i szczęśliwych ludzi. Przeważały motywy kwiecistych łąk, ludzi trzymających się za ręce oraz motyli i ptaków. W tej chwili powstawał obrazek, na którym mieli być jej rodzice, huśtający ją na huśtawce a wokół nich latały piękne, kolorowe ważki.
Burton wsadził łeb do jej pokoju, przez szparę w uchylonych drzwiach. Przez chwilę przypatrywał się, co robi dziewczynka, po czym wszedł dalej. Margot nie zauważyła go, gdyż szedł bardzo cicho. Gdyby wiedziała, że jest w jej pokoju, Burton prawdopodobnie jeszcze by żył. Zbliżywszy się do łóżka, zwierzę wykonało gwałtowny, niemal akrobatyczny skok, spadając tuż obok malującego dziecka i przewracając słoik z wodą wprost na nowopowstałe dzieło malarstwa dziecięcego. Dobry i twórczy nastrój Margot zniknął, niczym jaskrawe i radosne barwy na jej malowidle, które teraz mieszały się z szaro-brązową wodą ze słoika. Po chwili z rysunku przedstawiającego rodzinną sielankę, pozostał tylko bezkształtny i mroczny bohomaz. Z jej nastroju również. Szybkim ruchem złapała psa za kark wydając z siebie przerażający, piskliwy krzyk. Zdezorientowane zwierzę położyło uszy po sobie i cicho zaskowyczało z bólu. Dziecko podbiegło do ściany tuż przy drzwiach, na której wisiała reszta jej prac, targając psiakiem na wszystkie strony.
- Teraz przesadziłeś, złociutki. – syknęła prosto w psi pysk, po czym trzykrotnie uderzyła jego głową o betonową konstrukcję. Psi kark pękł już po pierwszym uderzeniu Jasny róż ściany pokrywał się szkarłatną czerwienią a każdym uderzeniem było jej coraz więcej. Margot podniosła zniekształcony i zmasakrowany pysk martwego psa na wysokość swoich oczu i parsknęła śmiechem.
- Mówiłam, że przesadziłeś.
Zmywającą kuchenną podłogę Sarę zaniepokoiły odgłosy wydobywające się z pokoju córki. Rzuciła ścierkę, wybiegła z kuchni i kilkoma susami przemierzyła schody. Gdy wbiegła do środka, znieruchomiała. Jej siedmioletnia córka stała przy ścianie szaleńczo śmiejąc się wprost w ociekający krwią pysk Burtona.
- Margot, co ty… - nie zdążyła dokończyć, kiedy martwe ciało psa z ogromną siłą zostało ciśnięte prosto w jej twarz. Kobieta upadła, czując krew wypływającą z nosa. Był złamany.
- Spieprzaj stąd. – usłyszała i poderwała się z podłogi. Wybiegła do holu, gdzie stał telefon. Zadzwoniła do Gordona.
O’Neil odebrał telefon.
- Mark, muszę wyjść z biura. – powiedział Gordon zdyszanym głosem do słuchawki. – Miałem mały wypadek w domu.
- Dobrze szefie. – odparł O’Neil. – Zaraz kończy mi się przerwa na lunch i wracam do biura. Wszystkim się zajmę.
- Dzięki dzieciaku. – rozłączył się i wszedł do windy.

Oldsmobile Gordona jechał tak szybko, jak tylko pozwalał mu na to uliczny ruch. Mimo pootwieranych wszystkich okien, w aucie było niesamowicie gorąco.W końcu był lipiec. Gordon włączył radio w nadziei, że usłyszy coś, co pozwoli mu chociaż na chwilę zapomnieć o tym, co powiedziała mu żona.
Oboje byli już strasznie zmęczeni i przerażeni rzeczami, które robiła Margot. Była nieprzewidywalna i agresywna. Nie pomagały wizyty u psychoanalityków i w poradniach rodzinnych. Wszyscy bezradnie rozkładali ręce nie mogąc rozwikłać przyczyny jej zachowania lub wnosili pozew do sądu, jak miało to miejsce w przypadku doktora Muldona, który został trafiony w głowę metalową, ozdobną popielnicą już przy pierwszej wizycie. Po tym incydencie starali się już nie zabierać Margot ze sobą, tylko jedno z rodziców jechało do specjalisty wraz z materiałem wideo nagranym podczas jej wybuchów agresji. Na niewiele się to przydało. Lekarze zawsze zadawali te same pytania. Czy w szkole jest podobne? Czy poświęcacie córce wystarczającą ilość czasu? Prawda była taka, że robili, co mogli, by Margot nie czuła się opuszczona lub zaniedbana. Każdą wolną chwilę poświęcali swojemu dziecku, potrafili słuchać i rozmawiać, ale z czasem nie było już czego słuchać, no może z wyjątkiem przekleństw i szyderstwa. W szkole zachowywała się zupełnie inaczej. Z relacji nauczycieli wynikało, że nie było żadnych przesłanek, że Margot jest dzieckiem agresywnym. Co prawda była zamknięta w sobie, ale na pewno nie agresywna. Mówiły o tym opinie wszystkich nauczycieli. Jeden z lekarzy stwierdził, że prawdopodobnie dziecko jest spokojniejsze w szkole, gdyż boi się, że rówieśnicy mogliby odpowiedzieć agresją na agresję i zdaje sobie sprawę z tego, że rodzice jej nie ujawnią, gdyż ją kochają.
Po usłyszeniu tego twierdzenia Gordon spędził wiele bezsennych nocy nad rozwiązaniem problemu, ale wszystkie jego plany po głębszej analizie stawały się bezsensowne. Po pewnym czasie poddał się i wraz z żoną cierpiał nadal tak samo. Pewnego dnia Margot zrobiła jednak coś, co spowodowało, że Gordon zamknął jej pokój na cały tydzień, by jednak pokazać, że nie jest bezkarna. Zaatakowała kuriera pocztowego nożem kuchennym. Młody człowiek przyniósł przesyłkę z klubu książki, w którym zapisana była Sara. Gdy tylko został wpuszczony, dziewczynka wybiegła z kuchni i wbiła mu ostrze noża w łydkę. Sara zareagowała w porę, chwytając Margot za nadgarstek i pozbawiając ją narzędzia. Dziewczynka popatrzyła jeszcze przez chwilę na krew wypływającą z rany po czy odwróciła się i wyszła jakby zupełnie nic złego nie zrobiła. Kurier miał na imię Seth, o czym Gordon dowiedział się wioząc go na pogotowie. Chłopakowi założono cztery szwy. Po takim wyczynie nie mogli być już obojętni. Jeszcze tego samego dnia Gordon zabrał z jej pokoju podręczniki i zamknął drzwi na klucz. Przez okres trwania kary z Margot nie było żadnych problemów.
Auto wjechało na podjazd i zatrzymało się tuż obok drzwi rezydencji. Mężczyzna niemal wybiegł z niego i pognał środka.
- Co się stało? – spytał wpadając zdyszany do kuchni.
Sara siedziała przy kuchennym stole z twarzą umazaną jej własną krwią. Płakała.
- Przecież mówiłam ci. – zaszlochała. Chwile później wybuchła histerycznym płaczem.
- Ja już tak dłużej nie mogę. Nie wytrzymam.
Gordon objął ją delikatnie i pocałował w czoło.
- Spokojnie kochanie. Wszystko się jakoś ułoży. – powiedział ciepło sięgając po telefon komórkowy.

Margot siedziała na skraju łóżka i wpatrywała się w martwego psa. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co zrobiła, ale wcale nie było jej przykro. Nie odczuwała absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. W głębi duszy cieszyła się, że ten pchlarz wreszcie leży sztywny. Nigdy go nie lubiła i tylko czekała na sytuację, która pomogłaby jej się go pozbyć. Dziś wreszcie nadszedł ten szczęśliwy dzień. Nie mogła sobie przypomnieć ani jednej miłej chwili w towarzystwie tego „kundla”.
„Ktoś go musi stąd wynieść, bo zacznie śmierdzieć”. – pomyślała. „I oczywiście znowu wszystko spada na mnie”.
Czuła, że znów ogarnia ją złość. Najpierw musiała się go pozbyć, teraz musi pozbyć się jego trupa. „Czy ten koszmar nigdy się nie skończy?”
Obok niej, na nocnym stoliku Harold i Maude pływały jako niemi świadkowie zbrodni.
- Was też nienawidzę, darmozjady. – powiedziała cedząc przez zęby każde słowo.
- Powinniście kłaniać mi się w pas. Ten kundel tego nie robił i widzicie, co go spotkało? Palcem pokazała w kierunku Burtona, którego język zwisał teraz komicznie spomiędzy zakrwawionych warg. – Tylko moje zabawki mnie kochają. Jestem ich królową i one to wiedzą. A wy żałosne stworzonka? Wy tego nie wiecie, bo jesteście za głupie. One są sztuczne i wiedzą a wy żyjecie i tego nie wiecie. Dlatego już po was.
Podeszła do akwarium i zrzuciła je podobnym ruchem, jakim potraktowała szklankę mleka dziś rano. Szkło rozsypało się, woda wylała a rybki zaczęły konwulsyjnie uderzać ogonkami o podłogę. Nadepnęła jedną z nich łapciem. Teraz nawet ich nie rozróżniała. Coś wewnątrz niej pękło i wnętrzności wylały się na płytki podłogowe.
- Nawet ten kundel ładniej zdychał. – szepnęła chichocząc i już chciała nadepnąć drugą z rybek, kiedy poślizgnęła się w kałuży wody. Straciła równowagę i runęła na plecy, uderzając głową o twardą poręcz łóżka. Obraz przed jej oczami zawirował a potem zgasł.
Ocknęła się pół minuty później. Coś łaskotało ja w nos. Otworzyła oczy i zobaczyła misia, którego ojciec przywiózł jej z Kanady. Nie wiedziała, czy ma halucynacje, ale miś poruszał się. Ona nie mogła tego uczynić, czuła się jak sparaliżowana. Kiedy zabawka przeczołgała się już po jej twarzy na klatkę piersiową, powoli z bólem i wielkim wysiłkiem odwróciła rozbitą głowę w stronę okna. Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Wszystkie zabawki poruszały się w jej kierunku. Chciała zacząć krzyczeć, lecz głos uwiązł jej w gardle. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że ma w usta wciśniętą koszulkę z Dufnym, którą rano rzuciła na podłogę. „Miś mi to zrobił” – pomyślała – „Dlaczego? Przecież mnie kocha” Łzy cisnęły jej się do oczu a ona nie mogła ruszyć niczym, z wyjątkiem obolałej głowy. Nie wiedziała tego, ale uderzenie uszkodziło jej kręgosłup. Zabawki tym czasem przebyły już połowę odległości i nadal nie zaprzestawały swojego groteskowego czołgania. Światło padające od strony okna trochę ją oślepiało, ale wyraźnie widziała coś, czego jej zabawki dotychczas nie posiadały. Wszystkie czterdzieści dwie lalki, trzydzieści osiem misiów i sześć klaunów szczerzyło się teraz do niej ostrymi jak brzytwa zębiskami długości zapałek Wtedy Margot pierwszy raz w życiu poznała, czym jest prawdziwy strach. Kilka minut później zabawki siedziały na niej tak, że nie widziała już nic spoza nich. Znajdowała się pod wijącą, czołgająca się masą jej ulubieńców. Kiedy poczuła pierwsze ukłucia i zęby wbijane w mięśnie, pomyślała, że oszaleje, lecz myliła się. Nie zdążyła oszaleć. Ta myśl była ostatnią w jej życiu. Po godzinie nie pozostało już nic z Margot Kint. Nawet jedna kropla krwi.

Nazajutrz Gordon zgłosił zaginięcie córki na policji i niespełna kwadrans później w ich domu było dwóch detektywów i ekipa dochodzeniowa. Od rodziców zaginionej dowiedzieli się, że dziecko było w swoim pokoju a potem rozpłynęło się w powietrzu. Co prawda okno było otwarte ale nie było śladów, by wdarł się ktoś przez nie i porwał Margot. Była to jednak jedna z najprawdopodobniejszych hipotez całego zajścia.
W salonie policja zainstalowała cały sprzęt na wypadek telefonu od porywaczy, którego nigdy się nie doczekano.
Około dwudziestej zadzwonił dzwonek do drzwi.
Gdy Gordon otworzył, zobaczył starszego mężczyznę w uniformie kuriera.
- List polecony do pana Kinta. – powiedział z uśmiechem, lecz mina mu zrzedła, gdy zobaczył kilku uzbrojonych policjantów stojących w salonie. – Przychodzę nie w porę?
- Mamy pewien problem, który pana nie dotyczy, wiec pozwoli pan, że się pożegnamy.
Odebrał kopertę i wrócił do salonu.
- Kto to był? – spytała Sara tuląc do piersi poduszkę.
- Kurier z firmy. Przyniósł plan pracy na następny kwartał. – skłamał. – Nic ważnego.
To powiedziawszy powolnym krokiem udał się w stronę schodów.
- Dokąd pan idzie? – spytał jeden z policjantów.
- Pozwolicie, że pójdę do siebie. Mam głowę wielką jak bania od tego wszystkiego. Może, kiedy zajmę się sprawami biura, chociaż przez chwilę uda mi się o tym nie myśleć.
Niespiesznie i w zamyśleniu otwierał kopertę od kuriera. Gdy wszedł do swojego gabinetu ostrożnie przekręcił klucz w zamku i zapalił światło.
W środku był jakiś rachunek i mała karteczka. Założył okulary do czytania. Na rachunku widniało logo i nazwa firmy, skąd rachunek przybył. Bio-Tec. Poniżej zapisano w słupku pozycje i sumy, jakie musiał zapłacić firmie.
Organiczne systemy układów serwomechanicznych sztuk 86 86x123$: 10.578,00$
Aktywujący system GSM sztuk 1 1x695$: 695,00$
Baterie zasilające sztuk 86 86x1$: 86,00$
Instalacja systemu dni 7 7x400$: 2.800,00$
Razem do zapłaty: 14.159,00$
Niżej był stempel firmy, podpis przyjmującego zlecenie i księgowego.
Gordon schował rachunek do kieszeni i skoncentrował się na karteczce, na której napisano coś ładnym, eleganckim odręcznym pismem. Tekst brzmiał.
„Szanowny Panie Kint.
Pod żadnym pozorem proszę własnoręcznie nie usuwać żadnych części z zabawek Pańskiej Świętej Pamięci Córki. System jest tak skonstruowany, że sam podlega destrukcji poprzez utlenianie się wraz z zawartością. Mógłby Pan tym samym skierować na siebie jakieś podejrzenia, czego oczywiście obaj chcemy uniknąć. Mam nadzieję, że zarówno firma jak i ja zadowoliliśmy Pańskie potrzeby.”
Z poważaniem: inż. Mat Harris
P.S. Proszę niezwłocznie spalić tą kartkę.
Gordon podszedł do biurka i położył notkę na popielniczce.
„Matt Harris” – pomyślał podpalając ją zapalniczką. „Człowiek, który przesiedział tydzień moim domu i nikt poza mną o nim nie wiedział”.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -